Vadim Rossman stara się nas dziś przekonać, że Kojeve jest jednym z największych filozofów XX wieku. Być może. Nie zmienia to faktu, że bardzo wątpliwe są poznawcze pożytki z zajmowania się jego powichrowanymi myślami. Zresztą ten problem mamy w "Europie" nie tylko w przypadku Kojeve'a - podobnie jest z Adornem, Sloterdijkiem, Baudrillardem, Schmittem - w zasadzie ze wszystkimi po Husserlu filozofami. Z autorami, których czyta się tyleż z wielkim smakiem, co z niezachwianą pewnością, że na samym smaku korzyści z lektury się kończą.
Kłopot jest generalny i bierze się stąd, że status współczesnej filozofii od dawna jest mocno podejrzany. Poza studencką młodzieżą, nawet zawodowi filozofowie nie wierzą w to, że z napisanych w XX wieku ksiąg wysupłają jakąś usystematyzowaną prawdę. Ich książki czyta się więc jak literaturę - chodzi w nich o styl, konstrukcję, język. A przede wszystkim o typową dla minionego wieku melancholijno-depresyjno-dekadencką aurę. Filozofia stała się bowiem nurtem artystycznym. Schmitta czytamy trochę jak powieści Jüngera, szukając w jego ciężkich esejach nastroju grozy, karmiąc się tęsknotą za silnym przeżyciem, choćby to była katastrofa, kontemplując - z mieszaniną strachu i podziwu - fenomen tyleż brutalnej, co arystokratycznej woli mocy.
Podobnie jest z Kojevem. Pochylając się nad świetnie napisanym esejem Rossmana, można sobie wmawiać, że zainteresowanie myślą Kojeve'a to próba rozszyfrowania dziwnych wyborów, jakich przyszło dokonywać Rozumowi w XX wieku. Ale to nieprawda. Lektura Kojeve'a niewiele uczy. Z morza jego błyskotliwych aforyzmów nie wyłania się racjonalna całość. Nawet jego sławne komentarze do "Fenomenologii ducha" są w istocie luźnym zbiorem przypowieści, które czyta się jedynie z podziwu dla umysłowej finezji komentatora.
Powyższe uwagi nie stanowią ataku na współczesną filozofię. Odwrotnie, to raczej próba wyjaśnienia czytelnikowi "Europy", po co takie teksty publikujemy. Nawet jeśli nie jest to już filozofia, która opisuje swoją epokę, nadal ona ją najlepiej wyraża.