Problem demokratyzacji Rosji i problem zwyżkujących cen surowców energetycznych wiążą się ze sobą w nierozerwalny sposób - twierdzi Ivan Krastev. Rosją rządzi dziś reżim, który całą swoją legitymizację opiera na ogromnych zyskach czerpanych ze sprzedaży ropy i gazu. Zachód uzależniony od rosyjskich dostaw tych surowców de facto ów reżim wspiera i uniemożliwia jakiekolwiek przemiany. Zdaniem Krasteva "wolność w Rosji rozkwitnie tylko wtedy, gdy w państwach zachodnich spadną ceny ropy".
p
Walkę o demokrację w Rosji można wygrać tylko pod jednym warunkiem - kraje zachodnioeuropejskie muszą wyzwolić się z uzależnienia od rosyjskich źródeł energii.
Bertrand Russell, usiłując objaśnić swojej przyjaciółce Lady Ottoline Morrell, na czym polega rewolucja rosyjska, zauważył, iż bez względu na to, jak przerażający jest despotyzm w bolszewickim wydaniu, i tak wydaje się właściwym rodzajem rządu dla Rosji. "Jeśli zada sobie pani pytanie, w jaki sposób winno się rządzić bohaterami powieści Fiodora Dostojewskiego, zrozumie pani, co mam na myśli". Jednak chcąc wyjaśnić obecny ponowny wzrost nastrojów autorytarnych w Rosji, nie trzeba wcale na nowo czytać dzieł wielkiego rosyjskiego pisarza czy sięgać do dziedzictwa bolszewizmu. Wystarczy jedynie wziąć pod uwagę wzrost cen ropy naftowej.
Do takiego właśnie wniosku można dojść, czytając nowy raport amerykańskiej organizacji pozarządowej Freedom House zatytułowany "Nations in Transit 2006", opublikowany 13 czerwca tego roku w Berlinie. Studium opisuje przemiany demokratyczne i ocenia stan demokracji w 29 państwach Europy Środkowej i Eurazji. Wyniki badań dowodzą, że rosnące w ubiegłym roku w zawrotnym tempie ceny ropy naftowej doprowadziły do pogorszenia się standardów rządzenia, ograniczenia roli mediów i niezależności władzy sądowniczej oraz wzrostu korupcji we wszystkich czterech bogatych w surowce energetyczne krajach byłego Związku Radzieckiego: Rosji, Turkmenistanie, Kazachstanie i Azerbejdżanie.
Raport stanowi przejmującą ilustrację sformułowanego przez wybitnego publicystę i komentatora "New York Timesa" Thomasa Friedmana "pierwszego prawa petropolityki". Petropolityka to - przypomnijmy - polityka krajów eksportujących ropę. Jej "pierwsze prawo" zostało sformułowane w artykule zamieszczonym przez autora w "Foreign Policy" (marzec/kwiecień 2006): "W krajach bogatych w ropę naftową cena tego surowca i tempo rozszerzania się zakresu swobód/praw obywatelskich zawsze poruszają się w kierunkach przeciwnych". Wniosek? Największym wrogiem rosyjskiej demokracji nie jest Kreml czy oligarchowie, lecz wysokie ceny ropy.
Gwałtownie rosnące ceny płynnego złota sprawiły, że dysponujące wielkimi złożami energetycznymi państwa postradzieckie urosły w siłę, ale jednocześnie stały się mniej demokratyczne i bardziej skorumpowane. Wpływy z eksportu tego surowca, jakie zasiliły budżet państwowy Rosji, radykalnie zmniejszyły zależność państwa zarówno od zagranicznej pomocy finansowej, jak i podatków płaconych przez samych obywateli. Uzależnienie Moskwy od zachodnich kredytów przekształciło się z kolei w uzależnienie Europy od rosyjskiej ropy i gazu. Rosja nie chce już, by ją pouczano. Sama chce pouczać innych.
Dziś, gdy zasoby gotówki stały się tak wielkie, że nie wiadomo, co z nimi zrobić, rząd rosyjski przestał się interesować problemem usprawniania samego rządzenia. Zamiast tego koncentruje się na decydowaniu, które warstwy społeczne kupić, a jakimi się nie zajmować. Większa ilość pieniędzy oznacza większe i lepsze "sieci klientów". Ważniejsze jednak jest to, że wysokie ceny ropy zrodziły nową ideologię państwa - "naftowy nacjonalizm". Słynne wyrażenie "My - naród" przekształciło się w "My - naród bogaty w ropę".
Bogate zasoby tego surowca stanowią fundament nowej rosyjskiej tożsamości państwowej. Ropa - a nie historia czy kultura - leży u samych podstaw roszczenia Rosji do statusu wielkiego mocarstwa. To dzięki niej Rosjanie czują się narodem/państwem uprzywilejowanym, silnym i wyjątkowym. Wszelką krytykę pod adresem rządu odrzuca się jako zwykłą grę ze strony zagranicy pragnącej położyć łapę na rosyjskiej ropie.
Połączenie strachu elit przed kolejną pomarańczową rewolucją i nowych, wysokich cen tego surowca spowodowało prawdziwą zmianę reżimu w Rosji. W czasie krótszym niż dwie dekady kraj przekształcił się z monopartyjnego komunistycznego molocha w oligarchiczne "państwo monorurociągowe". Monopol władzy osadza się dziś nie na konstytucji, lecz ustawodawstwie regulującym sposób użytkowania infrastruktury przemysłu energetycznego. Odrzucenie przez Gazprom podczas ostatniego szczytu UE - Rosja w Soczi w maju tego roku żądania udostępnienia sieci rurociągów niezależnym producentom i innym krajom stanowiło deklarację nowej rosyjskiej filozofii siły.
Reakcja Zachodu na rozkwit Rosji jako niedemokratycznego energetycznego supermocarstwa to mieszanina oburzenia, strachu i polityki podwójnej moralności. Majowa wizyta wiceprezydenta USA Dicka Cheneya na Litwie jawi się w tym kontekście jako niepokojąca w swej wymowie ilustracja tej nowej rzeczywistości politycznej. Cheney przybył do Wilna i niezwykle gwałtownie zaatakował stan rosyjskiej demokracji. Co z tego, skoro następnego dnia poleciał do Kazachstanu i pod niebiosa wychwalał Nursułtana Nazarbajewa za to, że ten ustabilizował sytuację w swoim kraju.
Gdyby amerykański wiceprezydent przeczytał ranking demokracji umieszczony w raporcie "Nations in Transit 2006", dowiedziałby się, że obywatele Kazachstanu cieszą się jeszcze mniejszą wolnością niż Rosjanie. Dziś jednak obowiązkową lekturą wyższych rangą przedstawicieli administracji USA nie są raporty organizacji broniących praw człowieka, lecz studia na temat zrównoważenia zasobów energetycznych kraju. Efektem tego typu podejścia jest polityka tyleż odrażająca moralnie, co błędna ze strategicznego punktu widzenia. Zatem drugie "prawo petropolityki" powinno brzmieć: "Cena ropy naftowej i wola rządów demokratycznych do krzewienia demokracji w krajach bogatych w energię zawsze poruszają się w przeciwnych kierunkach".
To oczywiste, że warunkiem wstępnym demokratyzacji Rosji jest spadek cen gazu i ropy oraz demonopolizacja rosyjskiego sektora energetycznego. Jedynym i wyłącznym wskaźnikiem sukcesu europejskiej polityki wspierania i promocji demokracji będzie sukces Zachodu na innym polu - zerwania z uzależnieniem od rosyjskiej ropy/gazu i poszukiwania odnawialnych źródeł energii. Mówienie o demokracji bez jednoczesnego prowadzenia walki z wysokimi cenami ropy naftowej nie ma już dzisiaj żadnego sensu.
Podejmowane przez UE wysiłki w celu wspierania i krzewienia demokracji przyniosą efekty tylko wtedy, gdy połączy się je z realizacją wspólnej polityki energetycznej Unii. Koalicja złożona z zachodnich eks-bojowników zimnej wojny, finansowanych przez Zachód organizacji pozarządowych i kochającej wolność młodzieży nie jest już w stanie przynieść Rosji demokracji. Nowy, skuteczny w osiąganiu swoich celów sojusz musi przybrać bardziej eklektyczny charakter i składać się z obrońców środowiska, liderów biznesu oraz naukowców pracujących nad innowacjami technologicznymi.
Władimir Putin ma zatem absolutną rację, uważając, że jedyne prawdziwe wyzwanie, przed jakim stoi, pochodzi z zewnątrz, a nie z ruchów wewnątrz samego społeczeństwa. Prezydent jednak popełnia błąd, obawiając się widma eksportu pomarańczowej rewolucji do Rosji. Obawiać powinien się bowiem czego innego - zielonej rewolucji na Zachodzie. Wolność w Rosji rozkwitnie tylko wtedy, gdy w państwach zachodnich spadną ceny ropy.
Jeśli zatem chcecie wolnej i demokratycznej Rosji, przestańcie bawić się w podpisywanie antyputinowskich petycji. Dajcie sobie spokój z głosowaniem na twardogłowych antykomunistów. Wszystko to na nic. Co powinniście zrobić? Gaście światło, gdy wychodzicie z domu. Sprzedajcie swoje paliwożerne amerykańskie samochody i zacznijcie korzystać ze środków transportu publicznego. Dziś walka o demokrację to walka przeciw tyranii cen ropy.
p
, ur. 1965, politolog, analityk spraw międzynarodowych, prezes Centrum Strategii Liberalnych w Sofii - think tanku doradzającego w sprawach polityki zagranicznej i wewnętrznej. Wykłada na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie i w Instytucie Remarque'a na New York University. Zajmuje się przede wszystkim zagadnieniami związanymi z sytuacją społeczeństw postkomunistycznych. Autor m.in. książki "The Anti-Corruption Trap" (2004). Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - w nrze 23 z 7 czerwca br. zamieściliśmy jego tekst "Koniec demokratyzacji".