Dziennik Gazeta Prawana logo

Solidarność w 80 procentach

5 listopada 2007, 12:15
Ten tekst przeczytasz w 17 minut

Ubiegłoroczne obchody upamiętniające powstanie "Solidarności" i jej zniszczenie Marcin Kula wykorzystuje, by zastanowić się nad fenomenem tego niezwykłego związku zawodowego. "Solidarność" można analizować za pomocą różnych zestawów kategorii - nieźle pasuje do tego ruchu na przykład rewolucyjny schemat Marksa: rolę ciemiężącej burżuazji odgrywałaby tu partyjna nomenklatura. Najistotniejszy jednak element rewolucji solidarnościowej to bunt pod hasłami narodowej emancypacji. Komunistom - choć podejmowali wiele działań w tym kierunku - nigdy nie udało się w pełni "przejąć" narodowej symboliki i pozyskać jej do własnych celów. "Solidarność" wykorzystała tę porażkę, łącząc w swych hasłach to, co rewolucyjne, i to, co narodowe. Obnażyła też przy okazji instrumentalny charakter komunistycznych odwołań do etosu narodowego.

p

Fanfary przebrzmiały, uroczystości się zakończyły, rocznice minęły. Nawet stosunkowo mało pokłóciliśmy się o to, kto ma prawo do ideowego spadku po solidarnościowej rewolucji. "Jak Polak z Polakiem" współpracowaliśmy, by przypomnieć światu dziejową rolę Polski i zapisać kolejny rozdział księgi narodowej chwały oraz narodowych kompleksów, gdzie Polska opisana jest zarazem jako cierpiący i jako wskazujący drogę. Zwykły to obraz narodu o skomplikowanej historii, zwykły to też rysowany przezeń autoportret. Taki on był i taki będzie - nie tylko w wydaniu Polski i Polaków. Proponuję jednak nie ograniczać się do tej obserwacji, lecz w ciszy gabinetu jeszcze trochę poanalizować.

Rewolucja "Solidarności" rozegrała się na kilku powiązanych i nawzajem się wzmacniających poziomach. Pierwszy to poziom buntu społecznego. W tym wymiarze nie różniła się ona od jakże wielu poprzedzających ją ruchów społecznych. Brzmi to paradoksalnie, ale nieźle dawała się opisać choćby w ramach schematu marksistowskiego. W miejsce burżuazji trzeba w nim tylko wstawić partyjno-państwowy aparat zarządzający. Tak jak w schemacie dziejów Marksa burżuazja stworzyła wielki przemysł i powołała do życia wielkoprzemysłową klasę robotniczą, tak tu ów aparat stworzył huty, kopalnie i stocznie. Jak u Marksa burżuazja przechwytywała produkowaną nadwyżkę, tak tu czyniło to komunistyczne państwo. Jak u Marksa zorganizowana dzięki specyfice pracy w przemyśle klasa robotnicza miała się zbuntować (czego w rozwiniętych krajach nie zrobiła!), tak zbuntowała się tutaj. Sam system stworzył w ten sposób siły, które zakwestionowały jego istnienie. Dialektyka marksistowska sprawdziła się, aczkolwiek nie tam, gdzie Marks oczekiwał. Marks nie brał też chyba pod uwagę, że siły społecznie dominujące będą postrzegane jako obce.

Te tutaj z różnych powodów były swoje. Mimo wszystkich niuansów nie zaistniała sytuacja taka jak na - dajmy na to - plantacjach kubańskich, gdzie właścicielem i nieraz zarządcą był Amerykanin z Północy, podczas gdy robotnikiem - Kubańczyk. Niemniej jednak narodowa warstwa buntu, o której niżej, wzmacniała postrzeganie całego aparatu jako obcego. Tu w roli zarządcy z metropolii, czy kraju dominującego, występował importowany system, co sprawiało, że aparat był często postrzegany właśnie jako obcy.

Drugi poziom solidarnościowej rewolucji można nazwać ogólnoludzkim. Była to próba przekształcenia stosunków międzyludzkich, w tym także stosunków pracy, w stosunki o naprawdę ludzkim obliczu. Inaczej mówiąc (jakkolwiek sloganowo by to brzmiało): próba wzmocnienia solidarności między ludźmi, wolności i możliwości godnego życia. Z pewnością była ona w znacznym stopniu utopijna - ale utopia jest cechą każdej rewolucji. Działanie w tym kierunku, stanowiące owoc presji nie paru uduchowionych kaznodziejów, lecz ruchu masowego, było znaczące zwłaszcza w świetle doświadczeń XX wieku - obfitującego w nienawiść, i to wygenerowaną właśnie przez ruchy masowe.

Trzeci poziom solidarnościowej rewolucji był narodowy. Ruch antykomunistyczny przybrał tu formę ruchu narodowego. Tłumaczyło się to cechami komunizmu oraz historycznie ukształtowaną matrycą myślenia buntowników. Od początku marksizm (komunizm) był źle przygotowany do podjęcia kwestii narodowej. Zrodzony na rozwiniętym Zachodzie, miał wyjątkowo mało do powiedzenia w kwestiach: chłopskiej, wyjścia z zacofania gospodarczego oraz właśnie narodowej - czyli w kwestiach istotnych na Wschodzie, gdzie przyobleczono go w ciało.

W Polsce problem narodowy uwierał w kontekście komunizmu jeszcze mocniej niż - dajmy na to - w Bułgarii czy na Kubie. Dla krajów bałkańskich Rosja mogła stanowić wręcz historyczne przeciwstawienie Turcji, a dla krajów Trzeciego Świata komunizm nieraz stawał się narzędziem emancypacji narodowej. W Polsce komuniści w 1945 roku mogli mieć natomiast szczególnie dużo kompleksów narodowych. Gomułce przypisywane jest zdanie: "Niech nas nienawidzą jako komunistów, ale jako polskich komunistów". Nowy ustrój robił też wszystko, by zaprezentować się jako rodzimy - do defilady 15 sierpnia 1944 roku w Lublinie włącznie (Bułganin asystował jej jako delegat rządu ZSRR - być może wspominając młode lata, gdy uczestniczył w bitwie warszawskiej). Bierut przysięgał według formuły przysięgi Mościckiego i urzędował w Belwederze.

W materiale archiwalnym spotyka się decyzje i zalecenia władz np. w sprawie proporcji liczby flag czerwonych i biało-czerwonych podczas różnych świąt (szło o to, by flag narodowych nie było za mało). Komuniści nieraz potrafili iść w kierunku narodowym tak daleko, że stawali się po prostu szowinistami.

Nie da się - oczywiście - wykluczyć, iż wielu z nich po prostu nimi było - vide opisana przez Dariusza Stolę ("Kampania antysyjonistyczna w Polsce. 1967-1968", ISP PAN, Warszawa 2000) postawa aparatu partyjnego około 1968 roku. Często ową postawę wszakże stosowano również instrumentalnie, dla podkreślania narodowego charakteru własnej władzy. Komunizm był bardzo wrażliwy na zarzucanie mu braku narodowego charakteru. Wręcz w literze prawa zawarowywał dla swych elit posługiwanie się narodową flagą. Miał kompleksy i doskonale wiedział, że inni nieraz posługują się nią przeciw niemu.

Wyjątkowo mocno akcentował wątki narodowe Edward Gierek. Hasło "Aby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej", hasła budowy "drugiej Polski" czy "moralno-politycznej jedności narodu", podkreślanie rzekomo znakomitego miejsca Polski wśród przemysłowych potęg świata, odbudowa Zamku Królewskiego w Warszawie, wysłanie polskiego astronauty w kosmos - wszystko to miało sens instrumentalny, nawet jeśli nie da się - oczywiście - wykluczyć wewnętrznego przekonania Gierka do akcentów patriotycznych. Gdy mowa o instrumentalnym charakterze działań, trudno wykluczyć, że ten czy inny człowiek mógł je podejmować z pobudek autentycznie patriotycznych i z trudem tłumić własne alergie na sowietyzm i zależność od ZSRR (vide Gomułka!). Patriotyzm to uczucie subiektywne, a więc trudno podlegające dyskusji - ponadto jest chyba pojęciem z innego poziomu niż pojęcie zdrady narodowej, definiowalnej na płaszczyźnie faktów.

Nawet działania takie jak gierkowskie nie pomogły jednak komunizmowi. Miał przeciw sobie zaszłości historyczne, faktyczną zależność od ZSRR oraz fałsz własnych działań. W końcu Gierek mógł się w rozmowie z Breżniewem starać, by polski kosmonauta poleciał przed Czechem i był w kosmosie nie krócej niż Czech, ale w świetle uchwały Biura Politycznego miał zabrać w kosmos m.in. portret tow. Breżniewa (w miniaturze?!) i "Manifest komunistyczny". Z poważniejszych spraw Gierek - jak wiadomo - wprowadził przyjaźń z ZSRR do Konstytucji PRL i nadał Breżniewowi order Virtuti Militari najwyższego szczebla. W polskiej tradycji tak wysokie odznaczenie otrzymuje zwycięski wódz za wygraną wojnę. Nikt nie mógł sobie tymczasem przypomnieć, w jakiej wojnie zwyciężył Leonid Breżniew - poza, rzecz jasna, niezliczonymi potyczkami partyjnymi.

Gdy klęska gospodarcza przypomniała rozliczne grzechy komunizmu, ten stanął pod pręgierzem oskarżenia o brak związku z narodem. Sytuacji sprzyjał chyba uniwersalny mechanizm rewolucji, że swój obóz definiuje się w ruchu rewolucyjnym jako naród (jako cały naród!) - podczas gdy przeciwników ustawia się poza narodem. W 1980 roku tego oskarżenia nie wypowiadano wprawdzie głośno, ale wisiało ono w powietrzu. Nieco później karierę robiła znana piosenka Jana Pietrzaka ("Żeby Polska była Polską").

Ruch lat 80., definiowany jako ruch emancypacji narodowej, a zasilany "paliwem" ekonomiczno-społecznym, przypominał rewolucję 1905 roku w Królestwie Polskim. Całkowicie dziś o niej w Polsce zapomniano - prawdopodobnie dlatego, że jej pamięć została zawłaszczona przez komunizm. Dla celów typologicznych warto ją jednak przypomnieć.

Owo połączenie wątków narodowych i rewindykacji społecznych było charakterystyczne również dla sytuacji historycznych bliższych nam chronologicznie. Przypominało ruchy wyzwoleńcze w byłych krajach kolonialnych czy ruchy emancypacyjne w krajach zależnych (Ameryka hiszpańska, także teoretycznie swego czasu już wolna Ameryka Łacińska, Chiny, Wietnam i niektóre inne kraje azjatyckie, Algieria czy wewnętrzny konflikt w Afryce Południowej).

Stojące wobec zarzutu "obcości" władze usiłowały kontrować wyklinanie ich z narodu przez wskazanie na siebie jako na wręcz obrońców istnienia Polski. Wicepremier Jagielski był ponoć gotów zdjąć w stoczni koszulę, by pokazać blizny od gestapowskich razów - co miało przypomnieć, że też jest Polakiem. Wylansowano hasło "Rozmawialiśmy jak Polak z Polakiem". Dogadanie się przedstawiano jako sukces Polski tout court. Ten sam motyw podjęto po 13 grudnia 1981 roku. Dawano do zrozumienia, że stan wojenny został wprowadzony, by uprzedzić perspektywicznie fatalne dla narodu działanie ZSRR. Propagowano nowy życiorys Wojciecha Jaruzelskiego - w którym pojawiało się szlachectwo (lepsze od "zwykłego" pochodzenia?), także gimnazjum oo. Marianów (lepsze od niezakonnego?), a nawet Syberia. W odniesieniu do ostatniego punktu nie stawiano wprawdzie kropki nad "i", ale w tym wypadku nadawcy tekstu mogli liczyć na zrozumienie. Nad KC powieszono wówczas flagę polską obok czerwonej, a Kompanię Honorową ubrano w rogatywki. To wszystko niedużo jednak dało. Wielu określało przeżywane wydarzenia jako "wojnę polsko-jaruzelską".

Upadek komunizmu nazywa się dziś w Polsce odzyskaniem suwerenności. Ten właśnie aspekt całej przemiany wszedł chyba najwyraźniej do potocznej terminologii. Sprzyja temu - oczywiście - widzenie całego konfliktu w kategoriach walki o emancypację narodową, zgodne z zakorzenioną w Polsce kliszą myślenia. Niektóre środowiska nadal wprawdzie narzekają na ograniczenia suwerenności ze "starych" bądź "nowych" stron. Część społeczeństwa wciąż odczuwa potrzebę autoafirmacji narodowej. Wymyśla się trudne do zrozumienia ich celu ustawy o języku (w sytuacji, gdy nie można opanować przestępczości pospolitej policja będzie ścigać obcojęzyczne nazwy sklepów?!). Postuluje się prowadzenie aktywnej polityki historycznej (którą historycy zdecydowanie powinni jednak pozostawić politykom!). Nawet jeśli na rondzie de Gaulle'a ustawiono palmę, która - może wbrew intencji autorki - kojarzy się jednak bardziej z Karaibami niż z dawnymi dziejami, wiele osób wciąż przecież zdaje się odczuwać potrzebę dowartościowania się historią lub ucieczki w historię. Powszechne definiowanie upadku komunizmu jako odzyskania suwerenności dużo jednak mówi o widzeniu sprawy przez ludzi - bowiem język jest czułym wskaźnikiem dominujących odczuć.

Nawet jeśli w sondażu "Rzeczpospolitej" z sierpnia ub.r. wśród pozytywów przemiany najwięcej respondentów wskazało wolność słowa (52 proc.), wprowadzenie do UE (47 proc.), wejście do NATO (40 proc.), a dopiero na następnym miejscu wymieniono odzyskanie niepodległości (37 proc.), taki stan odpowiedzi zdaje się być jednak właśnie skutkiem skonsumowania sprawy (zagadnienie niepodległości przestało być kwestią dnia!). Narodowy wątek rewolucji solidarnościowej zrealizował się chyba najbardziej jednoznacznie.

Co ważne, zrealizował się bez istotnych negatywów, których w tak silnie narodowo zorientowanym ruchu można było w końcu oczekiwać i które w niejednym porównywalnym kraju się pojawiły. Szowiniści są głośni, ale chyba nie tak liczni i silni, jak można by podejrzewać, gdy się ich słyszy. Łatwo wskazać też zjawiska sprzyjające mniejszościom narodowym i innym narodom. Sprawa Jedwabnego skutkowała pewnym wzrostem antysemityzmu, obserwowalnym w sondażach - ale mnóstwo głosów w tej dyskusji oraz wiele działań miało charakter wręcz antyszowinistyczny. Socjologiczne sondaże w kwestii stosunku do "innych" i "obcych" nie przerażają.

W 1999 roku tzw. nietolerancja społeczna (wobec homoseksualistów czy upośledzonych) była wprawdzie w Polsce znacznie wyższa niż na Zachodzie, ale nietolerancja etniczna okazała się wyższa tylko w stopniu niewielkim.

Z sukcesu definiowanego jako odzyskanie suwerenności ma się powszechnie widoczną satysfakcję - nieco nawet zaprawioną megalomanią. Wskazuje się na eksplozję społeczną jako tę, która przyniosła sukces, a nie mówi się, że upadek komunizmu był w znaczącym stopniu skutkiem implozji. Pomniejsza się wagę Okrągłego Stołu, bowiem to rozwiązanie nie pasuje do cenionego stereotypu walki. Podkreśla się narodowy priorytet w walce z komunizmem, a niezbyt pamięta o Gorbaczowie, którego w końcu zrodziła nie "Solidarność", a przynajmniej nie tylko "Solidarność". Kładzie się nacisk na pokojowy charakter przemiany, a pomija fakt, że taktyka non-violence może mieć miejsce jedynie, gdy przeciwnik przestrzega pewnych reguł. Nawet Gandhi nie zalecił swej taktyki w odniesieniu do hitlerowskich Niemiec.

Wątek "ogólnoludzki" - hasła solidarności, wolności, godności ludzkiej - był zbiorem postulatów, które nigdy nie mogły zostać zrealizowane bez reszty. Alain Touraine podczas jednej z rocznicowych konferencji określił te elementy przesłania "Solidarności" jako może najważniejsze w jej dorobku. Dzięki nim - mówił - ów ruch znajdzie się w historii XX wieku, która zostanie napisana w przyszłości. Były to jednak postulaty wskazujące na cel, do którego można się jedynie przybliżać, a nie go osiągnąć. Może nie było w tym wypadku aż tak źle, jak z horyzontem w znanym radzieckim dowcipie - gdy robotnik usłyszał od propagandysty: "Komunizm widać już na horyzoncie", sprawdził w encyklopedii znaczenie słowa "horyzont" i dowiedział się, że to linia, która oddziela niebo od ziemi, oddalająca się w miarę jak się do niej zbliżamy. Niemniej jednak w każdym wypadku można tu pytać nie o realizację, a jedynie o stopień przybliżenia się do ideału. Odpowiedź na tak postawione pytanie będzie zaś zniuansowana. Trzeba ją powiązać z próbą odpowiedzi na pytanie o realizację programu buntu społecznego - trudno bowiem mówić o solidarności, godności itd., gdy część ludzi żyje poniżej minimum egzystencji.

Z realizacją solidarnościowych haseł buntu społecznego było i jest najgorzej. Prawda, że w nich także tkwiło sporo utopii. Marzyła się nam zachodnia wydajność - przy zachowaniu wielu socjalistycznych rozwiązań jednocześnie. Chcieliśmy zachodniego bogactwa i państwa na swój sposób (jak państwo socjalistyczne) opiekuńczego. Gdyby w 1980 roku powiedziano, że w wyniku przemian bezrobocie osiągnie prawie 20 proc., a ceny mieszkań w Warszawie osiągną ceny bliskie Manhattanu, mało kto by w to uwierzył. Niemniej jednak, choć dawniejsza utopijność zwiększa psychologiczne skutki twardego lądowania, to i bez tego są one straszne. Możemy być dumni z solidarnościowej rewolucji i przypominać ją światu w jej 25-lecie, ale jakże często słyszy się w Polsce, że "za PRL była praca". Rocznicowe obchody sprawiały nawet momentami wrażenie, jakby miały być kompensacją (na nucie zasług narodowych) rozlicznych zaistniałych negatywów.

Medycyna paliatywna jest przyjemna, ale niekoniecznie leczy skutecznie. Sytuacja wprawdzie nie musi, ale może owocować ponownym nasileniem protestu - wyraźnie społecznego, ubranego w kostium narodowy bądź łączącego jeden i drugi dyskurs. 14 lipca ub.r., czyli we francuskie święto narodowe, ulicą Piękną przed Ambasadą Francji przeszła manifestacja robotników przedsiębiorstw zagrożonych zwolnieniem przez właściciela - France Télécom. Na trasie przemarszu rozklejono plakaty z fortecą (Bastylią) i wypisano na nich w dwóch językach: "France Telecom: jeszcze jedna Bastylia do zburzenia/ encore une Bastille ? prendre d'assaut". Było to tym ciekawsze, że Rewolucja Francuska nigdy nie cieszyła się specjalną popularnością w rewolucji solidarnościowej. Notorycznie zapominano w niej o "Deklaracji praw", a paryskie i francuskie wydarzenia postrzegano przez pryzmat terroru. Przez lunetę gilotyny (bo tak się ten fatalny otwór nazywał!) widziano łagry Kołymy i inne okropieństwa. Tymczasem podczas ubiegłorocznej demonstracji z 14 lipca zdobycie Bastylii zrehabilitowano. Czy dlatego, że manifestowano przeciw France Télécom? Czy obcy kapitał okaże się przeciwnikiem "wdzięczniejszym" od własnego?

Na razie nie obserwuje się silnych ruchów przeciw obcemu kapitałowi. Mimo pojawiających się protestów przeciw supermarketom, większość ludzi chce w nich kupować. Nie widać silnego ruchu kupowania specyficznie polskich produktów. Nawet reklamy do tego namawiające są słabe (inna sprawa, że poza sferą produktów rolniczych trudno teraz rozróżnić produkty polskie i obce). Przeciw obcym inwestycjom produkcyjnym też mało kto występuje, raczej odwrotnie. W przyszłości jednak może być różnie. Czy protest przeciw obcemu i własnemu kapitałowi, razem wziętym, utrzyma się w konwencji "targów przez konflikt"? Czy wyjdzie poza nią? Jedno pociesza: przyrównana do wielu innych przypadków transformacji Polska, mimo wszystkich słabości, nie przedstawia się źle. Pamiętając więc o słabościach, trzeba zarazem pamiętać o tym aspekcie sprawy. Nie ze Szwajcarią wypada się porównywać.

p

, ur. 1943, historyk i socjolog, profesor Uniwersytetu Warszawskiego oraz Wyższej Szkoły Przedsiębiorczości i Zarządzania im. Leona Koźmińskiego w Warszawie. Z zakresu poruszonej tu tematyki opublikował książki: "Narodowe i rewolucyjne" (1991), "Niespodziewani przyjaciele" (1995) oraz wspólnie ze swoimi studentami tom "<<Solidarność>> w ruchu 1980-1981" (2000). Ostatnio ukazał się wybór jego artykułów "Historia - moja miłość (z zastrzeżeniami)" (2005). W "Europie" nr 39 z 28 września ub.r. zamieściliśmy tekst Kuli "Europa, pieniądze, religia i tradycja lokalna".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj