Jeśli wierzyć Wyspiańskiemu, polscy chłopi byli obeznani z dylematami globalizacji już u progu ubiegłego wieku. Pamiętamy pytanie o aktualną sytuację w Państwie Środka zadane w "Weselu" Dziennikarzowi przez Czepca: "Co tam panie w polityce? Chińczyki trzymają się mocno?". Można zaryzykować twierdzenie, że ten cytat potrafią powtórzyć nawet maturzyści amnestionowani przez ministra Giertycha.
Dzisiaj Chiny zbliżyły się do Polski i do Zachodu jeszcze bardziej. Rosnąca potęga tego kraju uczyniła nasz świat mniej oczywistym - o czym w dzisiejszej Europie przypominają zarówno znana żydowska historyk i politolog Liah Greenfeld, jak też Niall Ferguson, jedno z najciekawszych i najostrzejszych piór światowej prasy, a od niedawna stały współpracownik naszej gazety.
A że Chiny włączone do kapitalistycznego podziału pracy uczyniły nasz świat ciekawszym i bardziej skomplikowanym, dowodzić nie trzeba. Wyobraźmy sobie tylko, że Państwo Środka, kraj obozów pracy oraz bardzo ograniczonych swobód politycznych i religijnych od lat finansuje deficyt budżetowy USA. W ten sposób staje się sponsorem zarówno akcji militarnych pod pięknie brzmiącymi nazwami w rodzaju "Huragan wolności", jak też ambitnego społecznego programu rządzących w USA Republikanów, znanego jako "współczujący konserwatyzm".
Morałem tej przypowieści nie powinien być łatwy nihilizm czy ideowe aż do bólu skargi alterglobalistów. Można zrozumieć realistyczne przesłanki kierujące polityką Waszyngtonu. Jednak świat, w którym dobro i zło, wolność i zniewolenie - są tak bardzo rozproszone i pomieszane, powinien skłaniać do refleksji także naszych polityków czy publicystów. Szczególnie tych, którzy opcję amerykańską czy europejską w polskiej polityce zagranicznej uzasadniają deklaracjami własnej ideowości czy obowiązkiem wsparcia przez Polskę dobra w walce ze złem.
Życie w świecie, w którym zyski wypracowane w obozach pracy finansują krucjaty na rzecz demokracji, powinno po prostu skłaniać do nieco większego realizmu. Machiavelli jest w takim świecie lepszym nauczycielem polityki niż św. Tomasz. Chyba że w kraju takim jak Polska świadomie decydujemy się na hipokryzję. Wtedy politycy mówią św. Tomaszem, a działają wedle wskazówek Machiavellego. Bo uważają, że inaczej nie zostaliby zrozumiani przez swoich wyborców.