John Gray przygląda się kilku wydanym niedawno książkom poświęconym amerykańskiej idei imperium. Analizowani przezeń autorzy - Robert Kaplan i Michael Mandelbaum - zdają się trwać w przekonaniu, że amerykańskiej supremacji nic nie zagraża, a Ameryce należy się wdzięczność całego świata za pełnienie funkcji globalnego policjanta. Zdaniem Graya to jednak tylko złudzenie.
Za amerykańską "neoimperialną" strategią nie stoi całościowy projekt polityczny w rodzaju tego, na którym wspierało się dawne imperium brytyjskie. Amerykanie postępują chaotycznie: ich siły zbrojne wysyłane są w różne części świata, jednak działaniom tym nie przyświeca żaden "możliwy do zrealizowania polityczny cel". Takim celem na pewno nie może być "eksport demokracji" wywołujący jedynie chaos.
p
Robert Kaplan należał do tych nielicznych osób, które nie podzielały poczucia triumfu towarzyszącego zakończeniu zimnej wojny. W artykule "The Coming Anarchy" opublikowanym przez "Atlantic Monthly" w lutym 1994 roku zarysował perspektywę znacznie odbiegającą od przewidywanej przez większość obserwatorów. Ujrzał świat, w którym pewne państwa upadają lub zanikają, a ich ludność walczy o przetrwanie, podczas gdy silne państwa bezwzględnymi metodami zapewniają sobie kontrolę nad kurczącymi się zasobami surowcowymi świata.
W wielu krajach - napisał - walka o zasoby ulegnie zaostrzeniu, na skutek konfliktów etnicznych i religijnych do władzy dojdą nacjonalistyczni demagodzy i fundamentalistyczni prorocy, wystawiając na szwank resztki ładu i bezpieczeństwa w systemie międzynarodowym. Przedstawiona przez Kaplana wizja nadchodzącej anarchii została odrzucona przez niemal wszystkich jako nadmiernie pesymistyczna. Tymczasem jego mroczne przewidywania okazały się bliższe przyszłemu obrazowi wydarzeń niż obowiązujący wtedy pogląd.
Kaplan rozwinął ten gatunek realistycznej analizy w serii książek, które spotkały się ze znacznym oddźwiękiem. W "The Ends of the Earth" (1996) ukazał wizję świata podzielonego na wstrząsane konfliktami regiony - Kaukaz, Azja Środkowa, subkontynent indyjski oraz Indochiny. W "Warrior Politics: Why Leadership Demands a Pagan Ethos" (2002) odszedł od reportażu i przedstawił przekonującą argumentację za realistycznym podejściem do stosunków międzynarodowych. Pokój to warunek cywilizowanego życia, ale bez możliwości odwołania się do siły - dowodził - pokój jest zagrożony, a wraz z nim cała cywilizacja. Kaplan i inni realistyczni myśliciele uważają - moim zdaniem słusznie - że związek między pokojem a zdolnością do użycia siły stanowi trwały element rzeczywistości ludzkiej. W tym miejscu rodzi się jednak pytanie, czy istnieje ktoś, kto posiada zdolność do skutecznego użycia siły w globalnych konfliktach, a jeśli tak, to kto?
W "Warrior Politics" Kaplan odpowiadał, że zdolność tę posiadają jedynie USA. Ameryka musi przyjąć do wiadomości, że historia wyznaczyła jej imperialną rolę: "Wbrew naszej antyimperialnej tradycji i mimo faktu, że imperializm ma u nas bardzo złą prasę, rzeczywistość imperialna już teraz nadaje ton naszej polityce zagranicznej". Kaplan nie jest odosobniony w twierdzeniu, że Ameryka musi się pogodzić ze swym imperialnym losem. Choć słowo "imperium" nie pada w ich wypowiedziach, wielu neokonserwatystów i niektórzy liberalni komentatorzy przedstawiają podobny obraz USA jako gwaranta globalnego bezpieczeństwa. Kaplana odróżnia od nich teza, że imperialna misja Ameryki wyrasta z realistycznej analizy obecnych stosunków międzynarodowych oraz to, że stawia pytanie, jak poszczególne formacje amerykańskich sił zbrojnych odpowiedzialne za realizację tej misji postrzegają swą rolę. W "Imperial Grunts: The American Military on the Ground" zdaje relację z podróży do amerykańskich baz wojskowych we wszystkich zakątkach świata. Niewielu jest dziennikarzy, którzy mieliby taki jak Kaplan dostęp do baz i personelu. Powstałej książce można wytknąć sporo słabości, ale nie sposób jej odmówić, że prowokuje do myślenia i kwestionuje wiele utartych przekonań o miejscu armii w życiu Ameryki i świata. Szczególny podziw Kaplana zdają się budzić członkowie oddziałów specjalnych, "małych, lekkich i zabójczych jednostek złożonych z żołnierzy i marines", wykazujących w działaniu szybkość i elastyczność nieosiągalną dla "dywizji piechoty, tych mastodontów z epoki przemysłowej". Te elitarne jednostki kojarzą się Kaplanowi z ochotniczą kawalerią i dragonami, którzy walczyli z niezwykle mobilnymi partyzanckimi siłami północnoamerykańskich Indian przeciwstawiających się zachodniej ekspansji USA w drugiej połowie XIX wieku. Odniesienie do Dzikiego Zachodu jest ważnym elementem Kaplanowskiego obrazu imperium amerykańskiego. Sugestia, że między wojnami indiańskimi a dzisiejszą globalną rolą Ameryki istnieje analogia, musi zaskakiwać, podobnie jak porównanie tych wojen do budowy brytyjskiego radżatu w Indiach.
W obu przypadkach podobieństwo jest wątłe lub żadne. Brytyjska obecność w Indiach pociągnęła za sobą wiele krwawych konfliktów, np. powstanie sipajów - które stworzyło poważne zagrożenie dla rządów brytyjskich w połowie XIX wieku - a radżat nosił skazę rasizmu. Niemniej jednak przez większą część okresu kolonialnego kilka tysięcy brytyjskich urzędników potrafiło rządzić kontynentem bez używania siły wojskowej na dużą skalę. Naczelny cel radżatu stanowiło eksploatowanie zasobów Indii i jeżeli Brytyjczykom w tym nie przeszkadzano, zostawiali tubylczej ludności i jej władcom niemal pełną swobodę. Z kolei zamierzeniem wojen indiańskich było usunięcie rdzennych ludów z ich ziem, co w pewnych wypadkach prowadziło do zniszczenia ich modelu życia. Niezależnie od tego, czy można tu mówić o ludobójstwie (jak twierdzą niektórzy), podbój zachodniego pogranicza USA i podbój Indii przez Brytyjczyków sytuują się w różnych porządkach. Porównanie roli Ameryki w świecie do brytyjskiego imperializmu także jest chybione. Rozsiane po świecie bazy amerykańskie często służą celom podobnym do realizowanych przez europejskie mocarstwa kolonialne, ale USA nigdzie nie sprawują kolonialnej władzy w rodzaju tej, którą Wielka Brytania i inne państwa europejskie ustanowiły na znacznych obszarach świata. Imperialiści europejscy wiązali długofalowe plany z anektowanymi przez siebie terytoriami. Znaczną część swego życia spędzali zanurzeni w kulturach skolonizowanych przez siebie krajów, uczyli się miejscowych języków i często zawierali trwałe sojusze z tubylczymi władcami.
Imperializm europejski ma na koncie wiele bestialstw - np. w niemieckiej Afryce południowo-zachodniej i belgijskim Kongu rzesze ludzi zmarły w warunkach zbliżonych do niewolnictwa, a w latach 20. Brytyjczycy jako pierwsi użyli lotnictwa przeciw ludności cywilnej Afganistanu i Iraku. Co więcej, poglądy europejskich elit kolonialnych w okupowanych krajach były zabarwione uprzedzeniami rasowymi i mitami orientalizmu. Niemniej jednak znajomość tubylczych języków, dziejów i obyczajów, jak również zażyłe stosunki z miejscową klasą rządzącą zapewniały niektórym urzędnikom kolonialnym stopień kontroli politycznej, którego nie dałoby się osiągnąć wyłącznie przy użyciu siły wojskowej. Prawda jest taka, że Ameryce brakuje większości atrybutów państwa imperialnego. Jest wiele krajów, w których USA mają mniejsze lub większe wpływy - czasem realizowane pod groźbą użycia siły, częściej jednak za pomocą ekonomicznego kija i marchewki. Ale nie rządzą żadnym z tych krajów i mają nad nimi niewielką kontrolę polityczną.
Stwierdziwszy, że "imperium amerykańskie ostatecznie ukształtowało się jako twór raczej domyślny niż jawny", Kaplan przypomina, iż "było ono pozbawione kolonii" i przechodzi do porównania go z imperiami rzymskim i perskim. Jednak stosunki Ameryki z większością krajów, gdzie stacjonują jej wojska, nie są długofalowymi stosunkami z rodzaju tych, które kultywowały wspomniane imperia. Obecność USA uwarunkowana jest zmiennym układem amerykańskich interesów i przypadłościami amerykańskiego życia politycznego. Gdy wojskowe zaangażowanie Ameryki w którymś z krajów staje się zbyt kosztowne lub niepopularne, z reguły szybko wycofuje się żołnierzy. Na skutek tego podejścia, traktowanego aksjomatycznie zarówno przez Waszyngton, jak i odnośne kraje, rzadko możliwe są długofalowe sojusze z lokalnymi klasami rządzącymi, które dawnym imperiom umożliwiały wielowiekowe trwanie.
Brak dalekosiężnych planów związanych z krajami, w których USA mają bazy, znajduje odzwierciedlenie wśród wojskowych. Pisząc o "imperialnych komandosach" Ameryki, Kaplan sławi ślepy amerykański patriotyzm żołnierzy. Najwyraźniej nie przychodzi mu do głowy, że może to utrudniać realizację misji, którą - w jego przekonaniu - wzięły na siebie USA. A przecież postawa ultrapatriotyczna w kluczowych punktach koliduje z postawą misyjną. Żarliwy, skierowany do wewnątrz patriotyzm nie zachęca do konsekwentnego zainteresowania innymi społeczeństwami. Oto co Kaplan pisze o wojskach amerykańskich w Afganistanie: "Z nielicznymi wyjątkami nawet spotkani przeze mnie oficerowie kontrwywiadu prawie nie mówili tutejszym językiem". W "globalnej wojnie z terrorem", w której dane wywiadowcze są kluczowe, nieznajomość języka wroga musi stanowić poważny handicap. Kaplan uważa, że defekt ten można naprawić drogą lepszego werbunku i szkolenia, ale współgra on z postawami i strategiami głęboko ugruntowanymi w wojsku amerykańskim. Weźmy doktrynę "ochrony wojsk", zgodnie z którą nadrzędny cel stanowi minimalizacja liczby ofiar po stronie amerykańskiej. W świetle strat poniesionych przez USA w Wietnamie i Somalii tego rodzaju politykę można zrozumieć, ale skutek jest taki, że w krajach, gdzie siły amerykańskie walczą z powstańcami, całą ludność postrzega się jako potencjalnego wroga. Jak widać w Iraku, łatwo może się to przerodzić w samospełniające proroctwo. Można by wskazać istotniejszą różnicę między dzisiejszą rolą wojska amerykańskiego a rolą europejskich sił zbrojnych w epoce kolonialnej.
Imperializm europejski był dziełem państwowotwórczym i siły zbrojne mocarstw kolonialnych zazwyczaj funkcjonowały w ramach strategii nastawionej na realizację długofalowych celów politycznych. Tymczasem wojska amerykańskie, postrzegane przez innych i siebie jako chwilowi goście, często działają bez ściśle określonych celów politycznych. Obowiązuje założenie, że armia USA ma doraźną misję, po której zakończeniu może przenieść się gdzie indziej albo wrócić do domu. Jednakże powstrzymanie terroryzmu - stanowiące rzekomo główny cel amerykańskiego zaangażowania militarnego na świecie - oprócz działań wojskowych wymaga także długofalowych inicjatyw gospodarczych i politycznych. Celem interwencji USA oraz ich sojuszników w Afganistanie było zniszczenie reżimu talibów - i zamierzenie to zostało wykonane, ale od tego czasu talibowie przegrupowali się i elitarnym "małym, lekkim i zabójczym jednostkom" udaje się ich tylko pognębić, lecz nie unieszkodliwić.
Trudności, jakie wojska amerykańskie napotykają w Iraku, nie biorą się z braku sprawności wojskowej czy zbyt małej siły ognia. Ich źródło stanowi głęboka nieufność znacznej części ludności oraz panujący na ogromnych obszarach kraju stan bliski anarchii. Pokonanie tych przeszkód - przy założeniu, że to osiągalne i potrzebne - wymaga pracy trwającej dekady i pokolenia. Niewiele jest dziś krajów z potencjałem umożliwiającym wzięcie na siebie takiego zobowiązania i na pewno nie są do tego zdolne USA, gdzie pojęcie organicznej pracy nad "budową państwa" budzi rozdrażnienie.
A przecież bez tego rodzaju trwałego zaangażowania nie ma mowy o imperium amerykańskim. Czy może istnieć imperializm bez imperialistów? Problem ten zyskuje jaskrawą ilustrację w Iraku. Nie ulega wątpliwości, że wojnę rozpoczęto bez odpowiedniego przemyślenia dalszych kroków, lecz nie jest wcale pewne, czy nawet najbardziej skrupulatne planowanie pozwoliłoby siłom amerykańskim uporać się z anarchią w postsaddamowskim Iraku. Rażące błędy decyzyjne - np. nagłe rozwiązanie armii irackiej przez głównego administratora cywilnego Paula Bremera - pogłębiły trudności, ale zasadniczy problem polega na słabości państwa irackiego i niezdolności amerykańskich sił okupacyjnych do stworzenia w jego miejsce trwałych struktur. Irak zawsze był niejednorodnym państwem trawionym głębokimi podziałami wewnętrznymi. Reżim Saddama - świecka dyktatura w zachodnim stylu wzorowana na stalinowskim ZSRR i narodowosocjalistycznych Niemczech - spajał Irak, a jednocześnie brutalnie represjonował większość szyicką, Kurdów i innych.
Obalenie reżimu oznaczało dla tych grup wyzwolenie, ale pozostawiło państwo irackie bez realnej władzy i legitymacji. Wojska amerykańskie przekonały się, że niszcząc tyranię, stworzyły równocześnie niefunkcjonujące państwo. Odpowiedzią administracji Busha był program "demokratyzacji", ale przekonanie, że demokracja przyniesie stabilizację, to złudzenie. Ustanowienie demokracji w kraju o zadawnionych głębokich podziałach z reguły prowadzi do rozpadu państwa. W Iraku czynnikami podziału są nie tylko historyczne wrogości etniczno-religijne, ale również konkurencyjne roszczenia do zasobów ropy. W tych warunkach demokracja liberalna jest projektem utopijnym. Jeśli uda się ustanowić jakąś demokrację, będzie to demokracja w stylu irańskim - czyli islamistyczna wersja antyliberalnego snu Rousseau. W tych warunkach wojna o zasoby między zantagonizowanymi społecznościami Iraku jest nieunikniona; można już chyba nawet mówić o początkach procesu rozpadu. Wydaje się, że fundamentaliści zapewnili sobie kontrolę nad segmentami kluczowych instytucji (policja i siły specjalne), w niektórych miastach de facto rządzą islamistyczne milicje. W takich okolicznościach budowa irackich sił bezpieczeństwa, które mogłyby zastąpić wojska amerykańskie i brytyjskie w dziele tłumienia powstania - co stanowi podstawę amerykańskiej strategii wyjścia - jest niemożliwa.
Przyczyną strategicznej porażki Ameryki w Iraku z pewnością nie jest wysłanie tam zbyt małej liczby żołnierzy. Problem leży w tym, że operacjom militarnym nie przyświecał żaden możliwy do zrealizowania cel polityczny. Najbardziej prawdopodobnym dziedzictwem wojny będzie zbałkanizowany Irak lub wzmocnienie wpływów radykalnego islamu w regionie, na czym najbardziej skorzysta Iran. Raczej nie tego należałoby oczekiwać po wielkiej strategii imperialnej promującej interesy Ameryki. Kaplan ma chyba świadomość, że między jego podniosłymi hasłami o imperialnej roli USA a chaotyczną rzeczywistością istnieje przepaść.
Jednakże jego pogląd na temat imperialnej misji Ameryki również grzeszy niespójnością. Kaplan jest zagorzałym czytelnikiem Josepha Conrada - napisał entuzjastyczny wstęp do wydania dwóch jego najwybitniejszych powieści - i podziela jego pogląd na kruchość imperialnej władzy. U Kaplana nie widać jednak Conradowskiego zrozumienia, że władza ta zawsze będzie niesprawiedliwa i okrutna. Dla niego imperium to wielka przygoda i cofnięcie się przed nią byłoby małodusznym tchórzostwem. W prologu do swej książki (zatytułowanej "Kraj indiański") Kaplan deklaruje: "Być Amerykaninem w pierwszej dekadzie XXI wieku to być świadkiem podniosłej i ulotnej chwili, która nawet gdyby trwała jeszcze kilka dziesięcioleci, byłaby tylko migawką z długiego marszu hegemonów, niosącego pokój połaciom globu".
Pisząc w tym stylu, Kaplan jest romantycznym piewcą imperium amerykańskiego, które - jak podejrzewa - osiągnęło już apogeum świetności. Wysławia prostą pobożność i "bezpretensjonalną gotowość na śmierć" swych imperialnych komandosów, piętnuje "zamożniejsze warstwy" amerykańskie, które - jego zdaniem - "biorą udział w procesie tworzenia się globalnej, kosmopolitycznej elity" oraz obsztorcowuje prasę i telewizję za ich kąśliwą krytykę wojska. Jakoś nie przychodzi mu do głowy, że zastrzeżenia prasy wobec obecnego sposobu użycia siły militarnej przez USA mogą brać się ze świadomości dziennikarzy, iż działania te wywołały silne negatywne reakcje na całym świecie. Przecież nie tylko dziennikarze mają wątpliwości, czy militarna potęga Ameryki jest właściwie wykorzystywana. Nawet w samym rządzie nie wszyscy są przekonani, czy rozpoczęcie wojny irackiej było mądre; dotyczy to Departamentu Stanu, CIA, a także - co równie istotne - wyższych kadr oficerskich w Pentagonie. Jak można było przewidzieć, poparcie społeczeństwa dla misji zagranicznych spada i nastroje społeczne w Ameryce znów nabierają izolacjonistycznego zabarwienia. Stało się boleśnie oczywiste, że amerykańska siła wojskowa ma ograniczone możliwości rozwiązywania problemów coraz bardziej skomplikowanego świata i należy przypuszczać, że postulaty ściągnięcia znacznej części wojska z powrotem do kraju niedługo staną się niezwykle trudne do odparcia. Polityczne przywództwo Ameryki lansowało pogląd, że zakrojone na wielką skalę cele polityczne można osiągnąć za pomocą krótkich, niezbyt kosztownych kampanii wojskowych z użyciem ograniczonych sił.
W rzeczywistości strategia "Szok i przerażenie", jak ochrzczono operację iracką, może wystarczyć do pokonania wojsk wrogiego państwa, ale nie oporu ludności. Rupert Smith, brytyjski generał, który dowodził oddziałami ONZ w Bośni i był zastępcą dowódcy sił NATO podczas wojny o Kosowo, wysuwa tezę, że staroświecka wojna przemysłowa z ubiegłego wieku została w dużym stopniu wyparta przez nowy rodzaj konfliktu "wewnątrznarodowego". Kluczem do sukcesu w tej nowej formie wojny jest - zdaniem Smitha - wykorzystanie sił zbrojnych do osiągnięcia realistycznych celów politycznych. Kaplan również zdaje sobie sprawę, że wojna w starym stylu przemysłowym jest w pewnym stopniu przestarzała, ale najwyraźniej nie ma świadomości, iż pociąga to za sobą pewien wymóg polityczny. Jeśli wojska amerykańskie zostaną puszczone w świat bez wytycznych, nie będą wiedziały, co mają robić i dlaczego. Mogą zwyciężyć na polu walki i zadać przeciwnikowi ciężkie straty, ale nie osiągną nic trwałego, prócz wrogości cywilów. Operacje militarne prowadzone zgodnie z tą filozofią przyniosą skutki odwrotne do zamierzonych.
Stwierdzenie Kaplana, że wojska USA walczą w "indiańskim kraju", jest niesmaczne i absurdalne, ale nawet gdyby analogia ta była uprawniona, nie pozwoliłaby dostrzec, że szaleństwem jest "globalna wojna z terrorem", w której nieukierunkowanej siły używa się w służbie nieokreślonych bądź utopijnych celów politycznych.
Dla Michaela Mandelbauma podstawową cechą USA na początku XXI wieku jest siła: "Stany Zjednoczone są przede wszystkim silne, po zakończeniu zimnej wojny znacznie silniejsze niż jakikolwiek inny kraj". Mandelbaum zgadza się z Kaplanem, że Ameryka nigdy nie była potężniejsza, ale nie podziela jego wiary w imperium amerykańskie: "Globalna rola Ameryki różni się dramatycznie od władzy imperialnej, jest wręcz jej przeciwieństwem, bo USA płacą, a reszta świata na tym korzysta". Jako jedyne państwo, które jest w stanie dostarczyć globalne dobra publiczne, takie jak wojska wysyłane do Bośni, Kosowa i Afganistanu, USA pełnią funkcję rządu światowego. Autor nie przeczy, że Ameryka wykorzystuje swą siłę do realizacji własnych interesów, ale nie dostrzega, by interesy te kolidowały z interesami innych krajów. Dla Mandelbauma Ameryka nie jest lwem systemu międzynarodowego zastraszającym mniejsze, słabsze zwierzęta i na nich żerującym. Ameryka to raczej słoń, który pomaga innym stworzeniom, stwarzając dla nich pokarm jako skutek uboczny procesu własnego odżywiania.
"The Case for Goliath" to elokwentna obrona żywotnej roli Ameryki w zapewnianiu bezpieczeństwa światu XXI wieku. Zaprezentowany tam obraz niekwestionowanej hegemonii Ameryki pomija jednak kilka niewygodnych faktów. W przeciwieństwie do XIX-wiecznej Wielkiej Brytanii, która była największym na świecie eksporterem kapitału, USA to największy dłużnik świata. Militarne przygody Ameryki są w ostatecznym rozrachunku finansowane pożyczonymi pieniędzmi - przede wszystkim od Chin, bez których udziału w wykupie amerykańskich obligacji rządowych gospodarka USA by się zawaliła. Ta zależność od Chin nie daje się łatwo pogodzić z tezą, że USA bezpłatnie pełnią funkcję światowego policjanta. Opłacają go zagraniczni wierzyciele Ameryki i jeśli uznają politykę zagraniczną USA za niebezpieczną lub irracjonalną, mogą wywindować koszty spłaty długu publicznego do zaporowej wysokości. Emmanuel Todd, analityk francuski, który w 1978 roku przewidział upadek ZSRR, napisał: "USA nie potrafią przeżyć z własnej działalności gospodarczej i muszą być dotowane, by utrzymać obecny poziom konsumpcji - dotacja ta w błyskawicznym tempie urosła do 1,4 mld dolarów dziennie (stan na kwiecień 2003 roku)".
Jeśli Ameryka nadal będzie się zachowywać po chuligańsku, powinna się spodziewać embarga. Embargo zaszkodziłoby także wierzycielom Ameryki, więc wydaje się ono mało prawdopodobne, ale nie jest już niewyobrażalne. Po zakończeniu zimnej wojny niektórzy oczekiwali, że wzorzec Ameryki z okresu fin de siÝcle'u zostanie w różnych wersjach zastosowany na całym świecie i nastanie epoka globalnego spokoju. Mandelbaum nie ma takich złudzeń, ale w odróżnieniu od wielu innych uważa, że upadek komunizmu przyczynił się do wzmocnienia amerykańskiej potęgi, choć w rzeczywistości skutek był odwrotny.
Zimna wojna nie była rodzajem rywalizacji, która może wyłonić zwycięzcę. Mogła mieć tylko jednego przegranego - ZSRR, z ogromnym, rdzewiejącym sektorem wojskowo-przemysłowym, pogrążoną w stagnacji gospodarką i zdewastowanym środowiskiem naturalnym. Prawdziwym beneficjentem nie jest Ameryka, lecz Azja. Upadek ZSRR przyspieszył tempo globalizacji, umożliwiając Chinom i Indiom osiągnięcie statusu wielkich mocarstw, których interesy mogą kolidować z interesami USA. Epoka prymatu Zachodu dobiega końca. Właśnie ten fakt w największym stopniu wyklucza powstanie imperium amerykańskiego i odbiera podstawy przekonaniu, że USA zostaną kiedyś zaakceptowane w roli nieformalnego rządu światowego. Mandelbaum nie tylko nie dostrzega ograniczeń amerykańskiej potęgi, ale także - paradoksalnie - jej wymiaru imperialnego. Wojnę iracką przedstawia jako uzasadnioną reakcję na groźbę stworzenia przez Husajna arsenału broni masowego rażenia i krytykuje administrację Busha za brak wyraźnej deklaracji, iż jest to wojna prewencyjna, a nie wynikająca z posiadania wiarygodnych informacji, że Saddam już dorobił się takiej broni.
Inny casus belli nie pozwoliłby jednak wojskom amerykańskim poskromić anarchii w postsaddamowskim Iraku. Po niezwykle skutecznej kampanii wojskowej krajem tak samo jak dziś nie dałoby się rządzić, a wojska amerykańskie tak samo musiałyby walczyć z powstańcami. Przede wszystkim zaś wymuszona przez Amerykanów zmiana reżimu tak samo jak teraz byłaby powszechnie postrzegana - w Iraku, w całym regionie i w wielu innych częściach świata - jako pozbawiona prawomocności.
Inwazja i okupacja Iraku nie doprowadziły wprawdzie do stworzenia czegoś, co przypominałoby administrację kolonialną, ale umożliwiły zawłaszczanie irackich zasobów ropy. Wiele osób w Iraku i gdzie indziej uważa zmianę reżimu za pretekst do zapewnienia sobie przez USA kontroli nad irackimi surowcami naturalnymi i choć jest to pogląd uproszczony, wskazuje na istotny element prowadzonej przez USA polityki. Ameryka jest w krytycznym stopniu zależna od malejących bliskowschodnich zasobów ropy w okresie, gdy gwałtownie wzrasta popyt w Chinach i Indiach. W obliczu tego problemu Stany uciekły się do klasycznej geopolityki. Wojska USA stacjonują w Azji Środkowej (Kirgistan i Uzbekistan), by zabezpieczyć amerykańskie interesy w obecnej edycji Wielkiej Gry, w której USA rywalizują z innymi krajami o surowce energetyczne tego regionu.
Tej samej strategii służą siły amerykańskie w Zatoce Perskiej. Nie ma jednak pewności, że to ćwiczenie z geopolityki może przynieść sukces. Firmy międzynarodowe nie mogą działać w Iraku z powodu anarchii panującej na znacznych obszarach tego kraju. Wydobycie ropy nie wróciło do poziomu sprzed inwazji, a jeśli instalacje naftowe w innych częściach regionu staną się przedmiotem uporczywych ataków, zapewnienie im bezpieczeństwa może okazać się niemożliwe. Tło dla rzeczywistości politycznej regionu stanowi wszechobecna wrogość wobec potęgi Ameryki.
Na skutek uzależnienia od ropy USA przyjęły neoimperialną strategię interwencji wojskowej, która może tę wrogość jedynie zaostrzyć. Należy wątpić, czy USA mają dostateczny potencjał do prowadzenia nieokreślonej czasowo wojny, która może z tego wyniknąć, raczej nie ma natomiast wątpliwości, że nie warto podejmować takiego zadania. Pod koniec "Imperial Grunts" Kaplan pisze: "Imperium Amerykańskie z początków XXI wieku wznosiło się na fundamencie kompleksu niewymiernych czynników, który użycie nagiej siły osłabiało, a nie wzmacniało".
To mądra uwaga, ale szkoda już się stała. W wyniku interwencji irackiej rozkład globalnej amerykańskiej hegemonii stanowiącej integralny element procesu globalizacji został przyspieszony, może nawet o jedno pokolenie. USA nadal będą odgrywały bardzo istotną rolę, ale nie mogą oczekiwać, że ich interesy i wartości będą uważane za najważniejsze. Wkraczamy w świat, w którym pokój będzie zależał od skoordynowanych działań kilku silnych podmiotów. W tej sytuacji należy jak najszybciej powrócić do realistycznego myślenia o polityce międzynarodowej. Mesjanistyczne kampanie eksportu demokracji nie służą globalnemu bezpieczeństwu. Nie służy mu też uganianie się za mirażem imperium, który już teraz się rozwiewa.
p
, ur. 1949, profesor Katedry Myśli Europejskiej w London School of Economics, uczeń największych brytyjskich myślicieli XX wieku: Isaiaha Berlina i Michaela Oakeshotta. Jest autorem kilkunastu książek; ostatnio wydał: "Al Qaeda and What It Means to Be Modern" (2003) oraz "Heresies. On Progress and Other Illusions" (2004). W Polsce ukazały się m. in.: "Liberalizm", "Dwie twarze liberalizmu", "Słomiane psy. Myśli o ludziach i innych zwierzętach". W "Europie" nr 32 z 10 sierpnia ub.r. opublikowaliśmy tekst Graya "Religia powróciła pod postacią wojny".