W toczącej się na łamach "Europy" dyskusji na temat roli literatury i jej związków z rzeczywistością po Andrzeju Wernerze, Michale P. Markowskim i Krzysztofie Koehlerze głos zabiera Piotr Śliwiński. Twierdzi on, że tym, co wyróżnia współczesną polską literaturę, jest przede wszystkim swoista skromność oznaczająca rezygnację z odniesienia do wartości najwyższych takich jak naród, historia czy prawda. Przykładem takiej rezygnacji mogą być dwa najważniejsze nurty obecne w poezji po 1989 roku: nurt lingwistyczny doceniający twórczą moc języka i nurt skupiający się na wewnętrznym doświadczeniu poety, które stanowi jedyną istotną "rzeczywistość". Obu nurtom "bliski wydaje się pogląd Gombrowicza, że poezja bywa teatrem, opartym na wmówieniu swego rzekomego prestiżu publiczności" i dla obu "wrogiem był kabotyn przypisujący swemu pisaniu (i czytaniu) sensy wysokie, przeglądający się w lustrze takich pojęć jak misja społeczna czy tragizm kondycji ludzkiej".
p
Na pytanie, czy i jak literatura spełnia postulat opisu rzeczywistości, nie da się odpowiedzieć, ani mówiąc o tym, jak było kiedyś, ani odwołując się do takiej lub innej teorii, która twierdzi, że dzisiaj rzeczywistość daje się rozpoznawać tylko poprzez swoje języki. Pierwsze podejście oznacza, że współczesność jest ledwie jakimś cieniem przeszłości, drugie, że jedyną realnością jest przestrzeń publiczna, w której konkurują ze sobą dyskursy. Zarówno resentyment, kładący nacisk na "zanik", "pustkę", "koniunkturalizm" czasów obecnych, jak i koncepcja gry interpretacji zdają się niewystarczające, ponieważ w obu tych perspektywach literatura jest nieco bardziej tym, czym nie jest: wielogłosem rozbiegającym się w przeszłość, w przyszłość, w stronę sztuki czystej i użytkowej, ku publiczności masowej lub elitarnej. Dlatego - inaczej niż Andrzejowi Wernerowi, który zarzuca literaturze i przede wszystkim krytyce ignorowanie tego, co faktyczne - wydaje mi się, że literatura współczesna wcale nie tak bardzo lekceważy odziedziczone zobowiązania. Z drugiej strony jednak - inaczej niż Michał Paweł Markowski - sądzę, że nie chce ona być czymś aż tak niemieszczańskim, jakby być mogła. Inaczej mówiąc - nie zmieniło się aż tak wiele, jak twierdzą dyskutanci. Czy to dobrze, czy źle - trudno rozstrzygnąć w kilku zdaniach. Ująłbym to tak: postulaty Wernera próbują się spełniać, niestety; postulaty Markowskiego - niestety również. Daleki jestem od tego, by stawać w rzędzie nieprzejednanych potępicieli dzisiejszej literatury, zresztą nie tyle z lęku o frustracyjne zaplecze takiej postawy, co z przekonania, że sporo w twórczości naszych autorów rzeczy godnych uwagi, a nawet świetnych. Mimo to jakiejś jej "połowiczności", niezaleczenia młodzieńczego trądziku, nie sposób nie zauważyć. W ogólności znajduje się ona w położeniu, które trudno zlokalizować - "przed" czy "po", w pół kroku, w stanie przedłużającego się oszołomienia wywołanego afrodyzjakiem rynku i zarazem nostalgią za dawnym autorytetem.
Gdyby poszukać zasady estetycznej, ale i zasady moralnej, pewnego etosu, który określa charakter literatury ostatnich kilkunastu lat, to czymś takim wydaje się s k r o m n o ś ć. Byłaby ona odpowiedzią na poczucie, że literatura nie jest już i nie może - a w związku z tym także nie próbuje - być depozytariuszką wartości fundamentalnych. Za takie wartości - wzniosłe, niezmienne i podporządkowujące sobie wyobraźnię zbiorową - uznawano zwykle Boga, historię, naród, prawdę, te więc imponderabilia, wokół których toczyło się życie Polaków jako wspólnoty absolutnie koniecznej dla rozwoju osobowości wszystkich, którzy ją tworzyli. Co więcej literatura nie tylko wpisywała się w ten porządek myślenia, ale i w decydującym stopniu definiowała go i odnawiała. Nasza współczesność zaczęła się od wyznania niewiary w możliwość kontynuowania takiej formy pisarstwa. Spójrzmy na poezję. Jak wiadomo wszystkim choćby pobieżnie zainteresowanym życiem poetyckim po roku 1989, szybko wyodrębniły się w nim dwie tendencje - egzystencjalna (brulionowa, barbarzyńska, oharystyczna, kojarzona ze Świetlickim jako "mistrzem antyceremonii" poetyckiej) oraz tekstualistyczna, nawiązująca do idei liryki jako liryki i niczego więcej, do lingwizmu, hermetyzmu, sztuki dla sztuki, choć zarazem pogłębiona i zdemistyfikowana przez świadomość nowszych wglądów dotyczących języka, zwłaszcza jego autonomicznej natury. Tutaj "mistrzem antyceremonii" byłby z pewnością Andrzej Sosnowski. Używam słowa "antyceremonia" z dwóch powodów: po pierwsze - oba nurty naznaczone są równie silnie ironią i, jeszcze silniej, autoironią, choć w nieco innym zastosowaniu; po drugie - obu bliski wydaje się pogląd Gombrowicza, że poezja bywa teatrem, opartym na wmówieniu swego rzekomego prestiżu publiczności w istocie obojętnej, lecz zmuszonej do okazywania poecie-kapłanowi czci. Zatem dla jednych i drugich wrogiem był kabotyn przypisujący swemu pisaniu (i czytaniu) sensy wysokie, przeglądający się w lustrze takich pojęć jak misja społeczna czy tragizm kondycji ludzkiej. To były pojęcia puste, odzyskana wolność oznaczała szansę odejścia od myślenia w kategoriach powinności, normalność, o której tyle mówiono w latach 80., równała się obrazowi literatury raczej jako partnerki niż sędzi rzeczywistości, rzeczywistość zaś przybierała kształt falującej powierzchni, na której - horyzontalnie - ułożyły się rozmaite racje i możliwości. Jeśli można żyć bez historii, to być może można i bez literatury - tej w każdym razie, której marzy się ustawianie świata podług jakichś bezdyskusyjnych wzorów, użyźnianie ziemi jałowej, odwracanie lub choćby głębokie korygowanie biegu zdarzeń. Ale choć można i czasem trzeba żyć bez idei, to raczej nie da się żyć bez rozmowy, bez opowieści i bez jakiejś interakcji, w której człowiek spotyka drugiego człowieka. Dlatego poeta mówi "ja" (a nie "my"), dlatego w ogóle podąża śladem doświadczenia lub języka. Jeśli myśli o przeszłości, to jak melancholik; jeśli afirmuje tworzenie to jako rodzaj niższej ekstazy, niższej, bo nie religijnej, nie mistycznej, nie patriotycznej, lecz czysto osobistej. Bycie świetnym poetą oznaczało zatem bycie świetnym poetą, nie kimkolwiek innym, kto zajmowałby się dawaniem świadectwa czemuś innemu niż doświadczeniu lub językowi. Faktycznie, świat zewnętrzny zniknął sprzed oczu poety natchnionego skromnością. Powtarzam: egocentryzm, zarzucany niekiedy Świetlickiemu, nie oznaczał w tym wypadku utożsamienia świata z samym sobą czy uzależnienia jego bytu od własnego spostrzeżenia, a jedynie niechęć do rozumienia poprzez świat czegoś, co nie byłoby sobą sprawdzalne. Jeśli bowiem nie ma mitu, który by uzasadniał pisanie, to wyłącznym, chwiejnym usprawiedliwieniem mówienia jest to, co ciasno do mnie przylega. Pogląd, iż "czego nie doznaję, tego nie wiem", byłby więc czym innym niż założenie, że "to, czego nie doznaję, nie istnieje". Odnosi się to w jeszcze większym stopniu do poetów spod znaku Sosnowskiego: ich skromność wynika z przekonania, że władzą tworzenia poeta musi podzielić się z językiem, który tworzy po swojemu i w sposób niepowstrzymany. Dodać trzeba, że ta wymuszona skromność nie przekuwa się - a w każdym razie nie musi się przekuwać - w niedostatek satysfakcji. Chodzi jedynie o to, że satysfakcja ta posiada wymiar artystyczny, a nie moralizatorski, przywódczy, kapłański, wieszczy. Na takie uniesienia poeta dzisiejszy nie ma papierów, czy raczej: papier nie jest dobrym fundamentem do budowania trwałej zasługi i wynikającego z niej splendoru. Ależ, powie ktoś, byli i tacy, jak Adam Zagajewski czy Wojciech Wencel, którzy - zniechęceni do samoograniczenia literatury - przedstawiali swoje cele jako cele maksymalne. To prawda, lecz im bardziej wyraziste były ich dążenia, tym wyraziściej objawiał się ich retoryczny charakter. Mówię to z szacunkiem i nie w intencji wartościującej, jednak kreacje tych autorów, ukierunkowane na wartości metafizyczne i przeżycia wspólnotowe, stały się wyrazem dojmującej samotności. Przy tym nie jest to samotność wzniosła, lecz pretensjonalna, a być może przewrotna, gdyż skuteczniej niż cokolwiek wykazująca p o z o r n o ś ć stojących za nią zapewnień. Bo nieporozumieniem byłoby sądzić, że awersem jawnego odrzucenia wysokich funkcji literatury jest pustka, nicość, bez-znaczenie. Zamiast wartości wiążących pojawiły się przecież wartości otwarte, takie jak ciekawość odmienności, uznanie dla różnych mniejszościowych modi vivendi, poczucie niepartykularnych więzi ludzkich, rozciągających się ponad zakreślone terytoria i poszczególne uwarunkowania, mniej lub bardziej mocno odczuwana dostępność świata i za tym idąca współodpowiedzialność za niego. Te wartości - z natury "miękkie" - uległy banalizacji, lecz przecież nie unieważnieniu. Nie jest więc tak, że po drugiej stronie tradycji wysokich zadań rozciąga się wielkie, a do tego narcystyczne Nic - tam tkwi szansa na dialog i innego rodzaju solidarność, nieabstrakcyjną, konkretniejszą, ludzką. Ktoś mógłby się obruszyć: banialuki, głupstewka politycznej poprawności. Bo czy ta szansa nie jest złudzeniem albo wręcz odrobinę niebezpiecznym idealizmem, by nie powiedzieć ideologizmem? Narzucaniem na rzeczywistość niepobożnych życzeń? Ukrytą politycznością literatury, która nie tyle czyta świat, lecz go usiłuje stworzyć na obraz własnych życzeń? Czy skromność, o której wspomniałem, nie jest zatem skromnością fałszywą, ukrywającą kolejny raz powstający zamiar przeformatowania rzeczywistości podług określonych wzorów? Odpowiedź twierdząca pojawia się dość często w krytyce zachowawczej. Odpowiedź negatywna przynależy środowiskom liberalnym, dla których konieczność supłania węzłów pomiędzy rozproszonymi racjami jest poniekąd naturalna, oraz nowolewicowym, gdzie pokrywanie się świata z takim właśnie, choć nieprzylegającym doń obrazem jawi się jako polityczne zadanie do wykonania. Liberałowie mówią więc: tak to jest, nowa lewica - tak być może, a nawet powinno. Stara lewica - co pokazał Markowski - po prostu wie, jak jest i jak się o tym powinno pisać. W tej perspektywie skromność jest cnotą liberalną, odpowiedzią na wolność, reakcją na rzeczywistość zdecentralizowaną, rzeczywistość alternatyw, która także literaturę stawia poza jakimkolwiek centrum. To jest też skromność jako odpowiedź na rzekomy schyłek awangardy, która kazała zdobywać pisarzom nowe terytoria estetyczne, gdyż na nich to zrodzić się miała jakaś nowa idea, nowy duch, nieznana odmiana wrażliwości czy komunikacji. Tej wiary nie pozostało wiele, choć z drugiej strony jako kanwa rozmowy o literaturze awangarda okazuje się przez cały czas niezastąpiona. Co z tego wynika? Jak się wydaje - trzy sprawy przede wszystkim: rzeczywistość jest nieprzedstawiona, tak jak twierdzi Andrzej Werner, rzeczywistość jest gdzie indziej, tak jak uważa Markowski, i najważniejsze - rzeczywistość jest tak samo jak zawsze obiektem poszukiwanym. By powiedzieć, że jej nie ma, trzeba bezwzględnie wiedzieć, czym jest. A kto wie? A może powinni to wiedzieć pisarze? A może wiedzą, właśnie oni wiedzą, że potrzebuje innej niż do tej pory wykładni. Że nie ma dla niej odpowiedniego języka, albo inaczej - jeśli jest, to bliżej Gretkowskiej, Masłowskiej, Witkowskiego niż np. Janusza Krasińskiego czy Eustachego Rylskiego. Jest, tylko my nie umiemy albo nawet boimy się go czytać. Czy kwestionując literaturę jako przedstawicielkę rzeczywistości jasno określonej, nie odrzucamy czasem i rzeczywistości? Czy żądanie, by pokazać rzeczywistość, nie równa się bodaj zaprzestaniu jej poszukiwania? Odkryć rzeczywistość, żeby mieć ją z głowy?
Dlaczegóż jednak nie zacząć od drugiego końca, bo i taki przecież istnieje, powiedzieć, że odkrywanie współczesnej Polski dokonuje się z zauważalną energią? Kłopot - zrozumiały - polega na tym, że w prozie krytykującej dzisiejszą Polskę odkrywa się zazwyczaj pojedyncze wymiary spraw społecznych, a utwory jednowymiarowe nie zaspokajają poważniejszych czytelniczych i krytycznych ambicji. Nieszczególnie cenię (nie ja jeden) większość z tego, co ukazało się w ostatnich latach i ochrzczone zostało jako "proza antykorporacyjna" lub "proza zaangażowana". Ani Sławomir Shuty, ani Daniel Odija, ani Dawid Bieńkowski, ani Michał Olszewski nie przebili się na drugą stronę kodu gazetowego, choć oni - i wielu im podobnych - bardzo skutecznie zaistnieli w dyskursie recenzenckim. Temat współczesny, jawnie polityczny lub społeczny, okazuje się doskonałym wehikułem dla bardzo niewspółczesnej prozy. Jednak koniunktura szybko mija, nie wzbudza prawdziwej debaty - moment odkrycia, że nie przestaliśmy czytać gazety, zwykle jest jej momentem końcowym. To, o czym warto rozmawiać, na przykład "Lubiewo" Witkowskiego, a zwłaszcza "Skaza" Magdaleny Tulli, pozostaje poza koniunkturą. Sprowadzenie powieści Witkowskiego do tematu gejowskiego byłoby wyrokiem, na który nie zasługuje. Z kolei powieść Tulli wydaje się zupełnie niesprowadzalna do języka mediów. Stara prawda: literatura, o której warto gadać, musi być przede wszystkim literaturą. Wszakże kiedy jest literaturą, to dzisiaj - bo takie jest dzisiaj - nie budzi szerszego zainteresowania. Literatura jest ekskluzywna i jako taką zawsze będzie można ją posądzić o nieprzedstawianie świata. Ta zatem, która go przedstawia, jest jego częścią, a nie jego sędzią. Oczywiście, lepiej byłoby, gdyby rzeczy o randze Tulli, Kruszyńskiego, Witkowskiego było więcej - lepiej nie dla dyskusji społecznej, lecz w pierwszym rzędzie literackiej, która mogłaby przenieść się na inne łamy. Instrumentalizująca sugestia zaangażowania jest dla literatury po prostu szkodliwa. Pisarzowi może dać trochę grosza, krytykowi daje zajęcie, dziennikarzowi okazję do włączenia się w obieg, politykowi jest na nic, czytelnikowi na chwilę. To kicz, przechwycenie i wykorzystanie jakiegoś stylu opisu rzeczywistości, np. dziennikarskiego czy propagandowego. Mówiąc jaśniej: nie jestem przeciwnikiem angażowania się literatury, lecz zdecydowanie - tendencyjności oraz przeceniania utworów pospolitych tylko dlatego, że wchodzą w strumień koniunkturalnych oczekiwań. Z tej strony patrząc, Andrzej Werner ma rację mówiąc, że literatura nie istnieje, gdyż choć istnieje, to w postaci cynicznej lub frustracyjnej, a wyjątkowo jedynie - w postaci nieprzekupnej (nieprzekładalnej łatwo na nieliteraturę). Inaczej rzecz stawiając: nie ma problemu prozy zaangażowanej, jest problem prozy. Zagubionej między rynkiem a sztuką, niezdecydowanej, obawiającej się ryzyka, niewiedzącej, co ze sobą zrobić. Publicystyczna furtka, którą można by próbować uciec z tego stanu impasu, donikąd nie prowadzi, furtka artystyczna pozostaje otwarta dla nielicznych. O ile szukanie wyjścia przez prozę zaangażowaną - zaangażowaną doraźnie, staroświecko, w trybie powielającym rozwiązania i style gazetowe - zdaje się pozorne i nieszczere, o tyle przeszukanie tradycji w celu odnalezienia w niej twórczych podpowiedzi i wzorów bycia pisarzem zasługuje na uwagę. Deklaracje przynależności do wspólnoty wielkich duchów na niewiele się zdają, mimo że trudno ich nie zauważyć. Płodniejsze są nawiązania do duchów osobnych: Wirpszy, Karpowicza, Miłobędzkiej, Różewicza, Rymkiewicza, Haupta, Schulza, Czycza. U tych autorów młodsi próbują znaleźć wskazówkę tego, jak połączyć wielkość z brakiem złudzeń co do społecznej doniosłości literatury. Zdarzają się jednak i tacy, którzy - jak Tadeusz Dąbrowski, młody poeta z Gdańska, autor niedawno wydanej antologii polskiej poezji z lat 1976-2006 "Poza słowa" - ośmielają się twierdzić, że ów imperatyw niełudzenia się sam jest złudzeniem.
Czy skromność, o której wspomniałem, nie przerodziła się w jakiś brak ambicji? Bo jest chyba tak, jak sugeruje Werner, że pisarzom - tudzież krytykom - nie dostaje woli zhołdowania sobie świata, podporządkowania go sobie, narzucenia jakiegoś jego obrazu, walki o swoją wersję, czyli swoją prawdę. Z drugiej strony - czy świadomość bycia "po", o której pisze Michał Paweł Markowski, przetrawiła samą siebie naprawdę? Czy czasem większość pisarzy nie znajduje się w sytuacji zawieszenia między byciem "w" i "po", czy nie dlatego Starzy Mistrzowie tak mocno trzymali się przez wszystkie ostatnie lata, że najzwyczajniej pozostali w obrębie swoich silnych, choćby i anachronicznych światopoglądów i języków? I na odwrót - czy nie dlatego takie głosy jak Masłowskiej czy Tulli zdały się tak bardzo odświeżające, że prawdziwie dotąd nieznane, pewne swego i biorące za siebie odpowiedzialność? Czy, na podobnej zasadzie, Świetlicki i Sosnowski nie dlatego właśnie pozostają nieprzekroczonym horyzontem większości poetów i czytelników poezji średniego, a zwłaszcza młodszego pokolenia? Kłopot polega na tym, że takich pisarzy odważnych, obdarzonych charyzmą i talentem nie jest zbyt wielu. Większość przytakuje poczuciu bezsilności, braku nadziei na przekroczenie granic niewiary, przekroczenie nie w stronę rynku i prostych przyjemności, w których można się chwilowo spełnić, lecz ku artystycznej autonomii. Nawiasem mówiąc: gdybyż ów rynek powołał do życia mocną literaturę popularną, to byłoby pięknie, lecz nic takiego się raczej nie stało. Kult rezonansu, który myli się często z dyskusją, wymianą i poważnym potraktowaniem, zgoda na spłycenie recepcji niekoniecznie muszą być jedyną drogą ucieczki z poczucia braku oparcia w jakiejś ważniejszej od innych racji. Równie dobrze można założyć, iż celem tym jest właśnie owa m o ż l i w o ś ć autentycznej dyskusji. To zaś oznacza, że trzeba wyrzec się założenia o istnieniu jednej wykładni rzeczywistości, lecz wcale nie trzeba wyrzekać się uporu, że wykładnia, jaką się proponuje, ma przewagę nad innymi. Racje żyją wobec innych racji, jedyna racja to racja martwa.
p
, ur. 1962, historyk literatury, krytyk literacki, profesor w Instytucie Filologii Polskiej UAM w Poznaniu. Zajmuje się przede wszystkim współczesną literaturą polską. Jest autorem (wraz z P. Czaplińskim) książka "Literatura polska 1976-1998" (1999). Oprócz tego wydał m.in.: "Tadeusz Dołęga-Mostowicz" (1994) oraz "Przygody z wolnością. Uwagi o poezji współczesnej" (2002).