Niall Ferguson analizuje kondycję amerykańskiej gospodarki. Jest ona wciąż niekwestionowanym hegemonem, jednak coraz wyraźniej odczuwa skutki rosnącego zadłużenia i deficytu obrotów bieżących. Dług publiczny rośnie nieprzerwanie, obywatele amerykańscy prawie w ogóle nie oszczędzają i żyją na kredyt - przy czym spora część zaciąganych pożyczek hipotecznych może się okazać w przyszłości bardzo trudna do spłacenia. Ponadto wierzycielami USA w coraz większym stopniu są inne państwa, przede wszystkim Chiny i Japonia. "Oznacza to, że cudzoziemcy mogą zgłaszać ogromne roszczenia do przyszłych amerykańskich dochodów. Niezależnie od tego, czy pożyczone pieniądze zostaną wykorzystane w sposób produktywny czy nie, część przyszłych zwrotów z inwestycji w USA odpłynie za granicę w formie dywidend lub odsetek".
p
Wyobraźmy sobie, że gospodarka Stanów Zjednoczonych to dinozaur - jedno z tych olbrzymich roślinożernych stworzeń, od których kroków trzęsła się ziemia. Gospodarka USA jest również niewiarygodnie wielka - dwa i pół razy większa niż następna z kolei i prawie dorównująca gospodarkom sześciu pozostałych członków G7 razem wziętych. Problem polega na tym, że przy takich rozmiarach stworzenie to musi prawie nieustannie jeść. Wbrew naszym niegdysiejszym przekonaniom takie olbrzymy jak dinozaur zwany diplodokiem wcale nie były leniwe. Sądzi się dzisiaj, że potrafiły stanąć na tylnych nogach, aby dosięgnąć wierzchołków drzew. Być może nawet biegały, a nie tylko człapały. Rozsądne jednak wydaje się założenie, że miały długi czas reakcji. Odległość od ogona do mózgu diplodoka była całkiem spora. Kiedy jakiś drapieżnik zapuścił kły w ogon diplodoka, ten odczuwał ból przypuszczalnie dopiero po kilku chwilach. Jak wiadomo, podstawowa zagadka dotycząca dinozaurów brzmi: co spowodowało ich zagładę? Najczęściej tłumaczy się to w ten sposób, że jakieś nagłe wydarzenie, takie jak upadek meteorytu, zostawiło dinozaurom niewiele czasu na ewolucję i dało mniejszym, bardziej dynamicznym formom życia szansę na przejęcie pałeczki. Analogiczna zagadka dla ekonomistów brzmi: czy Stany Zjednoczone potrafią wydostać się ze swego obecnego nadmiernego zadłużenia? Czy globalne środowisko ekonomiczne może ulec tak drastycznej zmianie, by gospodarce amerykańskiej zagroziła może nie zagłada, ale przynajmniej utrata hegemonii na rzecz gospodarek mniejszych i bardziej dynamicznych? W 1989 roku, kiedy na Times Square włączono Zegar Długu Narodowego, zadłużenie federalne wynosiło 2,7 bln dol. Jedenaście lat później, 7 września 2000 roku, można było odczytać: "Nasz dług narodowy: 5 676 989 904 887 dol. Udział twojej rodziny: 73 733 dol.". I wtedy zegar został wyłączony, ponieważ naiwnie sądzono, że zadłużenie o wysokości 5,6 bln dol. obniży się, a może nawet całkiem zniknie. W tym samym dniu CNN donosiło: "Wiceprezydent i demokratyczny kandydat na prezydenta Al Gore [...] przedstawił plan, który według niego do 2012 roku wyeliminuje dług". Propozycja nie budziła kontrowersji. Doradcy ekonomiczni kandydata republikańskiego George'a W. Busha podobno "zgodzili się z zasadą zmniejszenia długu", ale ich kandydat "nie zadeklarował konkretnej daty jego likwidacji". To powinno było uruchomić dzwonki alarmowe. (W 2002 roku Zegar Długu Narodowego znowu zaczął chodzić). Odkąd George Bush został prezydentem, patronuje jednemu z najszybszych wzrostów długu federalnego w czasach pokoju - osiągnął on sumę 8,3 bln dol. Istnieją trzy powody zwyżki po 2000 roku: spadek dochodów skarbu państwa podczas recesji w 2001 roku, hojne cięcia podatkowe dla grup lepiej zarabiających i wzrost wydatków nie tylko na wojnę za granicą, ale także na świadczenia społeczne w kraju. Jeśli prognozy kongresowego biura budżetowego (CBO) okażą się trafne, to za dziesięć lat dług wyniesie 12,8 bln dol. - ponad dwa razy więcej niż w chwili obejmowania urzędu przez Busha. Wysoki dług publiczny nie zawsze jest wyłącznie negatywnym zjawiskiem. Można próbować dowodzić, że za pierwszej kadencji Bush mądrze używał polityki fiskalnej do zwiększenia popytu wewnętrznego i przeciwdziałania skutkom pęknięcia internetowej "bańki". Zwiększanie deficytu pozwala również "zamortyzować szok podatkowy", rozkładając w czasie koszty dużych wydatków nadzwyczajnych takich jak wojny, których Stany Zjednoczone od 1999 roku stoczyły już trzy. Z drugiej strony duży dług publiczny, wymagający spłacania ogromnych odsetek, pochłania środki, które mogłyby być wydane na inne cele. Przyczyniając się do wzrostu rynkowych stóp procentowych (banki wolą kupować bezpieczne obligacje rządowe niż udzielać kredytów), hamuje prywatne inwestycje. Może również mieć regresywny wypływ na dystrybucję, powodując transfer środków ekonomicznych z podatników na właścicieli obligacji bądź z przyszłych pokoleń na obecne pokolenie.
Wszystko zależy od tego, jak mierzymy dług. Jeśli pominiemy obligacje i inne papiery dłużne będące w posiadaniu agencji i programów państwowych (takich jak Fundusz Ubezpieczeń Społecznych), to zadłużenie państwa u prywatnych inwestorów wyniesie mniej niż 5 bln dol. Ekonomiści zazwyczaj liczą dług publiczny w stosunku do PKB. Jeśli uwzględnimy tylko zadłużenie wobec inwestorów niepaństwowych, wyniesie on około 38 proc., czyli znacznie więcej niż w 1981 roku, ale wciąż skromnie w porównaniu z okresem powojennym. Co więcej, CBO prognozuje (co prawda przy optymistycznym założeniu 5-procentowego rocznego wzrostu PKB), że w najbliższej dekadzie dług publiczny procentowo spadnie, przypuszczalnie do 34,5 proc. - nawet jeżeli dzisiejsze rozrzutne plany budżetowe zostaną zrealizowane. Szkopuł w tym, że zadłużenie rządu federalnego to tylko część problemu amerykańskiego długu. W ostatnich czasach nie tylko państwo zapożycza się na potęgę. Również gospodarstwa domowe w większym stopniu żyją na kredyt. W ciągu ostatnich pięciu lat wartość amerykańskich długów zabezpieczonych hipoteką wzrosła o prawie 3 bln dol. Nie wszystkie te pieniądze poszły na zakup nieruchomości. W 2004 roku pożyczki hipoteczne nieprzeznaczone na nowe domy wyniosły bez mała 600 mld dol. Międzynarodowy Fundusz Walutowy szacuje, że pozyskiwane w ten sposób fundusze wzrosły z 2 proc. środków wydawanych przez gospodarstwa domowe w 2000 roku do ponad 9 proc. w trzecim kwartale ubiegłego roku. Nie zapominajmy także o innych długach, których dawniej rodziny nie zaciągały. W latach 60. i 70. kredyty konsumenckie zamykały się w niecałych 13 proc. PKB, by w minionej dekadzie wzrosnąć do 18 proc. Amerykanie nie tylko pożyczają jak nigdy dotąd, ale również zaskakująco mało oszczędzają. W minionym 15-leciu poziom oszczędności gospodarstw domowych spadł z 7,5 proc. dochodów do wartości ujemnej. Kłopot w tym, że z przyczyn demograficznych Amerykanie muszą więcej oszczędzać. W przeprowadzonym w tym roku sondażu mierzącym "emerytalny optymizm" amerykańskich pracowników 6 na 10 z nich mówi, że oszczędzają na emeryturę i tylko 4 na 10 twierdzi, że policzyli, ile powinni oszczędzać - wiele osób dochodzi do wniosku, że jeśli zajdzie taka potrzeba, to po prostu będą pracowały dłużej. Z sondażu wynika, że przeciętny pracownik planuje pracować do 65 roku życia, ale w rzeczywistości odchodzi na emeryturę 3 lata wcześniej: 4 na 10 pracowników opuszcza rynek pracy wcześniej, niż planowali. Ma to poważne skutki dla budżetu federalnego. Już teraz Social Security, Medicare i Medicaid pochłaniają prawie połowę wpływów z podatków federalnych i odsetek ten musi pójść w górę, nie tylko dlatego że rośnie liczba emerytów, ale także dlatego że programy świadczeń społecznych wymknęły się spod kontroli. W ciągu minionych lat świadczenia Medicare na jedną osobę rosły 16-krotnie szybciej niż realne zarobki pracowników finansujących je z podatków. Słowem, wygląda na to, że rząd federalny ma znacznie większe niesfinansowane obciążenia, niż to wynika z oficjalnych danych. Jeśli zestawi się obecną wartość wszystkich prognozowanych wydatków państwa, łącznie z obsługą zadłużenia, z obecną wartością wszystkich prognozowanych wpływów państwa, deficyt wyniesie około 66 bln - jak policzyli ekonomiści Jagadeesh Gokhale i Kent Smetters. To osiem razy więcej niż oficjalny dług federalny. Amerykańska konsumpcja była głównym motorem wzrostu gospodarczego na świecie w ciągu ostatniej dekady, ale gotowość amerykańskich gospodarstw domowych i polityków do zapożyczania się ma nieuchronny skutek uboczny: Stany Zjednoczone stały się największym dłużnikiem świata.
Od 14 lat prawie rok w rok amerykański deficyt na rachunku bieżącym, czyli głównie deficyt handlowy, rośnie. W tym roku może on wynieść aż 7 proc., prawie dwa razy więcej niż w szczytowym momencie w połowie lat 80. Skutkuje to poważnym wzrostem zadłużenia zagranicznego. Szacuje się, że różnica między wartością amerykańskich inwestycji zagranicznych i zagranicznych inwestycji w USA spadła z plus 5 proc. PKB w połowie lat 80. do minus 20 proc. PKB dzisiaj. Oznacza to, że cudzoziemcy mogą zgłaszać ogromne roszczenia do przyszłych amerykańskich dochodów. Niezależnie od tego, czy pożyczone pieniądze zostaną wykorzystane w sposób produktywny czy nie, część przyszłych zwrotów z inwestycji w USA odpłynie za granicę w formie dywidend lub odsetek. Zwłaszcza azjatyckie banki centralne kupują wielkie ilości dolarów i denominowanych w dolarach papierów dłużnych. Na pierwszy rzut oka przeznaczanie chińskich oszczędności na zakup amerykańskich obligacji wydaje się dziwne. Przeciętny Amerykanin zarabia około 40 tys. dol. rocznie, z czego, jak już wspomnieliśmy, nie odkłada ani centa. Przeciętny Chińczyk zarabia około 1500 dol. rocznie, ale jego oszczędności wynoszą 23 proc. dochodu - i za pośrednictwem Banku Ludowego Chin pożycza znaczną część tych oszczędności przeciętnemu Amerykaninowi. Sztampowe wyjaśnienie tej osobliwej transakcji głosi, że władze chińskie muszą kupować denominowane w dolarach obligacje, aby zapobiec wzmocnieniu się swojej waluty w stosunku do naszej, albowiem niski kurs juana jest korzystny z punktu widzenia chińskiego eksportu do USA. Rzecz jasna nie tylko Chińczycy gromadzą dolary i dolarowe obligacje. Niemal równie aktywni są Japończycy i inne gospodarki azjatyckie. Duże nadwyżki handlowe notują także bliskowschodnie państwa naftowe dzięki wysokim cenom ropy i co najmniej część dochodów inwestują w Stanach Zjednoczonych. W rezultacie amerykańskie papiery dłużne, ale przede wszystkim obligacje rządowe w coraz większym stopniu znajdują się w zagranicznych rękach. W czerwcu 2004 roku udział ten przekroczył połowę, jeśli chodzi o dług federalny. Cudzoziemcy są obecnie posiadaczami około jednej trzeciej obligacji przedsiębiorstw i ponad 13 proc. akcji notowanych na Wall Street. Pewien analityk pół żartem, pół serio obliczył, że przy utrzymaniu się obecnego trendu ostatnia obligacja rządowa znajdująca się w rękach Amerykanina zostanie od niego wykupiona przez Ludowy Bank Chin w dniu 9 lutego 2012 roku. Ci, którzy pamiętają latynoamerykańskie kryzysy walutowe z lat 80. i 90., mogą zechcieć postawić tezę, że USA są na dobrej drodze do stania się państwem latynoskim. To prawda, że ich dług zagraniczny w stosunku do PKB już teraz dorównuje temu sprzed kryzysu w niektórych państwach latynoamerykańskich, jest wszakże pewna różnica. Państwa latynoamerykańskie generalnie musiały zapożyczać się w walucie wierzycieli. Spadek wartości waluty pożyczkobiorcy, na przykład peso, sprawia, że wartość dolarowego długu w peso szybuje do góry. Tymczasem Stany Zjednoczone znajdują się w tej szczęśliwej sytuacji, co Wielka Brytania po II wojnie światowej, której dług wojenny w znacznej części denominowany był w funtach i dotyczył ówczesnych lub dawnych kolonii. Ponieważ Wielka Brytania zapożyczała się we własnej walucie, miała kontrolę nad jednostką rozliczeniową i mogła odpowiednio sterować spłatą zadłużenia. W okresie od lat 40. do 70., kiedy wartość funta spadła z 4 dol. do niecałych 2 dol., obciążenia w funtach mimo to obniżyły się o połowę po przeliczeniu na główną powojenną walutę.
Czy dolara może czekać podobna dewaluacja? Nie byłaby to pierwsza tego typu sytuacja. Od marca 1985 roku do kwietnia 1988 roku spadek wartości dolara w stosunku do walut głównych partnerów handlowych Ameryki wyniósł ponad 40 proc. Jako strategia fiskalna osłabianie dolara ma wiele zalet. Amerykańskie towary stałyby się bardziej konkurencyjne za granicą, a towary azjatyckie zdrożałyby, co doprowadziłoby do zmniejszenia - chociaż nie likwidacji - deficytu handlowego. Zagraniczni wierzyciele dostaliby po kieszeni, ponieważ ich dolarowe papiery byłyby znacznie mniej warte w ich własnej walucie. Na czym zatem polega przeszkoda? Nagły wzrost cen towarów sprowadzanych do USA napędziłby inflację w tym kraju. Już teraz istnieją pewne poszlaki wskazujące, że inflacja idzie w górę. Niezależnie od przyjętej metodologii można powiedzieć, że ceny rosną szybciej niż dwa lata temu, podobnie jak zarobki godzinowe. Jeśli weźmiemy pod uwagę procentowy udział zwykłych i zabezpieczonych przed inflacją papierów dłużnych, to również stwierdzimy, że oczekiwania inflacyjne nieco wzrosły. Ale czy to naprawdę jest przeszkoda? Niekoniecznie. Wyższa inflacja oznacza bowiem, że realna wartość długu (czyli siła nabywcza pożyczonej sumy) spada - pod warunkiem, że nie zaciągnąłeś pożyczki o zmiennej stopie procentowej lub indeksowanej. Niestety, istnieją dwa poważne przeciwwskazania dla dewaluacji. Można z dużą dozą pewności założyć, że jeśli spadek wartości dolara przyczyni się do wzrostu inflacji, Bank Rezerw Federalnych podniesie stopy procentowe. Jego nowy szef nie może narażać na szwank swojej wiarygodności. Nawet ponad 5-procentowa stopa dla rynku rezerw banków komercyjnych może się wydawać zbyt niska. Należy pamiętać, że stopa ta rośnie od dwóch lat, od najniższego poziomu poniżej 1 proc. w czerwcu 2004 roku. Teraz zadajmy sobie pytanie: kto najwięcej stracił na tej restrykcyjnej polityce monetarnej? Natychmiast przychodzą do głowy dwie ważne kategorie dłużników. Po pierwsze, mamy gospodarstwa domowe z kredytem hipotecznym o zmiennej stopie procentowej. Większość Amerykanów zaciągnęła kredyty o stałej stopie, ale liczba tych drugich jest największa w dziejach. Od marca 2004 roku liczba kredytów o zmiennej stopie wzrosła o 59 proc. To oznacza, że kredyty stały się droższe dla nowych kredytobiorców. Kluczowe pytanie brzmi: kiedy odsetki od istniejących kredytów o zmiennej stopie zostaną przeliczone? Odpowiedź: niedługo. Można tu zauważyć, że jeśli kredytobiorcy nie czytają klauzul napisanych drobnym drukiem albo nie przewidują wzrostu stóp procentowych, to sami są sobie winni. I na rynku, o którym mowa, z pewnością jest mnóstwo osób, które popełniły co najmniej jeden z tych błędów i drogo za to zapłacą. Zaskakujące jest jednak to, że druga kategoria dłużnika wrażliwego na zmiany stóp krótkookresowych raczej nie może zasłaniać się niewiedzą czy naiwnością. Chodzi tu bowiem o rząd federalny. Trwający od lat 80. spadek długookresowych stóp procentowych był błogosławieństwem dla zadłużonego państwa. Koszty obsługi długu publicznego spadły z 3,2 proc. PKB w 1990 roku do 1,5 proc. w 2005 roku, mimo że w wielkościach bezwzględnych wysokość długu poszybowała do góry. Spadek ten wynika jednak częściowo ze struktury czasowej długu - a konkretnie z faktu, że skarb państwa emituje przede wszystkim obligacje o względnie krótkim terminie wykupu, co umożliwiło maksymalne skorzystanie na spadających stopach procentowych. Na przykład pod koniec roku fiskalnego 2005 aż jedna trzecia federalnego zadłużenia podlegała wykupowi za mniej niż rok, a przeciętny termin wykupu dla całego długu wynosił tylko 57 miesięcy (na koniec 2000 roku 74 miesiące).
Była to wspaniała sytuacja, dopóki stopy procentowe spadały, ale odkąd zaczęły iść do góry, grozi nam fiskalny koszmar: znaczna część długu federalnego musi zostać zrefinansowana po wyższych stopach rynkowych. To z kolei oznacza nowe źródło budżetowych rozchodów: rosnące odsetki do zapłacenia. Okazuje się, że George Bush ma najwyższą zmienną stopę procentową na świecie. Główna lekcja, która płynie z historii brania pożyczek, brzmi następująco: najważniejsza jest nie kwota długu ani nawet jego wielkość w stosunku do dochodów. Najważniejsze jest to, żeby było cię stać na spłatę odsetek. Co z kolei jest funkcją tego, czy stopa jest stała czy zmienna, czy i w jakim stopniu możesz zwiększyć swoje dochody oraz czy inflacja może ci pomóc, czy zaszkodzić. A skoro tak, to zarówno nierozważni kredytobiorcy, jak i wysoce nierozważna administracja mogą w najbliższych miesiącach zostać boleśniej ugodzeni finansowo, niż się tego spodziewali. Dinozaury, jak sądzimy, padły ofiarą globalnej zmiany klimatu. Zwierz amerykański - nazwijmy go kredytozaurem - stoi przed porównywalnym wyzwaniem gospodarczym. Wygląda na to, że globalny klimat ekonomiczny się zmienia. Nie słyszymy już o deflacji, za to dużo słyszymy o rosnących stopach procentowych. Gigantyczna, dinozauropodobna gospodarka amerykańska - z małą zamożną głową, wielkim tłustym tułowiem i długim ogonem obywateli o niskich dochodach - dysponuje sprawdzoną metodą reakcji na zmianę pogody. Spadek kursu dolara i inflacja już nieraz uratowały kredytozaura. Wszyscy zdają się sądzić, że znowu spróbuje on tej sztuczki. Ale tym razem może być inaczej. Bo w ogon kredytozaura wbijają się podwyżki stóp procentowych, które mogą, po pierwsze, z nawiązką zneutralizować pozytywne w tym kontekście skutki inflacji, a po drugie ją zahamować. I nikt nie wie, kiedy i jak gwałtownie olbrzym zareaguje na ten powoli docierający do niego impuls bólowy. Oczywiście jest jeszcze za wcześnie na mówienie o zagładzie. Ale z historii diplodoka płynie oczywisty wniosek: życia wiecznego nie ma w ofercie.
p
, ur. 1964, jeden z najwybitniejszych europejskich historyków młodszego pokolenia. Wykładowca nowożytnej historii politycznej i gospodarczej na uniwersytecie oksfordzkim, obecnie wykłada w Stern School of Business na New York University. Autor m.in. "The Pity of War" - monografii poświęconej I wojnie światowej, "The Cash Nexus: Money and Power in the Modern World", "Empire" oraz "Colossus: The Rise and Fall of the American Empire" (2004), w której lansował tezę, że USA są (niejako wbrew sobie) współczesną wersją dawnych światowych imperiów. Ostatnio wydał "The War of the World", własną historię XX wieku. Zajmuje się także publicystyką polityczną - publikuje regularne komentarze m.in. w "The Sunday Telegraph". W "Europie" wielokrotnie drukowaliśmy jego teksty - w numerze 28 z 12 lipca br. ukazała się "Ofensywa populizmu" (wspólnie z Samuelem J. Abramsem).