Dynamiczny rozwój gospodarczy Chin jest dziś jednym z najważniejszych tematów światowych debat, przedmiotem żywych sporów. Niektórzy komentatorzy uważają wręcz, że XXI wiek będzie "chińskim stuleciem", a Chiny zdominują świat. Inni twierdzą, że chińska potęga to kolos na glinianych nogach, który runie pod ciężarem nierozwiązanych wciąż problemów takich jak wadliwy system bankowy czy korupcja. Robert Skidelsky przygląda się kilku wydanym ostatnio książkom na temat chińskiej gospodarki. Dotyczą one m.in. problemów ekologii, stabilności chińskiego wzrostu oraz innowacyjności tamtejszego przemysłu. Skidelsky zdaje się wyciągać z nich wniosek, że przepowiednie o "chińskiej dominacji" są przesadzone. "Kraj ten ma mało do zaoferowania, gdy chodzi o jakiś wyróżniający się wkład w >>rządzenie<< światem. Zasady i wartości, którymi kieruje się współczesny świat, są zdecydowanie zachodniej proweniencji, niezależnie od tego, które państwo poprzez swoją politykę teraz akurat najlepiej je wyraża".
p
W ostatnim czasie na rynku księgarskim pojawiło się kilka znakomitych pozycji analizujących wpływ rozkwitu gospodarki chińskiej nie na Stany Zjednoczone, lecz na samo Państwo Środka. Pierwszą z nich jest "China's Urban Transition" ("Chińskie przemiany urbanistyczne") autorstwa Johna Friedmanna, jednej z głównych postaci urbanistyki końca XX wieku. Próbuje on spojrzeć na problem Chin przez pryzmat procesu rozwoju miast. Mao Tse-tung - częściowo z powodów natury czysto wojskowej - nie darzył miasta zaufaniem. Uważał, że ośrodki poszczególnych gałęzi przemysłu należy rozproszyć po całym kraju - w górach i mniej dostępnych regionach zachodniej części państwa. Ludność za jego czasów dzieliła się na uprzywilejowaną mniejszość miejską (17 proc.) i wykorzystywaną większość wiejską (83 proc.). Maoiści traktowali miasto nie jak organizm konsumpcyjny, lecz produkcyjny, gdzie wszyscy robotnicy/pracownicy pozostają skoszarowani w fabrycznych barakach. Migracja ludności wiejskiej do miast podlegała ścisłej kontroli.
Deng Xiaoping zastąpił idee Mao doktryną "pokonywania kolejnych stopni drabiny". Kraj podzielono na trzy ogromne regiony: nadmorski, centralny i zachodni. Każdemu z nich przydzielono - w kontekście ogólnego planu rozwoju - indywidualne zadania. Priorytet otrzymał region pierwszy.
Przedsiębiorcy z branży przemysłu lekkiego z Hongkongu - zabawki, ubrania, tania elektronika - przenieśli w deltę Jangcy większość swojej produkcji. Miejscowe władze udostępniły im nieodpłatnie grunty i fabryki oraz przyznały swobodę działania. Skutek? Współczynnik nierówności społecznych między miastem a wsią osiągnął ten sam poziom co w Ameryce.
Zdumiewający rozkwit różnych form przemysłu wiejskiego stanowił jedną z charakterystycznych cech rozwoju Chin w okresie Denga. Wzrost ów doprowadził do tworzenia się wyrastających wprost z samych miast rozległych przedmieść. To właśnie zakładane tam przedsiębiorstwa miejsko-wiejskie - zatrudniające dziś jedną czwartą chińskiej siły roboczej - pomogły w ciągu zaledwie jednej dekady wydźwignąć się z ubóstwa dwustu milionom ludzi.
Lokalni przywódcy partyjni często stawali się głównymi przedsiębiorcami, wioski zaś organizowano na wzór spółek czy konglomeratów - z ich zysków można było finansować szkolnictwo czy opiekę medyczną. Mamy tu do czynienia z systemem własności nieznanym na Zachodzie. Jednak dwoista natura samorządu miejskiego - częściowo urzędnicy państwowi, częściowo obrotni lokalni kapitaliści - wywarła mniej pozytywne skutki, gdy chodzi o miasta. Friedmann wymienia następujące zjawiska: całkowicie zdumiewająca mieszanina różnego rodzaju nie w pełni określonych rynków, spekulacja, transfer gruntów na poziomie administracji, powszechna korupcja i coraz bardziej desperackie próby utrzymania przypominającej piramidę struktury kontroli centrum nad sprawami lokalnymi.
Autor "China's Urban Transition" stawia pytanie, czy wybór strategii gospodarczej musi w sposób nieuchronny doprowadzić do pojawienia się żądań czy też "zapotrzebowania" na swobodę politycznego wyboru. I wyraża sceptycyzm co do sukcesów, jakie może osiągnąć ruch na rzecz politycznej emancypacji. W Chinach dotąd nie ukształtowała się sfera publiczna w zachodnim rozumieniu tego terminu. Obowiązki wobec państwa, rodziny, społeczności lokalnej wciąż pozostają wartością nadrzędną: brakuje właściwej społeczeństwu obywatelskiemu płaszczyzny porozumienia, gdzie tętni owa sfera życia publicznego znajdująca się całkowicie poza kontrolą biurokracji. Wszelkie organizacje pozarządowe "wchłania" i pozyskuje dla swoich celów państwo. Jednak "dopóki nikt bezpośrednio nie kwestionuje roli samego państwa partyjnego, można publicznie debatować nad stale zwiększającą się liczbą problemów, artykułować opinie czy wyrażać własne interesy".
Mao Tse-tung nie przepadał za miastem, ale nie lubił też wsi. Naturę trzeba pokonywać, a nie hołubić. Jednym z najbardziej obłąkanych projektów jego autorstwa był nakaz "oczyszczenia" wsi z... wróbli. Niewiele brakowało, by wyginęła cała chińska populacja tych ptaków pomagających przecież walczyć z plagą szarańczy i innymi szkodnikami. Pod tym względem jednak kapitalizm nie zdziałał nic lepszego. Książka Elizabeth C. Economy, dyrektor działu studiów azjatyckich przy amerykańskiej Council on Foreign Relations, zatytułowana "The River Runs Black: The Environmental Challenge for China's Future" ("Czarna rzeka: znaczenie środowiska naturalnego dla przyszłości Chin") opisuje dewastację ekologiczną - skutek ostatnich dwóch dekad "szaleństwa rozwoju gospodarczego". Jedną czwartą terytorium kraju zajmuje pustynia, a w stosunku do lat 70. podwoiło się tempo jego pustynnienia. Ciągle pogłębiający się - częściowo z powodu skażenia - brak wody spowodował ograniczenie dostępu do niej ponad 60 milionom ludzi. Więcej niż 600 milionów osób codziennie pije wodę skażoną. Zasoby leśne należą do jednych z najbardziej skąpych na świecie, a i tak lasy wycina się w tempie stale naruszającym równowagę ekologiczną. W Chinach znajduje się sześć z dziesięciu najbardziej zanieczyszczonych miast na kuli ziemskiej. Kwaśne deszcze zakłócają stabilny rozwój jednej trzeciej obszaru kraju. W zastraszającym tempie rośnie zapadalność na choroby związane ze skażeniem środowiska naturalnego. Koszty ekonomiczne jego degradacji co roku sięgają 8-10 proc. PKB. Na domiar złego, mimo polityki pod hasłem "Jedna rodzina - jedno dziecko", wciąż nieustabilizowana pozostaje kwestia przyrostu i tak ogromnej liczby ludności Chin.
Tu wracamy do kwestii polityki państwa i społeczeństwa obywatelskiego. Autorka pisze, że przywódcy chińscy rozpoczęli "długi, powolny proces budowy i rozwoju oficjalnego aparatu urzędniczego mającego służyć ochronie środowiska naturalnego". Często jednak postępy w tej dziedzinie są nikłe ze względu na postawę zorientowanych na biznes liderów lokalnych. Aby przeciwdziałać takiej sytuacji, Pekin z zadowoleniem wita powoływanie zajmujących się kwestią ochrony środowiska organizacji pozarządowych, zachęca do bardziej dynamicznego poświęcania uwagi tym sprawom w prasie. Zezwala również na wszczynanie niezależnych śledztw i dopuszcza możliwość uzyskania prawnego zadośćuczynienia. Dodajmy jednak, że chodzi tu również o stworzenie swoistego zaworu bezpieczeństwa chroniącego przed ewentualną krytyką czy wystąpieniami społecznymi. Chiny zaczęły też szukać inspiracji i pomocy za granicą. Jednak owo otwarcie zagraża samemu reżimowi: niezależne organizacje pozarządowe mogą użyć problemu ochrony środowiska jako przykrywki dla wyrażenia istotniejszych politycznych zastrzeżeń czy skarg. Elizabeth C. Economy zauważa, że sukces ryzykownej "zagrywki" Deng Xiaopinga zależy nie tylko od dotrzymania obietnicy wzbogacenia się społeczeństwa, lecz także od poziomu ochrony środowiska naturalnego kraju.
Gwałtowne wdarcie się Chin na światową scenę i sposób, w jaki fakt ten widzą sami ich mieszkańcy, stawia pod znakiem zapytania wiele zachodnich uprzedzeń. Na Zachodzie państwo to postrzega się w kategoriach wyzwania, a nawet zagrożenia. W Chinach z kolei Zachód i jego wpływ jawi się najczęściej jako zagrożenie dla rodzimych wartości. Postawa taka sięga korzeniami zachodniego kolonializmu i zawieranych w XIX wieku układów nierówno traktujących obie strony. Jej obecność częściowo wyjaśnia, dlaczego Chińczycy opierają się przed uczciwym oszacowaniem katastrofalnych skutków rządów Mao.
Problem leży po części w sposobie używania słów "rozkwit" czy "wzrost", które sugerują coś, co jest otwarte, elastyczne i płynne. Chociaż niektórzy przedstawiciele chińskiej administracji mówią o "rozkwicie" kraju (a dyskutują jedynie o tym, czy będzie on przebiegał pokojowo), inni wolą mówić o "odnowieniu" czy "odbudowaniu" państwa, co brzmi mniej groźnie. Oznacza bowiem raczej przywrócenie zakłóconego uprzednio naturalnego porządku niż ustanowienie swoistej hegemonii. Chiny odrzucają ambicje hegemona. Chińczycy będą przekonywać nas, że ich kraj jest mocarstwem - jeśli można tak powiedzieć - utrzymującym status quo. To Stany Zjednoczone są potęgą rewolucyjną. Dlatego właśnie Państwo Środka opiera swoją politykę zagraniczną na respektowaniu roli ONZ.
Zachód i Chiny chętnie też dyskutują na temat przyczyn "rozkwitu" czy "uzdrowienia" tego państwa. Tym zagadnieniem zajmuje się weteran administracji Reagana, przewodniczący Economic Strategy Institute, Clyde Prestowitz w książce "Three Billion New Capitalists: The Great Shift of Wealth and Power to the East" ("Trzy miliardy nowych kapitalistów: wielkie przesunięcie bogactwa i władzy na Wschód"). Pisze o nim też znawca problematyki chińskiej Ted C. Fishman w książce "China Inc.: How the Rise of the Next Superpower Challenges America and the World" ("Chiny SA: jak rozkwit następnego supermocarstwa rzuca wyzwanie Ameryce i światu"). Obaj autorzy kładą nacisk na znaczenie zagranicznego kapitału w procesie integracji Chin z gospodarką światową. W Chinach podkreśla się rolę oszczędności, jakimi dysponuje ten kraj, jak również wrodzonego ducha przedsiębiorczości jego obywateli. Większość zagranicznych inwestycji nie została dokonana - jak mogłoby się wydawać - przez wielkie przedsiębiorstwa międzynarodowe, ale działające za granicą chińskie firmy rodzinne. Wzrostu gospodarczego Chin nie spowodował globalny przepływ kapitału, lecz chińskie przedsiębiorstwa i patriotyczna postawa samych Chińczyków. Wzrost ten stanowi odbicie chińskich wartości i praktyk.
Zachodni ekonomiści mają problem ze zrozumieniem "mieszanej" natury chińskich praw własności. Oparte o standardową teorię własności prognozy wskazują na katastrofę chińskiego modelu. Jak dotąd jednak żadna z tych prognoz się nie sprawdziła. Być może przeoczyły one główną siłę tego systemu - zdolność rozwiązywania konfliktów kanałami nieformalnymi.
Debata toczy się dziś między tymi, którzy mieszaną formę własności traktują jako postać przejściową i spoglądają w stronę pełnej prywatyzacji, a tymi, którzy w formie tej dostrzegają stały element składowy przewyższającego inne systemu chińskiego. Jednemu jednak nie da się zaprzeczyć: mieszany system własności - jak również niejasny sposób podziału obowiązków pomiędzy państwo i poszczególne prowincje - stoi na przeszkodzie jednolitej reakcji na wiele problemów związanych z niepohamowanym wzrostem. Należy do nich kwestia niekontrolowanego, gwałtownego wzrostu liczby ludności miejskiej i tragiczna sytuacja w delcie Rzeki Perłowej, dramat kobiet w zakładach wyzyskujących tanią siłę roboczą czy pogorszenie się stanu środowiska naturalnego.
Zachodni obserwatorzy mają trudności ze zrozumieniem paradoksu: jak Chińczycy potrafią jednocześnie trzymać się komunizmu i kapitalizmu, nie znajdując w swoim stanowisku żadnej sprzeczności wewnętrznej. Istnieje kilka częściowych wyjaśnień tego zjawiska. Po pierwsze powstanie Chińskiej Republiki Ludowej (1949) postrzega się w Chinach w znacznie większym stopniu jako "wyzwolenie" od zachodniego kolonializmu niż początek tworzenia skazanego na porażkę systemu gospodarczego. Partia komunistyczna podtrzymuje swój nimb pośrednika w wywalczeniu wolności.
Po drugie chińskie podejście do ekonomii jest instrumentalne. Szuka się tego, co najbardziej przydatne i daje najlepsze efekty. Inaczej niż na Zachodzie nie uznaje się tu natury systemu gospodarczego za rzecz zasadniczą, gdy chodzi o określenie natury państwa. Zgodnie z tą zasadą Chiny wkraczają w obszar gospodarki światowej, głosząc hasło: "Globalizacja gospodarcza - tak, polityczna - nie". Wielu - może i większość - Chińczyków odrzuca założenie, że gospodarcza integracja z krajami zachodnimi w sposób nieuchronny doprowadzi do ustanowienia norm politycznych właściwych demokracjom Zachodu. System gospodarczy Chin to "socjalistyczna gospodarka rynkowa". Uprawia się karkołomną wręcz gimnastykę intelektualną, by usprawiedliwić trwające wciąż rządy partii komunistycznej.
Dyskutować można o wszystkim - szczególnie w "poufnych" kręgach - pod warunkiem, że nie atakuje się bezpośrednio oficjalnej doktryny stopniowej zmiany politycznej. Rząd jednak wciąż rozprawia się z opozycyjnymi intelektualistami, niepokornymi dziennikarzami, prawnikami i działaczami religijnymi. Tysiące ludzi zsyła się do więzień, obozów reedukacyjnych, zamyka w izbach zatrzymań dla młodocianych przestępców. Wciąż mamy też do czynienia z tendencją do tuszowania zbrodni Mao. Nawet liberalnych Chińczyków przeraża porównywanie go do Stalina czy Hitlera.
Oficjalną ideologię chronią dwie cechy tradycyjnej myśli chińskiej. Konfucjanizm bardziej wskazuje na rozwijanie cnoty przez rządzących niż ograniczanie zakresu ich władzy. W tym względzie przypomina raczej platoński ideał rządów filozofów, a nie konstytucjonalizm w stylu zachodnim. Taoistyczna doktryna yin i yang kładzie nacisk na dwoisty charakter natury (aspekt jasny i ciemny). Ich interakcja jest potrzebna, by podtrzymać harmonię. Dyscyplina taoistyczna kieruje się w stronę jednostki. Chodzi o doświadczenie harmonii. Jednakże wszelkie doktryny etyczne, gdzie dobro i zło wzajemnie się przeplatają nie na zasadzie przypadkowego faktu, lecz uniwersalnego ładu, dostarczają marnej podstawy dla potępienia masowych mordów czy innych przerażających aktów okrucieństwa, jakich dopuszczają się dyktatorzy.
Jak chiński eksperyment wpłynie na oddziaływanie tego kraju na resztę świata? Dziś większość komentatorów fascynuje zdumiewające tempo wzrostu gospodarczego. Kraj ten wciąż pozostaje potężnym zakładem przetwórczym. W tym wypadku siłą napędową rozkwitu jest gwałtowna pogoń za osiąganiem błyskawicznych korzyści poprzez eksploatację taniej siły roboczej. Pomija się kwestię innowacji w dziedzinie technologii, Chiny bowiem wolą naśladować cudze pomysły. Clyde Prestowitz i Ted Fishman uważają, że taka sytuacja ma właśnie ulec zmianie. Według nich jesteśmy świadkami zawiązywania się w Chinach przymierza nauki i przemysłu. Rozum w sposób nieunikniony będzie podążał za "siłą mięśni", zbierając owoce współdziałania. Dzisiejsze Chiny wykorzystują zachodnich partnerów, by uzyskać dostęp do ich technologii, twierdząc, iż współudziałowcy winni dzielić się całą własnością intelektualną. Dzięki temu kraj nie musi ponosić kosztów wdrażania produkcji.
Czy istnieje dziedzina technologii odporna na chińskie wyzwanie? Prestowitz i Fishman nie widzą takiej możliwości. Niedawno koncern Lenovo, trzeci na świecie wytwórca komputerów osobistych, przejął technologię amerykańskiego giganta IBM i otrzymał dostęp do jego sieci dystrybucyjnej. Biotechnologia będzie rozwijała się dynamicznie w takich dziedzinach jak choćby badania nad komórkami macierzystymi z użyciem ludzkich embrionów, uważane przez niektóre kraje zachodnie za "podejrzane z etycznego punktu widzenia".
Jeśli w Chinach nastąpi wyraźny wzrost wydajności, który doprowadzi do tego, że cena danego towaru importowanego z Ameryki będzie musiała spaść (będą bowiem mogły ze względu na własne możliwości stawiać nowe warunki zakupu), to USA mogą utracić swoją "przewagę porównawczą", gdy chodzi o produkcję tego właśnie artykułu. Sytuacja taka może powtarzać się wiele razy w przypadku kolejnych produktów.
Jedną z odpowiedzi USA na morderczą i bezwzględną politykę "chińskich cen" mogłoby być przywrócenie kompleksu militarno-przemysłowego, przed którym ostrzegał Eisenhower. To wyjście alternatywne wobec potępianej przez Prestowitza polityki spod znaku laissez-faire oraz "ścieżki" socjaldemokratycznej, której jest zwolennikiem. Ameryka dążyłaby do utrzymania swojej przewagi, gdy chodzi o produkcję przemysłową, poprzez wskrzeszenie "militarnego keynesizmu", dzięki któremu zachowała przywództwo technologiczne w czasie zimnej wojny. Z tego punktu widzenia "nowa doktryna strategiczna" Busha, domagająca się absolutnej wyższości militarnej Stanów Zjednoczonych w świecie, dąży do przystosowania ich polityki do widocznego zagrożenia amerykańskiej produkcji przemysłowej ze strony Chin, a nie zagrożenia terroryzmem. Protekcjonizm zostałby ożywiony w imię bezpieczeństwa narodowego. Strategia ta jednak implikuje istnienie wroga znacznie silniejszego niż Osama bin Laden czy szwadrony zamachowców-samobójców. Ponadto każda poważna próba ożywienia kompleksu militarno-przemysłowego oznacza nowy wyścig zbrojeń z Chinami, a może i z Rosją. Taka sytuacja stałaby się przerażającym - choć wcale nie aż tak niemożliwym - zwieńczeniem ery globalizacji.
Czy zatem wkroczenie Chin na teren gospodarki globalnej uczyni świat bardziej "chińskim", czy Chiny bardziej "zachodnimi"? Druga możliwość wydaje się bardziej prawdopodobna. Nie tylko dlatego, iż Chinom brakuje hegemonicznych ambicji, ale i dlatego, że kraj ten ma mało do zaoferowania, gdy chodzi o jakiś wyróżniający się wkład w "rządzenie" światem. Zasady i wartości, którymi kieruje się współczesny świat, są zdecydowanie zachodniej proweniencji, niezależnie od tego, które państwo poprzez swoją politykę teraz akurat najlepiej je wyraża.
Istnieje "konfucjańska" ekonomia, ale wątpię, by w XXI wieku nauczano jej na uniwersytetach i w szkołach biznesu. Mieszkańcy Chin mają całkowitą rację, domagając się, by gospodarczy i polityczny rozwój ich kraju w pełni uwzględniał "tradycyjne chińskie cechy społeczno-kulturowe". Czy w końcu jednak kultywowanie owych cech nie przybierze jedynie formy przedziwnych i pięknych dekoracji zdobiących setki wysokościowców wzniesionych w prowincji Pudong w hołdzie dla zachodniej architektury?
p
, ur. 1939, ekonomista i politolog brytyjski. Wykładał m.in. w John Hopkins University. Znany przede wszystkim jako autor fundamentalnej trzytomowej biografii Johna Maynarda Keynesa (1983). Wcześniej opublikował m.in. biografię przywódcy przedwojennych brytyjskich faszystów Oswalda Mosleya (1975), co spowodowało, że musiał zrezygnować z posady w JHU. Był współzałożycielem brytyjskiej Social Democratic Party. Obecnie zasiada w Izbie Lordów. Inne jego książki to m.in.: "English Progressive Schools" (1969) oraz "Interests and Obsessions" (1993). Po polsku wydano jego "Świat po komunizmie" (1999).