Dziennik Gazeta Prawana logo

Burzyciele Muru

5 listopada 2007, 12:15
Ten tekst przeczytasz w 15 minut

Nie można zrozumieć dzisiejszego porządku europejskiego, ignorując dokonania przywódców z lat 70. i 80. "Europa" zapytała o ocenę późniejszych przemian liderów byłego Związku Radzieckiego - Michaiła Gorbaczowa i ówczesnego szefa dyplomacji ZSRR Eduarda Szewarnadze. Politycy okresu pieriestrojki i głasnosti zdają sobie sprawę z wagi swych ówczesnych inicjatyw. Michaił Gorbaczow jest zdania, że pierestrojka przyniosła wolność społeczeństwom Europy Środkowej, a zjednoczenie - Niemcom, zaś jej ducha wywodzi z "wierności najważniejszym zasadom prawa międzynarodowego". Eduard Szewardnadze uważa wręcz, że przemiany przełomu dekad były nieuchronne.

p

były przywódca ZSRR, autor koncepcji pieriestrojki

Dzięki zapoczątkowanej w drugiej połowie lat 80. polityce "nowego myślenia" doszło do zakończenia zimnowojennej konfrontacji, a także wyścigu zbrojeń. Stworzyło to warunki wyjściowe dla przyszłego zjednoczenia kontynentu europejskiego. Warto przypomnieć, że proces ten rozpoczął się jeszcze w czasach pieriestrojki i towarzyszyło mu pokojowe zjednoczenie Niemiec, na które kierownictwo ZSRR przystało, bo zjednoczenie podzielonego narodu leżało nie tylko w interesie samych Niemców, ale również w interesie pozostałych narodów europejskich.

"Nowe myślenie" w polityce zagranicznej nie było rezultatem jakiejś iluminacji, która pojawiła się ni stąd, ni zowąd. Wynikało raczej z wierności najważniejszym zasadom prawa międzynarodowego i regułom współpracy państw, a także z chęci kontynuowania tej współpracy w takim właśnie duchu. Jestem jak najdalszy od tego, by twierdzić, że wszystko, czego dokonaliśmy, przychodziło łatwo. Mieliśmy jednak dużo cierpliwości, determinacji i przede wszystkim - woli dialogu. Zaowocowało to między innymi przyjęciem (w grudniu 1989 roku) deklaracji maltańskiej głoszącej, że ZSRR i USA nie są już wrogami oraz podpisaniem w 1990 roku w Paryżu tzw. Karty dla Europy, która do dziś zachowuje aktualność.

Pod wyraźnym wpływem rosyjskiej pieriestrojki kraje Europy Środkowej i Wschodniej weszły na drogę demokratyzacji. Tzw. "aksamitne rewolucje" - oczywiście z różnym powodzeniem i z różnymi skutkami - radykalnie skorygowały mapę Europy, stwarzając perspektywę likwidacji podziałów, które istniały na kontynencie europejskim od czasów II wojny światowej. Kierownictwo ZSRR twardo stało na stanowisku nieingerencji w wewnętrzne sprawy tych państw. Wszystkim bez wyjątku pozostawialiśmy prawo swobodnego wyboru w kwestiach dotyczących ich przyszłości. Próba zamachu stanu przeprowadzona w sierpniu 1991 roku oraz tzw. porozumienia białowieskie, które w grudniu tego samego roku położyły kres istnieniu ZSRR, sprawiły, że dzieło pieriestrojki zostało przerwane. To, co wydarzyło się w Rosji w latach 90., było już rezultatem zgoła innej strategii i odmiennych metod.

Ekipie Borysa Jelcyna przyświecała idea burzenia wszystkiego. Rozpad ZSRR, tzw. terapia szokowa w ramach reformy Gajdara, grabież majątku narodowego prowadzona pod płaszczykiem prywatyzacji etc. - to tylko niektóre przykłady takiej destrukcyjnej polityki. W wyniku tych zmian w Rosji zapanował wilczy kapitalizm i chaos, w społeczeństwie dokonał się rozłam. Jeśli dzieło pieriestrojki nie zostało całkowicie zaprzepaszczone, a ona sama nie padła pod naporem dwóch spisków w 1991 roku - sierpniowego i grudniowego, to stało się tak dlatego, że doprowadziliśmy transformację nad swego rodzaju Rubikon, którego przekroczenie po prostu uniemożliwiło powrót do przeszłości.

Wraz z brutalnym przerwaniem procesu pieriestrojki w 1991 roku, idea budowy "wspólnego europejskiego domu", zakładająca harmonijne zespalanie obszarów znajdujących się po obu stronach żelaznej kurtyny, stanęła pod znakiem zapytania. Europa zaczęła się jednoczyć według arbitralnego scenariusza Komisji Europejskiej na drodze negocjacji członkowskich i bezwarunkowego przyjęcia dorobku prawnego Unii. W rezultacie doszło do niemającej precedensu w dziejach ekspansji Europy Zachodniej na wschód.

W 2004 roku wyraziła się ona wchłonięciem przez Unię Europejską dawnych krajów bloku wschodniego. Następny etap tej ekspansji wiąże się z rozpoczęciem negocjacji członkowskich z Turcją. Przyjęcie tej ostatniej do Unii Europejskiej oznaczałoby jednak wyjście nowo powstającego "imperium europejskiego" poza linię Bosforu - ku Azji.

W obliczu poważnego kryzysu systemowego, w jakim Unia Europejska znalazła się po odrzuceniu - w referendum francuskim i holenderskim - traktatu konstytucyjnego, warto się jednak poważnie zastanowić, czy przypadkiem chaotyczna ekspansja w kierunku wschodnim nie narusza równowagi europejskiej budowli? Warto też zadać sobie pytanie, czy można ignorować rosnące niezadowolenie obywateli Starego Świata, zaniepokojonych potencjalnym napływem taniej siły roboczej i groźbą ucieczki całych gałęzi przemysłu na Wschód?

Jestem głęboko przekonany, że głównym powodem obecnego kryzysu systemowego Unii Europejskiej (pisałem o tym szerzej m.in. w artykule opublikowanym w "Financial Times" 25 lipca 2005 roku) było niezwykle gwałtowne tempo jej rozszerzania. Doprowadziło ono do stworzenia systemu, który wymknął się spod kontroli. Oczywiście, nie można ignorować aspiracji członkowskich krajów położonych na wschód od UE - Turcji, Ukrainy, Mołdawii i Gruzji. Unia Europejska będzie jednak zmuszona do pewnego przewartościowania swojej strategii i taktyki przyszłych rozszerzeń. Proces budowy zjednoczonej Europy nie może odbywać się tak żywiołowo. Powinien być bardziej przemyślany i przebiegać w bardziej miarowym tempie. Zawsze uważałem, że zjednoczoną Europę trzeba budować nie tylko od strony zachodniej, ale także od wschodu. W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera idea zbudowania Wspólnej Przestrzeni Gospodarczej przez takie kraje jak Rosja, Ukraina, Białoruś i Kazachstan. Proces ten mógłby przynieść ogromne korzyści wszystkim wymienionym tu państwom, a także samej Unii Europejskiej. Interakcja między dwoma systemami - Unią Europejską oraz Wspólną Przestrzenią Gospodarczą krajów poradzieckich - jest kluczem do zjednoczenia i zbudowania "wielkiej Europy".

Wracając do pieriestrojki, dzięki której 20 lat temu problem zjednoczenia Europy mógł ponownie stanąć na porządku dnia, warto pamiętać, że Rosja nie jest państwem, które daje się łatwo reformować. W Europie Zachodniej mało kto jest w stanie sobie wyobrazić skalę i złożoność zadań, jakie przed nami stały. Proces rosyjskich reform nie został zresztą jeszcze zakończony. Nie można wykluczyć dalszych kryzysów, nawrotów starego porządku, a nawet niewielkich fal autorytaryzmu. Wszystko wskazuje na to, że dziś, w 2006 roku, Rosja znowu stoi w obliczu wyboru.

Albo inercyjnie podąży szlakiem wyznaczonym przez reformy Jelcyna, kojarzące się z rozpadem państwa, kryzysem gospodarczym i zepchnięciem na skraj nędzy dziesiątków milionów ludzi, albo przeciwnie - korzystając z pozytywnych przesłanek, jakie powstały w pierwszych latach prezydentury Władimira Putina - pójdzie drogą demokratycznych zmian, które uwzględnią jej historyczne doświadczenia, kulturę oraz bogaty potencjał intelektualny.

Zdania na temat pieriestrojki są, jak wiadomo, podzielone. Jedni uważają, że stworzyła ona niezwykłe perspektywy, umożliwiając rekonfigurację porządku światowego. Inni twierdzą, że pieriestrojka była błędem. Wśród tych, którzy w drugiej połowie lat 80. poparli pieriestrojkę i przekształcenia, jakie się z nią wiązały, dominowali ludzie młodzi. Jest rzeczą znamienną, że w świetle ostatnich sondaży także dziś - po 20 latach - pieriestrojkę oceniają pozytywnie głównie młodzi Rosjanie, najczęściej ci z wyższym wykształceniem. Oznacza to, że program pieriestrojki nie stracił na aktualności. Pozwala to również żywić nadzieję, że proces reformowania Rosji będzie kontynuowany. Tak samo zresztą jak proces harmonijnego budowania "wielkiej Europy" - łączącej na równoprawnych zasadach Wschód z Zachodem.

p

minister spraw zagranicznych ZSRR za rządów Michaiła Gorbaczowa, były prezydent Gruzji

Idea zjednoczenia Europy, a w szczególności Niemiec, będących "sercem" rozszerzonej Unii Europejskiej, pojawiła się wraz z rozpadem Układu Warszawskiego. Uważam, że wszystko, co nastąpiło na przełomie lat 80. i 90., było w pełni logiczne i do pewnego stopnia nieuchronne. Po wydarzeniach 1989 roku w Polsce oraz w innych krajach socjalistycznych stało się dla mnie - jako ministra spraw zagranicznych ZSRR - jasne, że Układ Warszawski jest skazany na powolny rozpad. Kryzys, w jakim znajdował się tzw. blok socjalistyczny, był szczególnie wyraźnie widoczny na tle dynamicznych zmian zachodzących we Wspólnotach Europejskich, które weszły właśnie w okres konsolidacji. Silne było też NATO. Działania polityczne podejmowane przez Unię Europejską oraz potencjał obronny Paktu Północnoatlantyckiego stwarzały bardzo pozytywne wrażenie. Unia Europejska, powołana wówczas do życia, była solidna i coraz bardziej aktywna na arenie międzynarodowej. Nie sposób się dziwić, że po Układzie Warszawskim i Radzie Wzajemnej Pomocy Gospodarczej nie pozostał dziś nawet ślad, podczas gdy Unia Europejska odgrywa obecnie jedną z głównych ról w polityce światowej. Co więcej, przejęła ona częściowo schedę po tzw. bloku wschodnim, ponieważ w 2004 roku dołączyło do niej osiem państw postkomunistycznych. Gdy dziś wracam myślą do tamtego okresu, za każdym razem dochodzę do wniosku, że pokojowe zjednoczenie Niemiec było jednym z największych osiągnięć dyplomacji radzieckiej. Jako minister spraw zagranicznych ZSRR miałem w tym swój skromny udział. Dziś mało kto pamięta, w jak trudnych warunkach działaliśmy. W Związku Radzieckim, ale nie tylko tam, odzywały się gromkie głosy przeciwników zjednoczenia Niemiec. Ludzie ci nie podzielali naszego poglądu o potencjalnie pozytywnym wpływie zjednoczenia RFN i NRD na sytuację międzynarodową. Wskazywali również, że "wielkie Niemcy" staną się poważnym zagrożeniem dla innych państw w Europie. Tylko nieliczni politycy i obserwatorzy sceny politycznej rozumieli, że zjednoczenie jest koniecznym warunkiem urzeczywistnienia wysuniętej przez Michaiła Gorbaczowa idei "wspólnego europejskiego domu". Dziś, z perspektywy 15 lat, widać wyraźnie, że bez zjednoczonych Niemiec nigdy nie doszłoby do zjednoczenia Europy. Wtedy, na przełomie lat 80. i 90., jedynie przeczuwaliśmy, że był to pierwszy krok w procesie rozszerzenia Unii Europejskiej na wschód. Tym samym została wyznaczona główna oś obecnych procesów integracyjnych. Niemcy wraz z Francją i czterema państwami, które jako pierwsze znalazły się we Wspólnotach Europejskich, są dla jednoczącej się Europy czymś w rodzaju szkieletu - dlatego zjednoczenie Niemiec było tak ważne. Ponadto stało się ono swego rodzaju gwarancją dla takich państw jak moja ojczyzna Gruzja, że mimo zawirowań (w rodzaju obecnego kryzysu wewnętrznego UE) proces jednoczenia Europy będzie kontynuowany. Michaił Gorbaczow wystąpił z ideą budowy "wspólnego domu" w drugiej połowie lat 80. Założenie wyjściowe było następujące: jeśli chcemy utrwalić pokój, Europa musi się zjednoczyć.

By to osiągnąć, trzeba położyć kres istniejącym podziałom. Państwa położone na kontynencie europejskim mogą stać się wspólnotą narodów, pozostającą w dobrych stosunkach z pozaeuropejskimi sąsiadami. Uważam, że Europa w takim kształcie, jaki widzimy obecnie, z grubsza odpowiada tym właśnie założeniom. Można uznać, że zadania i cele, jakie sobie stawiało radzieckie kierownictwo w okresie pieriestrojki, zostały osiągnięte.

Gdyby mnie poproszono o wskazanie negatywnych aspektów procesu zjednoczenia Europy, byłoby mi niezwykle trudno je wskazać. Może dlatego, że bardzo wysoko oceniam to, co Unii Europejskiej udało się do tej pory osiągnąć. Ponadto uważam, że w procesie jednoczenia Europy najważniejsza była sama idea zjednoczenia. To, że Europie podzielonej żelazną kurtyną udało się zjednoczyć oraz sposób, w jaki tego dokonano, jest najlepszym wzorcem do naśladowania dla krajów poradzieckich borykających się ze spuścizną po ZSRR. Państwa bałtyckie już wykorzystały tę szansę, przyjmując europejski model rozwoju. Ukraina i państwa Zakaukazia - w tym także Gruzja - doskonale wiedzą, że projekt europejski ma wielką przyszłość, toteż zabiegają o zarysowanie perspektywy ich wejścia do zjednoczonej Europy. Dlaczego tak im na tym zależy? Zarówno wtedy, w latach 90., jak i dziś kraje spoza UE przyciąga "sprawiedliwość" projektu europejskiego, a także bogaty dorobek prawny Unii regulujący stosunki między państwami członkowskimi. Od dawna się temu przyglądam i dochodzę do wniosku, że to właśnie dzięki wysokiemu poziomowi kultury prawnej, Europa "odnalazła się" i odzyskała swą tożsamość.

Czyż to nie jest niezwykłe, że choć Unia Europejska staje się coraz silniejsza jako wspólnota, to jednocześnie każde z państw członkowskich - niezależnie od swej wielkości i potencjału, jakim dysponuje - zachowuje pełnię suwerenności państwowej? W historii trudno znaleźć przykłady podobnych rozwiązań.

Często słyszymy, że proces rozszerzania Unii Europejskiej na wschód był pośpieszny, nieprzemyślany i chaotyczny. Taką opinię wyraził niedawno m.in. Michaił Gorbaczow. Nie zgadzam się z tym poglądem. Wspólnoty Europejskie nigdy by nie powstały, gdyby nie proces rozszerzania o nowe kraje. To, że na różnych etapach drogi do Wspólnot, a potem do Unii Europejskiej dołączały nowe państwa, które decydowały się na wejście w pogłębione, wzajemnie wzbogacające, wielostronne relacje z innymi krajami, należy uznać za główny mechanizm tworzenia zjednoczonej Europy. Z doświadczeń zdobytych w rezultacie kolejnych rozszerzeń skorzystały już byłe kraje socjalistyczne, które w 2004 roku przystąpiły do UE w imię "powrotu do Europy". Proces ten trudno jednak uznać za zakończony. W Europie istnieje jeszcze kilka państw, które również pragnęłyby włączenia do Unii, np. Ukraina i Gruzja. W moim najgłębszym przekonaniu ich aspiracje są w pełni uzasadnione - Ukraina powinna wejść do UE w przewidywalnej perspektywie czasowej, tak samo zresztą jak Gruzja. O członkostwo w UE zabiega również sąsiadka Gruzji - Turcja, która zrobiła już bardzo wiele, gdy chodzi o przybliżenie momentu wejścia. Szanse Turcji są wysokie, ponieważ państwo to od dawna należy do NATO. Mimo, że znaczenie militarne i strategiczne położenie Turcji są czynnikami przemawiającymi na jej korzyść, z drugiej strony - potencjał demograficzny oraz problemy narodowościowe skłaniają Europejczyków do traktowania ewentualnej akcesji Turcji z rezerwą. Obawy te można zrozumieć. Rację mają ci, którzy namawiają, by już teraz zastanowić się, jakie mogą być bezpośrednie i dalekosiężne konsekwencje wejścia Turcji do UE. Niezależnie od tych zastrzeżeń, wcześniej czy później Turcja zostanie przyjęta do Unii. Mówimy tu jednak o dłuższej perspektywie czasowej. Wejście Turcji nie będzie bowiem możliwe bez reformy wewnętrznej UE oraz głębokich zmian w świadomości Europejczyków. Spełnienie tych warunków pozwoliłoby obu stronom przystosować się do nowej sytuacji. Przyjęcie Gruzji oraz innych krajów zakaukaskich do Unii nie stwarzałoby tak poważnych problemów. Europejczycy z Zachodu mają dość mgliste wyobrażenie o tym, jakim państwem jest Gruzja. Najczęściej nie zdają sobie sprawy, że jest ona krajem na wskroś europejskim zarówno w sensie geograficznym, jak i kulturowym. Po odzyskaniu niepodległości w latach 90. kierownictwo gruzińskie wielokrotnie deklarowało chęć wstąpienia do UE. Rozumieliśmy jednak dobrze, że osiągnięcie tego celu nie będzie możliwe w krótkiej perspektywie czasowej. Obecna ekipa rządząca stopniowo, acz konsekwentnie dąży do członkostwa Gruzji w UE oraz w NATO.

Od wielu już lat wejście do struktur zachodnich stanowi nadrzędny cel gruzińskiej transformacji ustrojowej. Jestem przekonany - nikt i nic nie przeszkodzi w realizacji tego celu, bo Gruzja jest państwem par excellence europejskim. Jak większość moich rodaków zdaję sobie jednak sprawę, że akcesja do UE nie dokona się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Ufam jednak, że za jakiś czas proces ten nabierze rozpędu i odwieczne pragnienie Gruzinów, by na nowo zająć miejsce w europejskiej rodzinie narodów, zostanie urzeczywistnione.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj