Ewa Thompson uznaje poglądy Johna Ralstona Saula na temat globalizacji za zdrowy objaw "otrzeźwiającej" krytyki. Główna teza kanadyjskiego filozofa głosi, że zarówno globalizacja traktowana jako pewne zjawisko historyczne, jak i globalizm będący jej "teorią" i zarazem uzasadnieniem znajdują się dziś w głębokim kryzysie. Negatywne skutki procesów globalizacyjnych widać szczególnie wyraźnie: to rosnące zadłużenie i ubożenie wielu krajów, gigantyczne nierówności ekonomiczne, wciąż nierozwiązany problem głodu na świecie itd. Jednocześnie nadzieje, jakie przedstawiał globalizm, nie spełniły się: granice między państwami nie tylko nie zniknęły, ale - wręcz przeciwnie - stają się coraz bardziej szczelne, zaś imigracja wciąż pozostaje problemem, ponieważ kraje bogate obawiają się nadmiernej liczby przybyszów mogących zalać ich rynek pracy. Globalizacja i globalizm budzą opór, który wzmacnia poczucie solidarności grupowej na różnych poziomach: od wspólnoty lokalnej aż po naród.

p

Ewa M. Thompson*

John Ralston Saul o neonacjonalizmie

New York Times" nazywa go "filozofem politologów". John Ralston Saul jest autorem kilku powieści oraz książki "Bękarty Woltera" (Voltaire's Bastards) atakującej racjonalizm oświecenia. To Kanadyjczyk mieszkający w Ottawie, który jednak nie pasuje do grona mało kontrowersyjnych kanadyjskich intelektualistów. W czerwcu 2005 roku uczestniczył w konferencji mającej na celu zmianę kierunku badań nad jakością życia poprzez odejście od wskaźnika PKB na osobę i przyjęcie "well-being index", czyli stopnia zadowolenia z życia w danym kraju. Uczestnicy konferencji starali się ustalić coś, co można by nazwać kompleksowym "współczynnikiem szczęścia" w poszczególnych regionach i krajach świata. "Najszczęśliwszymi" okazały się Puerto Rico, Meksyk, Irlandia i Dania (w dwóch pierwszych PKB na osobę jest mniej więcej ten sam co w Polsce). Najbardziej nieszczęśliwi są - wedle uczestników spotkania - obywatele Rosji, Ukrainy, Zimbabwe i Indonezji.

W swojej najnowszej książce "Upadek globalizmu i odkrycie świata na nowo" (The Collapse of Globalism and the Reinvention of the World) Saul przedstawia teorię globalizacji, rozważa jej osiągnięcia, niespełnione obietnice i stopniowe zastępowanie poczucia uczestnictwa w globalizacji przez odradzającą się świadomość narodową. Globalizm definiuje on jako teorię ekonomiczną, zgodnie z którą wolny rynek jest jedynym kluczem do dobrobytu, a stworzone przezeń międzynarodowe korporacje są - lub będą w przyszłości - spadkobiercami państwa narodowego. Wyznawcy globalizmu uważają, że jądrem każdej cywilizacji jest gospodarka, zaś wymianą handlową i produkcją może rządzić jedynie prawo zysku. Wprawdzie deklarują oni, że ostatecznym celem jest zapewnienie wszystkim dobrobytu - wedle reguły, że "przypływ unosi wszystkie statki z mielizny" (the rising tide lifts all ships) - ale na początek zalecają koncentrowanie się jedynie na dochodowości przedsięwzięcia. Globalizmowi jako teorii popularność zapewniły po części amerykańskie neokonserwatywne think tanki, które corocznie wydają 140 milionów dolarów na promowanie swoich teorii ekonomicznych i politycznych. Fundacje neokonserwatywne w Ameryce dysponują kapitałem 2 miliardów dolarów. Nikt nigdy nie miał takich pieniędzy na promowanie swoich poglądów - zauważa Saul.

Obecny cykl globalizacji rozpoczął się zdaniem kanadyjskiego badacza w latach 70. XX wieku. Jego symbolicznym początkiem było noblowskie przemówienie Miltona Friedmana w 1976 roku stanowiące pean na cześć wolnego rynku. Punktem szczytowym było utworzenie Światowej Organizacji Handlu (WTO) w roku 1995.

Saul nie zaprzecza temu, że międzynarodowa wymiana handlowa i inwestycje zwiększyły się wielokrotnie w ciągu ostatniego ćwierćwiecza. Ceni takie osiągnięcia globalizacji jak ułatwienie wymiany gospodarczej, rozszerzenie wolnej konkurencji i kontaktów. Przyznaje, że globalizacja jest nieunikniona i pożądana - ale tylko do pewnego stopnia. Niektóre jej sukcesy są pozorne, a cenę za nie płacą kraje najsłabsze. Nawet w krajach rozwiniętych globalizacja zostawia po sobie istne pobojowisko - nisze i całe społeczności złożone z ludzi, którzy nie potrafią zapewnić sobie dobrobytu w stworzonych przez nią warunkach. Saul podkreśla, że prawie połowa światowego handlu polega na bezproduktywnym przesuwaniu z kraju do kraju kapitału spekulacyjnego. Handel walutą uczynił kiedyś z George'a Sorosa miliardera, ale spowodował kryzys ekonomiczny w Indonezji i Tajlandii, ze wszystkimi tego konsekwencjami dla warstw najuboższych. W epoce globalizacji pieniądze stały się towarem; jest to jednak pseudotowar, przynoszący zysk głównie spekulantom. W 1995 roku handel pieniędzmi miał wartość 50-krotnie większą niż handel produktami i surowcami. W międzyczasie różnica pomiędzy najbogatszymi i najbiedniejszymi mieszkańcami naszego globu wzrosła. 358 najbogatszych obywateli świata ma większy roczny dochód niż cała grupa najbiedniejszych państw, w których żyje 45 proc. ludności świata, czyli prawie 3 miliardy ludzi.

Saul utrzymuje, że globalizacja i globalizm sprzyjają osłabieniu społeczeństwa obywatelskiego, ponieważ uczą bierności. Wbijanie ludziom do głowy, że wszystkim rządzą wszechmocne prawa ekonomii odbiera ochotę do działania i powoduje, że obywatele unikają podejmowania jakichkolwiek inicjatyw. Rezultatem jest wzrost pokory wobec władzy i strach przed zepchnięciem na margines. Do negatywnych rezultatów globalizacji Saul zalicza też gwałtowny wzrost imigracji z krajów Trzeciego Świata (głównie z kręgów cywilizacji islamskiej) do Europy. Zamieszki we Francji w 2005 roku przypomniały Europejczykom, że w przyszłości Europa może stać się "Eurabią". Gdy w latach 60. ubiegłego wieku w Europie Zachodniej klasa robotnicza przekształciła się w klasę średnią, sprowadzono do Europy nową klasę robotniczą mającą wykonywać prace, których nikt inny nie chciał już podjąć. Cały pomysł opierał się na jednym z artykułów wiary globalizacji: że człowiek i maszyna mogą się nawzajem wymieniać i zastępować. Okazało się jednak, że społeczeństwo to nie tylko suma jego możliwości produkcyjnych. Teraz nie wiadomo, co zrobić z 17 milionami muzułmanów w krajach Europy Zachodniej, zwłaszcza że na Bliskim Wschodzie i w Azji rozpoczął się renesans islamu żywo oddziałujący na muzułmańską diasporę w Europie. Czy laicka tożsamość zachodnich Europejczyków jest rzeczywiście tak silna, że potrafi zasymilować te miliony? Saul krytykuje utopijne deklaracje o wielokulturowej Europie, którymi pokrywa się niewygodne fakty społeczne i ekonomiczne.

Wyjściowa teza książki Saula głosi, że na początku trzeciego tysiąclecia rozpoczął się kryzys globalizacji. Pierwszą jego oznaką jest monstrualne zadłużenie i zubożenie krajów Trzeciego Świata. W latach 1950-1980 w Afryce PKB na osobę wzrastał przeciętnie o 1,8 proc. rocznie, zaś w latach 1980-2000 spadł o 6,2 proc. W Ameryce Łacińskiej w tym samym czasie PKB wzrastał o 2,4 proc. rocznie, zaś w ciągu następnych 20 lat wzrósł tylko o 4,3 proc. Przyczyną jest zadłużenie, trudności ze sprzedażą produktów rolnych w krajach zachodnich (które pomimo promowania globalizacji i wolnego handlu chronią własnych obywateli przed globalną konkurencją) oraz bezwzględnie stosowana przez globalne korporacje zasada maksymalizacji zysku. W wielu krajach długi budżetu państwa wobec podmiotów zagranicznych przewyższają dziesiątki razy wartość rocznego eksportu. Obecny zwrot Brazylii, Wenezueli i Boliwii w stronę radykalnego populizmu jest produktem ubocznym tych procesów. W ostatnich latach Ameryka Łacińska wydaje się odrzucać globalizację i globalizm na rzecz regionalnej współpracy, interwencji państwa w sprawy ekonomiczne oraz neonacjonalizmu.

Oznaką kryzysu globalizacji jest również fakt, że nie sprawdziła się przepowiednia o zniknięciu granic pomiędzy państwami. 50 lat temu ekonomista John Maynard Keynes prorokował, że w przyszłości ludzie nie będą musieli posiadać paszportów i pozwoleń na przemieszczanie się z jednego punktu globu na drugi. Stało się jednak odwrotnie. Kraje najbogatsze wynajdują coraz to nowe sposoby, by nie wpuszczać ubogich imigrantów z krajów Trzeciego Świata. Znaczącym czynnikiem polityki międzynarodowej stał się również islam. Strach przed islamskimi ekstremistami spowodował uszczelnienie granic wszystkich państw. Dziś trudniej jest przekroczyć granice USA niż 30 lat temu, zaś problemy związane z podjęciem legalnej pracy w wielu krajach UE dotykają co roku tysiące Polaków.

Budzącym większe nadzieje symptomem oporu zwykłych ludzi wobec globalizacji jest szybki rozwój instytucji pozarządowych oraz wzmocnienie poczucia solidarności grupowej na całym świecie. Saul jest zwolennikiem "pozytywnego" nacjonalizmu, polegającego na uznaniu dla więzi lokalnych i umiejętności współpracy w ramach swojej grupy narodowościowej przy jednoczesnym otwarciu się na inne grupy. Jego zdaniem na tej zasadzie funkcjonuje nacjonalizm kanadyjski. "Negatywny" nacjonalizm, czyli wrogość wobec Innego, jest oczywiście przez Saula potępiany. Do "heretyckich" obserwacji Saula można zaliczyć ocenę amerykańskiej inwazji Iraku jako akcji nacjonalistycznej w sensie negatywnym. Populizm prezydentów Brazylii czy Wenezueli też jest dla niego przede wszystkim objawem nowego nacjonalizmu będącego reakcją na globalizację. Polskie uczestnictwo w wojnie irackiej Saul określa z kolei jako wyraz polskiej dumy narodowej w dobrym tego słowa znaczeniu: Polacy chcieli pokazać swoim bezpośrednim sąsiadom, że są wreszcie niezależni. Stąd ich sytuacyjny sojusz z odległym mocarstwem.

Co więc zastąpi globalizację? Saul uważa, że jedną z zasadniczych odpowiedzi na kryzys globalizacji i globalizmu jest neonacjonalizm. Rodzą się nowe narody, krzepną narody średniej wielkości, zaś narody już ustabilizowane nie wahają się stosować protekcjonizmu lub przemocy dla obrony swoich interesów. Argumenty Saula są momentami bliskie teorii Samuela Huntingtona o "zderzeniu cywilizacji" - mimo odmienności politycznych przekonań obu autorów. Saul w przeciwieństwie do Huntingtona reprezentuje lewicę - choć w wersji niemarksistowskiej, przypominającej nieco Chestertonowski dystrybutywizm. Różni się od G.K. Chestertona tym, że jego postulaty nie mają podłoża religijnego, choć krytyka "wynaturzenia rozumu" w epoce pooświeceniowej (wyłożona w "Bękartach Woltera") przypomina nieco tomistyczne rozważania na temat więzi intelektu i fizycznej natury człowieka.

Czy Saul ma do zaoferowania coś więcej poza krytyką globalizacji i kwestionowaniem diagnozy o koniecznym upadku państw narodowych? Czy ludzkość da się przekonać, że maksymalizacja zysku bywa mniej istotna niż budowanie szczęśliwych lokalnych społeczeństw, które produkują głównie na swoje potrzeby i nie angażują się w światową konkurencję? To wszystko, co wiemy o człowieku nowoczesnym, raczej nie pozwala żywić nadziei na zbudowanie błogiego i nieagresywnego świata, o jakim marzy Saul. Potęga pieniądza jest większa niż urok zadowolenia z życia, zaś próżność okazuje się w końcu silniejsza od prostych radości płynących z uprawiania własnego ogródka.

Mimo to jego krytyka globalizacji jest pod wieloma względami otrzeźwiająca. Na pytania, które zadaje, trzeba będzie kiedyś odpowiedzieć. Saul cytuje apostoła wolnego rynku Miltona Friedmana, który niedawno kajał się za to, że namawiał kraje postkomunistyczne do prywatyzacji za wszelką cenę. "Nie miałem racji" - mówił Friedman - "okazało się, że praworządność jest ważniejsza od prywatyzacji". Godna uwagi jest też trzeźwość Saula w ocenie narodowego egoizmu, który był i jest głównym motorem polityki nawet bardzo demokratycznych państw.

Część polskich elit wyznaje dziś religię globalizmu z większą jeszcze żarliwością niż jej wynalazcy z amerykańskich think tanków. Argumenty Saula są skierowane w stronę tych intelektualistów, którzy z przyzwyczajenia już chodzą cudzymi tropami. Tak jak Richard Jonh Neuhaus na amerykańskiej prawicy, Saul na lewicy zachęca Polaków, aby nie dali się uwieść "oświeceniowemu uniwersalizmowi", który patronował odrzuconemu dziś projektowi konstytucji UE.

Trzeźwa jest nie tylko jego krytyka globalizacji i sloganów oświecenia, ale również komentarze o krajach byłego bloku wschodniego: "I nagle, z dnia na dzień - stało się. Na świecie, który dążył do likwidacji państwa narodowego, dziesiątki milionów ludzi wkroczyły na scenę międzynarodową, aby wykorzystać swoją pierwszą - a w najlepszym razie drugą - szansę budowy własnego państwa narodowego".

Utrwalona na Zachodzie terminologia zakłada, że Polska jest państwem "nowym", jak Łotwa czy Mołdowa. (Do polskich historyków należy przekonanie ich zachodnich kolegów, że Polska ma swoje własne Azincourty i Trafalgary, swoich Schillerów i Dickensów.) Tak jak niegdyś prezydent Woodrow Wilson, Saul należy do tej grupy anglojęzycznych intelektualistów, którzy postrzegają zmiany w Europie Środkowej i Wschodniej raczej z sympatią, a nie jako zło konieczne. Pochwala on polsko-niemiecką wymianę zdań, gdy w odpowiedzi na żądania wypędzonych Sejm wyliczył odszkodowania, które należą się Polakom od Niemców. "Państwo narodowe wróciło do serca Europy" - stwierdza nie bez satysfakcji Saul.

Ewa M. Thompson

p

*Ewa M. Thompson, ur. 1937, badaczka literatury, slawistka. Jest profesorem na Uniwersytecie Rice w Houston, a także redaktorem kwartalnika "Sarmatian Review". Studia rozpoczęła na Uniwersytecie Warszawskim, doktoryzowała się na Uniwersytecie Vanderbilt w USA. Później wykładała m.in. na uniwersytetach Indiana, Vanderbilt, Virginia i Ohio. Jest autorką wielu książek i artykułów z dziedziny literaturoznawstwa i politologii. W Polsce wydano dwie pozycje: "Trubadurzy Imperium" (2002) i "Witold Gombrowicz" (2002). Kilkakrotnie gościła na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 26 z 29 czerwca ub.r. ukazał się jej tekst "Said a sprawa polska".