Z amerykańskiego punktu widzenia UE jest tworem zbiurokratyzowanym i gospodarczo nieefektywnym. Podkreślają to ekonomista Milton Friedman, analityk stosunków międzynarodowych Robert Kagan i filozof polityki Francis Fukuyama.
Ten ostatni obarcza europejski system zabezpieczeń socjalnych winą nie tylko za stan unijnej gospodarki, lecz także za radykalizację islamskich imigrantów, którzy zostają pozbawieni "godności płynącej z przyczyniania się własną pracą do pomyślności społeczeństwa".
Od leseferystycznego chóru odróżnia się Joseph Stiglitz, który podkreśla, że promowanie wolnego rynku na arenie międzynarodowej nie powstrzymuje USA od stosowania na własnym podwórku klasycznego protekcjonizmu. Europa powinna przestać się przejmować amerykańskim mitem i bardziej dbać o własne interesy - pisze Stiglitz.
p
politolog, autor "Końca historii"
Najważniejszą cechą określającą współczesną europejską tożsamość jest wiara, że państwo powinno pełnić funkcje opiekuńcze. Od Półwyspu Apenińskiego po północną Szwecję Europejczycy są przekonani, że solidarność jest jedną z najważniejszych wartości, które trzeba chronić i rozwijać. Sama idea Unii Europejskiej opiera się właśnie na wyrównywaniu różnic rozwojowych. Po drugie UE charakteryzuje wiara w skuteczność prawa międzynarodowego. Doświadczenie licznych wojen i wzajemnych podbojów sprawia, że Europa nie przywiązuje wielkiej wagi do tradycyjnie rozumianej suwerenności. Odróżnia ją to od Ameryki, gdzie niezależność państwa uważa się za wartość podstawową.
Mimo deklarowanej chęci ustanowienia opartego na prawie porządku międzynarodowego, Europejczycy nie mogą się jednak pochwalić szczególnymi sukcesami. Jak stwierdził John van Oudenaren, stworzyli oni w UE system decyzyjny o bizantyńskiej złożoności, z nakładającymi się i niespójnymi zasadami oraz słabymi zdolnościami wdrażania. Komisja Europejska częstokroć nie ma nawet możliwości sprawdzenia, czy państwa członkowskie stosują się do wydanych przez nią dyrektyw.
Dla Amerykanów takie podejście jest podważaniem zasady rządów prawa. Trzecią cechą odróżniającą Europę od Ameryki i trzecim wyznacznikiem europejskiej tożsamości jest w moim przekonaniu nastawienie do wykorzystania sił zbrojnych. Europa mogłaby bez trudu wydawać więcej na obronę - tyle, by stać się równorzędnym partnerem Ameryki.
Nie robi tego jednak. W sumie wydaje 130 mld dolarów - suma ta ciągle spada - w porównaniu do 300 mld wydawanych przez USA, które planują znaczny wzrost wydatków. Po 11 września amerykańskie wydatki zbrojeniowe wzrosły o kwotę większą niż wynosi cały brytyjski budżet na obronę. Mimo wzrostu znaczenia sił konserwatywnych w Europie, w żadnych ostatnich wyborach nie pojawił się kandydat postulujący zwiększenie wydatków wojskowych. Robert Kagan stwierdził, iż Europejczycy wierzą, że żyją w epoce po końcu historii. Epoka ta ma się charakteryzować pokojowym rozwiązywaniem konfliktów, opartym na międzynarodowych porozumieniach, normach i prawach. W świecie tym siła zbrojna i Realpolitik nie są już potrzebne. Amerykanie zaś, doświadczając działań al-Kaidy i innych ciemnych sił, są zdaniem Kagana przekonani, że potrzebują tradycyjnej siły, by się obronić. Kagan twierdzi, że Europejczycy mają połowiczną rację - udało się im zbudować ponadnarodową organizację, Unię Europejską, która przejęła znaczną część suwerenności swoich członków i stworzyła pole do współpracy. Ale ta stabilność i szczęście Europy są koniec końców gwarantowane przez amerykańską siłę zbrojną. Gdyby nie ona, historia wróciłaby do Europy. Osobiście nie jestem przekonany, że "europejski raj" istnieje tylko dzięki Ameryce. Trafności tego stwierdzenia nie da się jednak zweryfikować inaczej niż poprzez zwinięcie amerykańskiego parasola.
Wreszcie, czwarty element określający europejską tożsamość to religia. Europa ukształtowała swą cywilizację na judeochrześcijańskim fundamencie. To, co jest najważniejsze w europejskiej tożsamości, budowane jest ciągle na nim właśnie. I tu dotykamy głównego wyzwania stojącego przed Europą. Jest nim, mówiąc w skrócie, wielokulturowość. Jest ona oczywiście cechą całego współczesnego świata. Można w niej dostrzec pozytywne skutki modernizacji technologicznej, bliskiej współpracy przedsiębiorstw, które mogą efektywnie wykorzystywać talenty z najodleglejszych części globu. Reakcją na nią jest jednak nietolerancja, zarówno wśród tych, którzy czują się wyłączeni z dzisiejszego globalnego społeczeństwa, jak i tych, którzy przewidują, że mogą wkrótce utracić w nim uprzywilejowaną pozycję.
Kluczowym aspektem wielokulturowości są relacje między Europą a światem islamu. Przyzwyczailiśmy się uważać terroryzm dżihadu za produkt dysfunkcjonalnych części świata, takich jak Afganistan, Pakistan czy Bliski Wschód. Niestety, istnieją dobre powody, by uważać, że źródło radykalnego islamu bije nie na Bliskim Wschodzie, lecz w Europie Zachodniej. Zamachowcy z Londynu i Madrytu, Mohamed Atta, który zorganizował masakrę 11 września i Mohamed Bouyeri, który jesienią 2004 roku w rytualny sposób zarżnął holenderskiego reżysera Theo van Gogha - wszyscy stali się radykałami w Europie.
W Holandii, gdzie ponad 6 proc. mieszkańców to muzułmanie, jest dużo islamskiego radykalizmu, mimo iż państwo jest zarówno nowoczesne, jak i demokratyczne. Od wychowanych we własnym kraju radykałów reszta mieszkańców Holandii nie może oddzielić się murem.
Europejskie elity bagatelizują narodową tożsamość na rzecz otwartej, tolerancyjnej, postnarodowej europejskości. Jednocześnie Holendrzy, Niemcy, Francuzi i inni mieszkańcy kontynentu utrzymują silne poczucie narodowej tożsamości, podczas gdy imigranci pochodzący z Turcji, Maroka czy Pakistanu są jej pozbawieni. Integracja jest dodatkowo utrudniona faktem, że sztywne europejskie prawo pracy utrudnia nisko wykwalifikowanym imigrantom i ich dzieciom znalezienie zajęcia. Wielu imigrantów utrzymuje się z zasiłków, co oznacza, iż pozbawia się ich godności płynącej z przyczyniania się własną pracą do pomyślności społeczeństwa. To również sprawia, że czują się outsiderami.
Dalsze rozszerzanie UE zaostrzy problem z tożsamością. Osłabi ten wewnętrznie i tak słaby system. Ze względów geostrategicznych jestem jednak zdecydowanym zwolennikiem przyjęcia Turcji.
p
twórca doktryny monetaryzmu, laureat ekonomicznej Nagrody Nobla w 1976 roku
Unia walutowa, przedstawiana jako największe osiągnięcie europejskiej integracji, pociąga za sobą zarówno zyski, jak i straty. Te pierwsze wynikają z większej dyscypliny i obniżenia kosztów transakcyjnych, drugie - z kosztów ponoszonych przez państwa, które muszą się dostosować do wymagań mechanizmu walutowego. Dziś strata wydaje się być większa niż zysk. Członkowie Unii nie mają wystarczająco elastycznych systemów płac i cen ani wystarczająco mobilnych pracowników. Integracja monetarna dokonała się w niesprzyjających warunkach, co okazuje się być barierą dla politycznej jedności. Zresztą, o ile integracja polityczna może utorować drogę do wspólnego systemu monetarnego, o tyle wiara, że może być na odwrót, jest stawianiem wozu przed koniem.
UE jest przeciążona przepisami i regulacjami oraz nadmiernymi wydatkami budżetowymi. W organizmie rządzonym przez technokratów - nawet najmądrzejszych - nie może zaistnieć zdrowy pieniądz. Warto przypomnieć fakt, że zdrowy pieniądz powstał jako instrument obrony wolności jednostki przed despotycznymi zakusami rządów. Pieniądz jest narzędziem równie fundamentalnym, co konstytucja polityczna i karta swobód obywatelskich. Rządowe próby manipulowania systemem walutowym są krokiem w stronę totalizmu.
Często zwraca się uwagę na fakt, że unijna gospodarka jest ociężała. Rzeczywiście, wzrost gospodarczy tylko nieznacznie przekracza 2 proc., a mógłby być o wiele większy. Warto jednak zauważyć, że wzrost PKB jest dość niedoskonałą miarą stanu gospodarki. Wzrost gospodarczy stał się idolem polityków w czasach rozprzestrzeniania się ewangelii socjalnej, która głosiła, że państwo ma gwarantować dobrobyt poprzez sterowanie gospodarką i redystrybucję dochodów. Ta ewangelia jest wciąż popularna w Europie, co nie wróży nic dobrego. Posługiwanie się wskaźnikiem wzrostu PKB jako miernikiem kondycji ekonomicznej było pułapką. Dziś wszyscy skupiają się na wzroście gospodarczym w Chinach. Chiński rozwój jest jednak wynikiem powrotu do dyktatury.
Wolny rynek i prawo własności, których Europa nie może lekceważyć, wiążą się z kwestią odpowiedzialności jednostki. Jeśli popełniasz błąd, płacisz za niego, a jeśli odnosisz sukces - dostajesz nagrodę, z którą możesz zrobić, co chcesz. To, co robi społeczeństwo, musi zostać zrobione przez ciebie. Wielu ludzi taka perspektywa nie pociąga.
Od tej filozofii nie da się jednak uciec, bo byłaby to ucieczka od rozumu. Zaczyna się - oczywiście - od biurokratów, którzy zwykle nie ponoszą kary za swe błędy. W większości przypadków płacą za nie podatnicy.
W Europie większość ludzi dorasta w przekonaniu, że państwo jest im coś winne: pracę, lekarza, darmową edukację, wakacje czy wręcz uwolnienie od trosk. Idee socjalistyczne doprowadziły do tego, że ludzie zastępują rodzinę państwem. Powrót na drogę wolności, zwłaszcza tych państw UE, które doświadczyły komunizmu, potrwa parę dekad.
Jeśli ludzie w wieku 25 lat nie złamią silnego poczucia uzależnienia, jakie wynoszą z domu lub szkoły, ta przemiana nie będzie jednak możliwa. Samodzielność ma kolosalne znaczenie. Włoska gospodarka nie będzie mogła ruszyć z miejsca dopóty, dopóki setki tysięcy włoskich 30-latków nie wyprowadzą się z domów swoich rodziców.
Ograniczając naszą odpowiedzialność za własne czyny i przedłużając etap życiowej zależności, państwo opiekuńcze ogranicza naszą zdolność do bycia szczęśliwym. Większość ludzi jest zupełnie nieświadoma tego mechanizmu. Tymczasem człowiek nieszczęśliwy jest mniej skłonny do konsumpcji i podejmowania ryzyka, co odbija się na kondycji gospodarki. Pod rządami socjaldemokracji ludzie wpadają we frustrację, bo tracą poczucie kontroli nad własnym życiem. Zdają sobie sprawę, że i tak niewiele od nich zależy. Oddają połowę swych zarobków państwu, by spełnić życzenia innych i zapłacić za ich błędy. UE powinna zdecydować się na decentralizację, nim będzie za późno.
p
politolog, komentator "Washington Post"
Unia została zbudowana na szerokim konsensusie, co doprowadziło do małej efektywności brukselskiej biurokracji. W rezultacie europejscy politycy skupiają się na rozwiązywaniu wewnętrznych unijnych problemów i nie myślą strategicznie. Dlatego tak długo, jak nie przeprowadzi się modyfikacji struktur decyzyjnych, nie widzę możliwości zaangażowania się Europy w budowę nowych demokracji.
Unia jako całość jest bardzo słaba, co oznacza, że coraz silniejsze są jej poszczególne państwa członkowskie. Większość europejskich rządów podejmuje właściwe decyzje. Niektóre państwa, jak Polska, popierają budowanie demokracji w Iraku. Jednak struktury europejskie odpowiedzialne za kreowanie i egzekwowanie działań w polityce zagranicznej są niewydolne. Problem nie ogranicza się zresztą do kwestii instytucjonalnych. Postulowane w traktacie konstytucyjnym utworzenie jednego ośrodka decyzyjnego w sprawach polityki zagranicznej nie zmieniłoby sytuacji, jeśli nie będzie mu towarzyszyła zmiana europejskiego sposobu myślenia. Europa Zachodnia powinna się wyleczyć ze skłonności do robienia na przekór USA w globalnej polityce zagranicznej. Ameryka jeszcze długo będzie głównym graczem na scenie międzynarodowej. Znaczenie mają dwa czynniki.
Po pierwsze - nowoczesna armia, która wyprzedza technologicznie inne siły zbrojne o kilka generacji.
Po drugie - przemyślana na kilka dekad strategia polityki zagranicznej, która jest realizowana z wieloma demokratycznymi partnerami na świecie. Program amerykańskiej dyplomacji zmierza w kierunku stworzenia bardziej elastycznych grup dyplomatów, którzy będą współpracować nie tylko z rządami, ale także z organizacjami obywatelskimi. Departament Stanu wprowadza zupełnie nową logikę dyplomacji. Dyplomaci będą już nie tylko wykonawcami programów tworzonych w Waszyngtonie - będą dysponować swobodą działania.
Tymczasem w przypadku Europy trudno jest mówić o strategii. Mamy do czynienia co najwyżej z taktyką polegającą na ciągłym kontrowaniu i kontrolowaniu działań USA. Jest to błąd, który może doprowadzić do całkowitej prowincjonalizacji Europy - w ten sposób to, czego europejscy politycy starają się uniknąć, stanie się rzeczywistością. Miejsce Europy jako głównego sojusznika Ameryki zajmą organizmy mniej przekorne i lepiej funkcjonujące, najprawdopodobniej z Azji.
Dodatkowym problemem jest europejska kwestia dalszego rozszerzania. Z jednej strony, wejście nowych państw do organizmu, który trzeszczy w posadach, może tylko pogorszyć jego stan. Europy nie stać na przyłączenie takich państw jak Bułgaria czy Rumunia. Mają one wiele problemów wewnętrznych i nie odgrywają ważnej roli w polityce zagranicznej. Natomiast nieprzyjęcie Turcji do UE spowodowałoby wielkie rozczarowanie i mogłoby zdestabilizować sytuację w basenie Morza Śródziemnego, co wynika tak z wewnętrznej, jak i zewnętrznej dynamiki tego kraju. Europa powinna docenić, że w Turcji udało się opanować ekstremalne elementy islamskie. Głównym wyzwaniem dla Europy jest przecież strategiczne rozwiązanie problemu relacji ze światem muzułmańskim. Jest to zresztą wyzwanie globalne - od tego, co stanie się z krajami arabskimi, zależeć będzie przyszłość świata w najbliższym stuleciu.
Innym zjawiskiem budzącym amerykańskie zatroskanie jest erozja szczątkowej demokracji w Rosji. Wiele wskazuje na wzrost ekstremizmu w tym kraju. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że rosyjskie interesy są blisko związane z Europą, USA i rozwiniętymi gospodarkami azjatyckimi. Związki te są silniejsze niż z najbliższymi sąsiadami - mimo istnienia efemerycznej Wspólnoty Niepodległych Państw. Podobnie jak Zachód, Rosja ma poważny problem z muzułmańskim ekstremizmem. Na dodatek mimo wielu zabiegów Putina fiaskiem zakończyła się próba budowy strategicznych relacji z Chinami. Rosja będzie więc dążyć do dobrego ułożenia stosunków z Zachodem.
p
ekonomista, laureat Nagrody Nobla, były wiceprezes Banku Światowego
Europie grozi poważny kryzys związany z kondycją gospodarki amerykańskiej, która - wskutek potężnego zadłużenia wewnętrznego - jest na skraju wytrzymałości. Ameryka - poprzez Bank Światowy i Międzynarodowy Fundusz Walutowy - wymaga od krajów zaciągających pożyczki w tych instytucjach szczególnego sposobu postępowania. Nasi eksperci mówią: "Musisz zdecydować się na reformy, które będą bolesne, ale to konieczność". Domagają się też rezygnacji z dużych państwowych projektów i wymierzają kary za ich subsydiowanie. Tymczasem w samej Ameryce koleje zostały zbudowane przy finansowym udziale rządu, tak samo jak pierwsza linia telegraficzna w 1842 roku. Internet stworzyła armia amerykańska, która wydała na to pieniądze z budżetu. Podobnie Ameryka narzuca prywatyzację systemu świadczeń społecznych, podczas gdy jej własny system publiczny funkcjonuje całkiem nieźle. Europa musi wypracować własne sposoby działania w warunkach postępującej globalizacji. Nie powinna bezkrytycznie wzorować się na Ameryce.
Trzeba powiedzieć Europie, zwłaszcza dziesięciu nowym krajom i tym, które chcą przystąpić do UE, by nie usiłowały budować mitycznego wolnego rynku. Amerykanie poza granicami swego kraju są misjonarzami tego mitu, ale u siebie ubiegają się o rządowe subsydia.
Po 11 września amerykańskie linie lotnicze zostały wsparte olbrzymią kwotą z budżetu. Trzeba dokładnie przyglądać się posunięciom Waszyngtonu i wyciągać z nich wnioski dla siebie. Jednak Bruksela na dobre ugrzęzła w próbie godzenia ognia i wody. Pakt Stabilizacji i Rozwoju miał być bodźcem dla gospodarki, lecz nim nie jest, bo oznacza radykalne ograniczenie wydatków na rozwój. Nad jego przestrzeganiem czuwa Europejski Bank Centralny, który - jak tylko może - ogranicza możliwości inwestowania. To jest ślepa uliczka.
Nie wszystko powinno podlegać prawom globalnej gry rynkowej. Trzeba wypracować nowe zasady handlu, bo dotychczasowe krzywdzą najbiedniejszych partnerów. Mówił o tym w Ameryce Łacińskiej Jan Paweł II - w Meksyku w 1979 roku. Podkreślał, że nie może być tak, że bezrobotni stają się narzędziem w ręku silnych, którzy kreują bogactwo dla siebie.
Polityka gospodarcza nie jest czymś neutralnym, lecz ma ideologiczny charakter. Opór przeciwko niej jest zrozumiały - jako metoda obrony przed technokratami, którzy tworzą państwo w państwie. Przykładem ich działania są prywatyzacje banków: bogaci się na tym kilkoro ludzi, a kraj biednieje. To wszystko ma miejsce w UE i wymaga natychmiastowej zmiany.
Na początku lat 90. ówczesny premier Rosji Anatolij Czubajs powiedział mi o procesie prywatyzacji w Rosji: "W Rosji szerzy się złodziejstwo. Wszyscy kradną, kradną i jeszcze raz kradną, co się da. I nie można z tym nic zrobić. Jednak trzeba im na to pozwolić, bo po jakimś czasie zaczną uczciwie administrować swą własnością". Byłem wtedy przeciwny takiemu podejściu. Choć zdaniem wielu ludzi na tym właśnie polega redystrybucja bogactw, jest to cena, jaką trzeba na początku zapłacić, by wypracować skuteczną gospodarkę i rządy prawa.
W Rosji okazało się to jednak wyłącznie receptą na budowę słabego państwa. Podobne rzeczy dzieją się - w białych rękawiczkach - w Unii Europejskiej. Luki prawne są bezwzględnie wykorzystywane przez wielkie korporacje do przejmowania coraz większych połaci rynku.
Rezultat dla przeciętnego Europejczyka jest taki, że coraz trudniej znaleźć mu pracę, bo występuje tendencja do obniżania kosztów i Europie pod rządami międzynarodowych korporacji grozi powrót do najgorszych lat wyzysku kapitalistycznego.