Dziennik Gazeta Prawana logo

My - Europa

5 listopada 2007, 12:15
Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Jeszcze przed objęciem urzędu Prezydenta RP Lech Kaczyński wielokrotnie podkreślał swe przywiązanie do narodowej niepodległości. Również w tekście dla "Europy" stwierdza, że alternatywa "Europa federalna albo fiasko integracji" jest fałszywa. Prawdziwa jedność kontynentu - według prezydenta - powinna opierać się na "harmonijnej współpracy politycznej, gospodarczej i kulturalnej" między suwerennymi państwami. Wywodzący się z tej samej partii co Kaczyński, nowy polski premier Kazimierz Marcinkiewicz przypomina przemówienie Tony'ego Blaira w Parlamencie Europejskim i zaznacza, że wolny rynek nie może istnieć bez politycznej jedności. Polska - zdaniem Lecha Kaczyńskiego i Kazimierza Marcinkiewicza - ma "potencjał i aspiracje", by brać aktywny udział w procesie przebudowy Europy.

p

prezydent Rzeczypospolitej Polskiej

Dyskusja o przyszłości UE, o kierunku, w jakim powinna się rozwijać i jej kształcie ustrojowym, jest obowiązkiem wszystkich krajów członkowskich Unii. Kontrowersje wokół Karty Konstytucyjnej, wciąż jeszcze żywe, pokazały, jak różne są spojrzenia na przyszłość Europy. Także Polska powinna brać aktywny udział w tej debacie, a Polacy - mieć świadomość, że to, w jakiej Unii będziemy funkcjonować, zależy również od ich zdania.

Spór o kształt UE często sprowadza się do alternatywy: albo dalsza integracja polityczna w kierunku struktury federalnej, albo zaprzepaszczenie dorobku procesu zjednoczeniowego. Taki pogląd jest - moim zdaniem - nie do przyjęcia. W Polsce większość środowisk politycznych - w tym to, z którego się wywodzę - krytycznie podchodzi do koncepcji Europy jako państwa federalnego. Silnie scentralizowany organizm z państwami członkowskimi o ograniczonej suwerenności nie jest odpowiedzią na problemy, przed którymi staje dzisiejsza Unia. Powinniśmy dążyć do prawdziwej jedności kontynentu, opartej nie na mnożeniu biurokratycznych struktur i aktów normatywnych, lecz na harmonijnej współpracy politycznej, gospodarczej i kulturalnej między krajami Europy. Kwestia przyszłości UE i kierunku, w jakim powinna ona ewoluować, wiąże się ściśle z odpowiedzią na pytanie, jakie miejsce w Unii powinna zajmować Polska. Nasz kraj nie może być biernym podmiotem w jednoczącej się Europie. Polska ma potencjał i aspiracje, by włączać się w proces przebudowy UE. To samo dotyczy innych krajów członkowskich z naszego regionu.

Nie można jednak stawiać Polski przed fałszywym wyborem: albo bliskie stosunki z USA, albo silna pozycja w Unii. Polska nie chce i nie musi wybierać między partnerstwem z państwami europejskimi a sojuszem z USA. Większość naszych unijnych partnerów zdaje sobie z tego sprawę.

Proces rozszerzania Unii nie jest jeszcze zakończony. Polska z radością powita w europejskich strukturach Rumunię, Bułgarię i Chorwację. Mam nadzieję, że tak szybko, jak to możliwe, znajdzie się w UE nasz bliski partner i wschodni sąsiad - Ukraina. Jako słuszną należy ocenić decyzję o rozpoczęciu negocjacji akcesyjnych z Turcją. Rozważając sprawę jej członkostwa w UE, trzeba wziąć pod uwagę pozytywne zmiany, jakie wywoła w tym kraju realna perspektywa przystąpienia do Unii. W ostatnich latach Turcja uczyniła wiele na rzecz poszanowania praw człowieka, podstawowych wolności obywatelskich i dalszej demokratyzacji życia publicznego.

Nie tylko dla Polski, ale również dla całej UE, niezmiernie istotnym zagadnieniem są stosunki z Federacją Rosyjską. W obecnym momencie trudno oceniać polsko-rosyjskie relacje jako dobre, a przecież mają one dla naszego kraju szczególne znaczenie. Mam nadzieję, że niezależnie od niełatwych doświadczeń historycznych wzajemne kontakty ulegną poprawie. Ten proces nie będzie z pewnością szybki; wymaga dobrej woli z obu stron. Polsce nie brakuje dobrej woli do dialogu - jednak musi być to dialog partnerski. Jeśli strona rosyjska gotowa jest współpracować na takich zasadach, kwestia ułożenia stosunków Rzeczypospolitej Polskiej z Federacją Rosyjską znajdzie się na dobrej drodze. Uważam, że ekipa polityczna, która stworzyła rząd po wyborczym zwycięstwie przed kilkoma miesiącami, ma szansę na prowadzenie dialogu na innym poziomie niż poprzednio rządzące ekipy, obarczone kompleksem serwilizmu z minionej epoki.

p

premier Rzeczypospolitej Polskiej

Filozof Leszek Kołakowski napisał kiedyś, że siłą cywilizacji europejskiej jest jej zdolność do krytycznej refleksji nad swymi dokonaniami, to, że potrafi zdobyć się na dystans wobec siebie. Wydaje się, że cecha ta przyczyniła się również do powstania, po tragicznych doświadczeniach wojen i totalitaryzmów pierwszej połowy XX wieku, jedynego w swym rodzaju podmiotu - Unii Europejskiej.

Inicjatywa Jeana Monneta i Roberta Schumana, którzy zaproponowali, by podjąć sektorową współpracę między narodami przez całe wieki rywalizującymi i toczącymi wojny, zdała egzamin. Stało się tak prawdopodobnie dlatego, że skupiono się na rozwiązywaniu konkretnego problemu. Na początku lat 50. problemem było zapewnienie kontroli nad produkcją węgla i stali, surowców służących przemysłowi zbrojeniowemu. Rany zadane narodom Europy przez militarystyczne Niemcy były tak dotkliwe, że zdecydowano, iż potrzebny jest mechanizm, który pozwoli skutecznie kontrolować potencjał zbrojny na kontynencie. Narzędziem takiej kontroli nie mogły być kolejne rezolucje bądź powołanie następnego forum współpracy międzynarodowej; przeszłość kontynentu pokazała, że pakty i układy można łamać.

By opanować egoizmy narodowe Europejczyków, należało znaleźć nowatorskie rozwiązanie. Zrzeczenie się kontroli nad produkcją węgla i stali przez Francję i Niemcy na rzecz nowo powołanej Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali okazało się wydarzeniem bez precedensu w historii nowożytnej Europy; z początku mało kto zdawał sobie sprawę, że decyzja ta pociąga za sobą zrzeczenie się przez kraje członkowskie EWWiS suwerenności w wybranym segmencie zarządzania państwem. Taki był początek UE. Dalsze etapy jej rozwoju wyznaczył Jednolity Akt Europejski oraz traktat w Maastricht, w których zdefiniowano obowiązujące dziś ramy funkcjonowania Unii. Te dokumenty i przyjęte w nich rozwiązania należą już do przeszłości. Wedle niektórych proces budowy zjednoczonej Europy został wstrzymany w pół drogi. Takie widzenie spraw tłumaczy wagę przypisywaną uchwaleniu konstytucji europejskiej, ono też znajduje się zapewne u podstaw dalekosiężnej propozycji Joschki Fischera, by państwa europejskie utworzyły federację z oddzielnym rządem.

Osobiście inaczej hierarchizowałbym problemy współczesnej Europy. Zamiast tworzyć perfekcyjne projekty, które mają szansę wejść w życie w odległej przyszłości, wolę obserwować kontekst, w którym funkcjonujemy tu i teraz, konkretne problemy, których doświadczamy. Jestem zdania, że tędy właśnie prowadzi droga prawdziwego rozwoju Europy. To szlak "małych kroków", to rozwiązywanie konkretnych spraw, którymi żyją ludzie na naszym kontynencie. Tak właśnie rodziła się UE; z tego wniosek, że taka droga jest skuteczna. Innymi słowy: Unia powinna stanowić odpowiedź na rzeczywiste problemy ludzi i narodów, za cel powinniśmy sobie stawiać doskonalenie już istniejących mechanizmów. Wydaje mi się, że w ostatnich latach do najdonioślejszych wypowiedzi europejskich mężów stanu dotyczących przyszłości kontynentu należy przemówienie wygłoszone przez Tony'ego Blaira, gdy Wielka Brytania przejmowała unijną prezydencję. Premier Blair przywołał kontekst globalnej gospodarki i konkurencji, wśród których musi odnaleźć się Europa, by nie stać się skansenem produkującym bezrobotnych, skupionym na zapewnieniu opieki coraz starszej populacji.

Czy Unia jest w stanie zaproponować rozwiązanie kryzysu demograficznego, przed którym stanęła Europa? Jak radzi sobie z palącymi kwestiami dnia dzisiejszego - jak zareagowała na zmniejszenie dostaw gazu z Rosji do większości państw europejskich? Jak przygotowana jest do walki z terroryzmem? Co zrobiła w trakcie pomarańczowej rewolucji na Ukrainie? Pytania można by mnożyć. Odpowiedzi na nie jednoznacznie wskazują na potrzebę zmian. Zgadzam się z twierdzeniem Blaira, iż tłumaczenie obecnego kryzysu europejskiego sporem między zwolennikami "Europy politycznej" a obrońcami wolnego rynku jest fałszywe. W rzeczywistości nie ma wolnego rynku bez jedności politycznej, a kluczem do rozwiązania obecnej sytuacji w Unii jest formuła solidarności, rozumiana jako solidarność narodów i solidarność obywateli.

Niezbędnym warunkiem poprawy jakości życia obywateli Europy jest modernizacja. Oznacza to jednak, że konieczne jest nie tylko zwiększenie nakładów na kształcenie i badania naukowe, lecz również zadbanie o to, by cały kontynent rozwijał się harmonijnie, a strategiczne interesy polityczne każdego kraju członkowskiego były właściwie rozumiane przez jego sąsiadów. Tylko po spełnieniu tych warunków obywatele krajów członkowskich będą się czuli w pełni członkami UE. Tego procesu nie należy sprowadzać do "janosikowego" projektu oddawania pieniędzy europejskim biedakom przez europejskich bogaczy. W warunkach otwartego rynku stopniowo zacierają się pojęcia "my" i "oni".

O bogaceniu się poszczególnych narodów w coraz większym stopniu decydują paneuropejskie czy światowe korporacje. Niezbędne jest jedynie stworzenie takich warunków, by globalny rozwój zogniskował się właśnie na naszym kontynencie. Warto przywołać tu tzw. "Nową Perspektywę Finansową na lata 2007-2013", uchwaloną podczas niedawnego szczytu Rady Europejskiej w Brukseli. Kompromis, na jaki przy tej okazji zdobyła się Wielka Brytania, zasługuje na prawdziwy szacunek. Premier Blair udowodnił, że jego wystąpienie z początku prezydencji nie było pustym apelem: wziął odpowiedzialność za własne słowa i wykonał ważny gest na rzecz solidarnej Europy. Na szacunek zasługują również brukselskie starania innych krajów, szczególnie Niemiec, Francji i Luksemburga.

p

minister spraw wewnętrznych Republiki Francuskiej, przewodniczący UMP

Kwestia Europy jest w stosunku do wszystkich innych nadrzędna. Europa potrzebuje sprawnych instytucji, stabilnych granic i świeżego porywu energii. Unię Europejską wyposażyć trzeba w instytucje konieczne dla jej prawidłowego funkcjonowania. Jednak Francuzi nie ratyfikowali traktatu konstytucyjnego. Muszę przyznać, że nie istnieje żaden plan zapasowy. Teraz w pewnym sensie każdy odpowiada za siebie.

Valéry Giscard d'Estaing znakomicie poprowadził prace nad uzgodnieniem i planowaniem wspólnej wizji Europy; w projekcie traktatu znalazły się punkty, w przypadku których uzyskano konsensus i które stanowiły instytucjonalny postęp: na przykład stabilna prezydencja w UE, szersze stosowanie zarówno większości kwalifikowanej, jak współdecydowania, a także ustanowienie teki europejskiego ministra spraw zagranicznych. Na podstawie pierwotnego tekstu musimy opracować wersję krótszą, opartą na pierwszej części traktatu, której jedynym celem będzie organizacja Europy liczącej 25 państw. Poczynając od bieżącego roku, specjalna misja mogłaby odwiedzać europejskie stolice, by spotykać się z rządami państw, parlamentami, partiami politycznymi i przedstawicielami społeczeństwa obywatelskiego; celem tej misji byłoby przygotowanie tego skróconego tekstu. Proponuję, by skrócony tekst, będący rezultatem konsensusu, został we właściwym momencie poddany pod głosowanie w Parlamencie.

Przyczyną niepowodzenia referendum europejskiego we Francji i Holandii była częściowo niechęć narodów do Europy bez granic. Żałuję, że europejscy przywódcy nie wzięli tego pod uwagę. Uważam, że póki nie zostaną zatwierdzone nowe instytucje, nie należy rozszerzać Unii. Życzyłbym sobie również, by z myślą o tych spośród naszych sąsiadów, którzy nie zamierzają stać się jej członkami, rozpoczęto procedury zmierzające do opracowania statusu partnera strategicznego UE. Życzyłbym sobie także (w perspektywie nie tyle instytucjonalnej, co politycznej), byśmy - z poszanowaniem każdego spośród członków Unii, w pełnym porozumieniu z nimi - sprawili, by 6 głównych państw członkowskich (Niemcy, Wielka Brytania, Hiszpania, Włochy, Polska i Francja), odgrywało rolę prawdziwej siły napędowej UE.

Kolejnym ważnym projektem na przyszłość jest odpowiedzialne rozważenie kwestii imigracji. Ograniczę się tu do przykładu Francji. W wielkich zachodnich demokracjach imigrację uważa się najczęściej za czynnik dynamizujący. Imigracja to możliwość sprowadzania ludzi utalentowanych i kompetentnych. U nas jednak imigracja ma negatywne konotacje, bo nie jest dostatecznie regulowana, a jej związki z naszymi potrzebami ekonomicznymi są zbyt słabe; nie towarzyszy jej także żadna ambitna polityka integracyjna.

Należy rozpocząć wprowadzanie w życie modelu imigracji wybiórczej, prowadzącej do integracji sukcesu. Mówię o integracji sukcesu, ponieważ możemy się cieszyć osiągnięciami imigrantów z Afryki czy Azji; ponieważ pomimo obiektywnych trudności, jakie wiążą się z ich położeniem, imigrantom we Francji niejedno się udaje. W zamian ofiarowują swą odmienność, kreatywność i radość płynącą z bycia Francuzami albo z nadziei, że się nimi staną.

Celem tej wybiórczej polityki imigracyjnej nie jest w żadnym wypadku intelektualny drenaż krajów pochodzenia. Osoby, które przyjmiemy we Francji, będą zobowiązane zwrócić w pewnej postaci korzyści płynące z wykształcenia lub doświadczenia zawodowego, jakie zdobędą we Francji. Podczas procedury wydawania zezwoleń na pobyt będziemy również brali pod uwagę interes krajów pochodzenia. To zasadniczo odróżnia nas od niektórych spośród naszych rozwiniętych partnerów; chciałbym, by Francja przeniosła debatę poświęconą tej tematyce do instytucji europejskich i międzynarodowych. Rozwój krajów dotkniętych biedą powinien pozostać jednym z naszych głównych celów.

p

współzałożyciel i lider Węgierskiej Partii Obywatelskiej Fidesz, były premier Węgier, lider opozycji

Do 2004 roku proces integracji nie był procesem poszerzenia ku nieznanym granicom, lecz ponownym zjednoczeniem, łączącym obszary, które od wieków na różne sposoby były ze sobą powiązane. Spodziewana akcesja Chorwacji również będzie zaliczać się do tej kategorii. Mimo to linia podziału między starymi a nowymi członkami jeszcze nie zanikła, czego dowodem są m.in. ograniczenia w swobodnym przepływie siły roboczej i różnice w poziomie dopłat dla rolników. Codzienne kontakty zamazują jednak ten podział i tworzą nowe sojusze. Czy np. Francja zdołałaby obronić Wspólną Politykę Rolną bez pomocy Polski i Węgier?

Głównym problemem jest jednak to, czy europejscy przywódcy rozumieją potrzeby obywateli. Głosując na "nie" w referendach konstytucyjnych, Francuzi i Holendrzy powiedzieli w istocie: chcemy miejsc pracy, nie konstytucji. Jeśli chcielibyśmy wyciągnąć morał z ich decyzji - a nie powtarzać dotychczasowe błędy w istocie blokujące proces integracji - morał ów brzmiałby następująco: musimy utrzymywać inflację na niskim poziomie, nie możemy kwestionować rozszerzenia strefy euro i powinniśmy tworzyć miejsca pracy, zwiększając konkurencyjność gospodarki europejskiej. By to wszystko było możliwe, pilnie potrzebujemy reform.

Przeciwstawianie sobie państwa opiekuńczego i konkurencyjności jest nie do przyjęcia. Powinny się one nawzajem uzupełniać, ponieważ zdrowa konkurencja to najlepszy gwarant bezpieczeństwa socjalnego.

Musimy się też ostatecznie pogodzić z faktem, że nie ma jednego europejskiego modelu socjalnego. Model socjalny jednego kraju może oczywiście zainspirować inny kraj do ulepszenia własnego systemu, ale pozwólmy różnym modelom współistnieć i konkurować ze sobą - z korzyścią dla wszystkich Europejczyków.

Dzisiaj UE poświęca znacznie więcej uwagi i energii uruchamianiu procesów politycznych i sterowaniu nimi niż wcielaniu w życie swych priorytetów gospodarczych. Dlaczego o niezrealizowanych celach Strategii Lizbońskiej, które miały zwiększyć konkurencyjność Europy, nie rozmawiamy choćby w połowie tak często jak o losie konstytucji? Można czasem odnieść wrażenie, że procesy polityczne przesłaniają czy nawet wypierają kwestie rozwoju gospodarczego, które są naszym prawdziwym celem.

Po niedawnej fali akcesji i po odrzuceniu traktatu konstytucyjnego przez dwa kraje założycielskie Unii jest czymś zupełnie naturalnym, że UE zamierza ostrożniej podchodzić do przyszłych rozszerzeń. Mimo że ostatnie akcesje przyniosły znaczne korzyści wszystkim państwom członkowskim, wielu uważa, że UE powiększa się zbyt szybko. Pod względem poziomu życia i rozwoju gospodarczego między starą a nową Europą wciąż istnieje przepaść. UE musi brać pod uwagę swą zdolność absorpcji nowych członków.

Kraje kandydujące - takie jak Turcja - muszą ściśle wypełniać kryteria kopenhaskie. Niestety, mimo znacznych wysiłków i realnych postępów, rząd turecki nadal ma z tym poważne problemy. Unia oczekuje od Turcji kontynuacji reform, a rozpoczynające się negocjacje mają charakter otwarty, co znaczy, że ich wynik nie jest z góry przesądzony. Jeśli w trakcie negocjacji okaże się, że Turcja nie jest w stanie wypełniać wszystkich zobowiązań związanych z członkostwem, powinniśmy podjąć próbę jak najmocniejszego zakotwiczenia jej w strukturach europejskich - pozostawiając jednak otwartym pytanie o pełne członkostwo. Także innym krajom sąsiednim, które nie mogą zostać pełnoprawnymi członkami Unii, należy zaproponować "uprzywilejowane partnerstwo" z UE. Takie partnerstwo powinno być czymś więcej niż strefą wolnego handlu i współpracy gospodarczej. Powinno obejmować intensywne konsultacje polityczne, zwłaszcza w dziedzinie spraw wewnętrznych i wymiaru sprawiedliwości, jak również polityki zagranicznej, bezpieczeństwa i obronnej.

p

prezydent Republiki Czeskiej

Celowo i wyraźnie chciałbym rozróżnić pojęcie Europy oraz Unii Europejskiej i jestem przekonany, że nie chodzi tu o zwykłą grę słów. Pojęcie "wspólnej Europy" jest dla mnie mało zrozumiałe. Europa to kontynent, obszar geograficzny. Jest to pewna całość kulturowo-cywilizacyjna powstała w drodze ewolucji. Całość, która istnieje niezależnie od nas i naszych czasowo uwarunkowanych ambicji, by się jednoczyć, rozdzielać, przyjaźnić czy wręcz odwrotnie. Do tej całości nikt z nas nie ma praw i nikt nie ma do niej "klucza". Coś takiego jak "wspólna Europa" to tylko pusty frazes.

Czymś zupełnie innym jest UE jako polityczny projekt zgrupowania państw, które pomimo religijnych, historycznych, a także kulturowych i politycznych różnic chcą wspólnie podejmować pewne działania. Największym zagrożeniem dla Europy jest próba wymazania z powierzchni Ziemi (faktycznego wymazania, choć fikcyjnie nadal by one istniały) tych krajów, które stały się kamieniem węgielnym Unii Europejskiej, i chęć stworzenia "ponadnarodowego" (czy - jak się dziś w Europie mówi, przestrzegając zasad political correctness - komunitarnego) Państwa Europa.

I tego właśnie się najbardziej boję. Granice Europy zostały wyznaczone w spontanicznym procesie ewolucyjnym na przestrzeni tysiąca lat. Na proces ten nie da się na szczęście wpłynąć w żadnym sensie - ani w pozytywnym, ani w negatywnym. Nie mogą tego zrobić nawet różni euroentuzjaści. Pierwotne, i jedyne możliwe do obrony, znaczenie pojęcia "integracja" to: konsekwentne usuwanie wszystkich możliwych barier, konsekwentna liberalizacja i otwarcie rynków (w szerszym niż tylko w ekonomicznym znaczeniu tego słowa), a także zminimalizowanie ingerencji autorytetów politycznych w ludzkie działania. Z tego wynika, że tak naprawdę granice prawdziwej integracji nie istnieją. W związku z tym do integracji możemy zaprosić i włączyć kogokolwiek, kto jest tym zainteresowany - i tylko na tym zyskamy. Im większy będzie obszar wspólnego działania, tym dla nas lepiej. Dlatego Unii Europejskiej w dzisiejszych czasach nie zagraża ani Turcja, ani Ukraina, ani Bałkany. Jedyne, co jej zagraża, to nadmierna unifikacja, federalizacja, upaństwowienie, centralny zarząd oraz regulacje i planowanie zgodne ze współczesną doktryną europeizmu. Jeżeli Europa obecnie przechodzi kryzys, to nie po referendum francuskim czy holenderskim.

Ich wynik to właśnie wyraz już dawno istniejącego kryzysu, wynikającego ze sztucznej i przymusowo wprowadzanej unifikacji. Wyraz kryzysu skuteczności, efektywności i demokracji europejskich instytucji. Kryzysu europejskiego modelu socjoekonomicznego - państwa socjalnego, i tak naprawdę kryzysu ideologii europeizmu. Nie jest to spowodowane kryzysem spotkania "starej" i "nowej" Europy w sensie, o którym mówił Donald Rumsfeld. Bardzo ważne dla Europy są także dobrze funkcjonujące relacje transatlantyckie. Bez tego nie umiem sobie wyobrazić długofalowego bezpieczeństwa i geopolitycznego zakotwiczenia demokracji i wolności w Europie. W tych kwestiach między UE a USA nie może pojawiać się konkurencja czy rywalizacja. W tych kwestiach priorytetowy musi być wspólny interes.

Całość ukaże się w jednym z kolejnych numerów "Europy"

p

minister spraw wewnętrznych Republiki Federalnej Niemiec

Unia Europejska oferuje unikalną historyczną szansę ścisłego i trwałego połączenia krajów naszego kontynentu na bazie wolności i demokracji. Dlatego też jest czymś więcej niż tylko projektem gospodarczym służącym stworzeniu wspólnego rynku, niezależnie od tego, jak ważny jest również ten aspekt.

Europejskie dzieło integracji nie zostało jeszcze ukończone: w 2007 roku mają zostać przyjęte do UE Bułgaria i Rumunia. Najnowsze sprawozdania Komisji Europejskiej z postępów czynionych przez te kraje dają powód do ostrożnego optymizmu. Negocjacje przedakcesyjne z Chorwacją rozpoczęły się 3 października 2005. Ale również Albania, Bośnia i Hercegowina, Kosowo, Macedonia i Serbia biorą już udział w europejskim procesie integracji. Unia Europejska musi dążyć do osiągnięcia celu, którym jest trwała stabilizacja zachodnich Bałkanów, wsparcie ich w odbudowie, ale też w przeprowadzeniu niezbędnych reform politycznych, gospodarczych i administracyjnych.

Unia Europejska podjęła również w zeszłym roku negocjacje przedakcesyjne z Turcją. Ich wynik jest do tej pory kwestią otwartą i musi je cechować wzajemna szczerość. Niemcy są szczególnie zainteresowane pogłębieniem stosunków z Turcją i zespoleniem tego kraju z UE. Stąd ważne jest wspieranie w Turcji rozwoju demokracji, praworządności i gospodarki.

Przy tym wszystkim niezbędne jest zastanowienie się nad granicami Unii Europejskiej. Nie każdy praworządny i ekonomicznie rozwinięty kraj może zostać członkiem UE - inaczej mogłyby ubiegać się o członkostwo także USA lub Japonia. Jeśli chodzi o UE, jej granice pokrywają się z granicami Europy jako obszaru geograficznego i kulturowego. Będące naszym celem ścisłe zjednoczenie polega też w dużej mierze na wspólnocie doświadczeń. Jeżeli nie będziemy mieli odwagi, by przyjąć w tym względzie jakieś określone stanowisko, UE straci akceptację swych obywateli. Stanowiłoby to zagrożenie dla projektu europejskiego jako takiego. Wynik zeszłorocznych referendów dotyczących konstytucji UE we Francji i w Holandii wyraźnie zasygnalizował nam istnienie takiego ryzyka. Decydujące jest, by Europę przybliżyć ludziom. Zaś brak określonych granic stwarza niepewność, a niepewność powoduje odrzucenie.

Zdolność wyobrażenia sobie Europy w jej konkretnych granicach nie oznacza jednak odgradzania się od innych. Zasadnicze wartości UE muszą być podstawą naszego współżycia i naszej współpracy z krajami ościennymi, takimi jak Białoruś, Ukraina, Mołdawia, Gruzja, z krajami Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Tu stoją przed nami wielkie zadania. UE tylko wtedy będzie w stanie z sukcesem podołać tym zadaniom, jeżeli będzie zjednoczona wewnętrznie, akceptowana przez swych obywateli i politycznie zdolna do działania.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj