Dzisiejszy rozmówca "Europy" - Robert Cooper- jest w Brukseli odpowiedzialny za wspólną unijną politykę zagraniczną i obronną, a więc za coś, czego jeszcze nie ma. Gdyby jednak taka polityka istniała, byłaby - jak dowodzą tego deklaracje Coopera - czymś bardzo sensownym i odpowiedzialnym. Jeśli chodzio stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, wspólna polityka europejska byłaby o wiele mądrzejsza niż gesty i deklaracje poszczególnych państw czy politycznych liderów (zarówno tych ideologicznie nienawidzących "nowego Wielkiego Brata", jak też tych, którzy czują do niego nieodwzajemnioną miłość).
Cooper, zamiast antyamerykańskich osi, które miałyby stowarzyszać Unię z Rosją czy nawetz Chinami, proponuje rozleglejszy i bardziej zharmonizowany "światowy koncert", w którym najpoważniejsze konflikty (w rodzaju bałkańskiego, bliskowschodniego czy koreańskiego) rozwiązywałyby wspólnie Unia Europejska, Stany Zjednoczone, ONZ, a także regionalne mocarstwa wschodzące lub schodzące - takie jak Chiny, Indie czy Rosja.
Proponowany przez brukselskiego dyplomatę nowy światowy koncert to właściwie koncert staryi już ograny, co w tym akurat przypadku nie musi być wadą. Tyle że nadal brakuje w nim jednolitego głosu Unii Europejskiej, z jej licznymi narodami, z jej lewicą i prawicą- zdolnymi do kooperacji, a przynajmniej potrafiącymi powstrzymać się przed nieustającym podstawianiem sobie nógi kopaniem po kostkach. Cooper doskonale wie, jak daleko jest dzisiejszej Europie - po klęsce referendów konstytucyjnych, po zimnym prysznicu negocjacji nad unijnym budżetem - do efektywnego zjednoczenia. Dlatego jego ostrożne wypowiedzi mają przede wszystkim uspokajać Polaków, że Bruksela niczego na nich nie wymusi: ani antyamerykanizmu, ani sekularyzacji, ani wyrzeczenia się narodowej suwerenności.
Wygląda na to, że po niedawnych wstrząsach Unia Europejska, zamiast kolejnej wielkiej wizji, jest zmuszona zaproponować swoim członkom zbiorową terapię.