Nasz dzisiejszy rozmówca Alain Besancon, snując refleksje na temat upadku komunizmu i roli, jaką odegrał w tym procesie stan wojenny, surowo ocenia solidarnościową opozycję i polski Kościół. "Solidarność" nie zdołała jego zdaniem wypracować własnego języka - posługiwała się językiem postulatów socjalnych, który nie odrzucał jednoznacznie socjalizmu. ">>Solidarność<< nigdy nie znalazła dość siły, by nazwać oficjalne kłamstwo po imieniu. Z jednej strony zachwiano komunistyczną władzą, z drugiej zaś nie odrzucono ideologicznych podstaw jej panowania". Kościół natomiast świadomy własnej pozycji i możliwości oddziaływania na społeczeństwo obrał w latach 80. kurs na porozumienie z rządzącymi.
p
Nie. Ogłoszenie stanu wojennego doskonale wpisywało się w logikę tego systemu. Była interwencja na Węgrzech, potem wejście Sowietów do Czechosłowacji, wreszcie Polska. Dla uważnego obserwatora to nie mogło być żadnym zaskoczeniem - te wydarzenia zbyt dobrze do siebie pasowały. Na dobrą sprawę było tylko jedno istotne pytanie: czy Rosja poradzi sobie z Polakami? Czy Polska nie jest zbyt dużym kawałkiem do połknięcia? Odpowiedź brzmiała: biorąc pod uwagę poważne osłabienie sowieckiego imadła, widać, że Polska nie może być całkowicie zdławiona, tak jak to miało miejsce w przypadku Węgier czy Czechosłowacji.
Jeśli chodzi panu o mnie, ja opuściłem partię komunistyczną po XX Zjeździe - byłem wtedy studentem. I od razu stałem się antykomunistą. Natomiast jeśli chodzi o postrzeganie tego, czym jest komunizm, w samej Francji, to zrozumiano tę kwestię już wcześniej. Jest na to jasny dowód - reakcja na stan wojenny była niemal jednomyślna, pomijając nieprawdopodobne zachowanie rządu, który jak zawsze okazał się nieudolny i prorosyjski. Prasa zachowała się bardzo dobrze, także ta lewicowa - "Le Monde" czy "Libération". Francuzi bardzo chcieli pomóc Polsce - prywatne inicjatywy były wprost niezliczone. Podam tylko jeden przykład: miałem w Aix-en-Provence przyjaciela, Louisa Martineza, który wysłał do Polski 75 ciężarówek z darami. Zrobił to z czystej sympatii. Zresztą jakiś czas temu napisałem do ambasadora Polski list z prośbą, by mu to jakoś wynagrodzić. Nikt nic nie zrobił. Nie bardzo mi się to podobało.
Odwiecznym marzeniem lewicy było jedno: zaistnienie ruchu robotniczego, który mogłaby wesprzeć. Tak więc lewica francuska była zachwycona, że w chwili, kiedy odwróciła się od komunizmu, pojawiła się "Solidarność", która także kwestionowała komunizm i która była przedstawiana jako ruch robotniczy. Mówię "przedstawiana", bo tak naprawdę "Solidarność" nie była żadnym ruchem robotniczym, tylko ruchem narodowym. Jednak maskowano wymiar wyzwolenia narodowego, akcentując wszystko to, co było związane ze społecznym niezadowoleniem. "Solidarność" zrobiła w tym celu gigantyczny wysiłek. To miało oczywiście bardzo pozytywne strony - w ten sposób łatwiej było przemawiać do opinii publicznej na Zachodzie, wytłumaczyć jej, jakie są przyczyny rewolty. Efekt propagandowy był gigantyczny. Francuzi od razu uznali żądania "Solidarności" za swoje...
Tak, na krótką metę to było bardzo pomysłowe. Świetnie urządzało nawet francuską dyplomację, która na myśl o tym, że miałaby zająć jakieś stanowisko w kwestii żądań niepodległościowych Polski, po prostu zamierała z przerażenia. Ale była też druga strona medalu. Nikt nie zakwestionował na głos socjalistycznej natury panującego systemu. W ten sposób chciano wypracować nową przestrzeń wolności. I zadać skrytobójczy cios władzy - nic nie mogło jej bardziej zaszkodzić niż klasa robotnicza, która wymawia posłuszeństwo w imię walki związkowej i prawdziwej myśli socjalistycznej. Jednak zapomniano o czymś bardzo ważnym: że taki sposób definiowania rzeczywistości w doskonały sposób urządza także komunistów. Ponieważ z góry zgadzano się na wypracowany przez nich język, sposób mówienia i argumentowania. Krótko mówiąc: z jednej strony zachwiano komunistyczną władzą, z drugiej zaś nie odrzucono ideologicznych podstaw jej panowania. Nowomowa, którą bezskutecznie usiłowano przez kilkadziesiąt lat Polakom wpoić, zatriumfowała w zupełnie nieoczekiwany sposób. Niestety "Solidarność" nigdy nie znalazła dość siły, by nazwać oficjalne kłamstwo po imieniu. Aby potępić ten monstrualny twór ideologiczny, jakim był socjalizm...
Zapomina pan, że sytuacja na Węgrzech i w Polsce była zupełnie inna. Polska partia komunistyczna okupowała własny kraj. Między nią a społeczeństwem istniała przepaść. To były dwie różne rzeczywistości, które niemal się nie stykały. Węgierskie społeczeństwo było znacznie bardziej zdemoralizowane. Jednocześnie partia deklarowała znacznie większą gotowość do pewnych ustępstw, zwłaszcza w kwestiach ekonomicznych.
Rzeczywiście było wiele wypowiedzi wskazujących na to, że Kościół traktuje oba te systemy jako w równym stopniu złe - choć w całkowicie inny sposób. I że należy zachować w stosunku do nich podobny dystans, poszukiwać jakiejś "trzeciej drogi". To zresztą dodatkowo dezorientowało "Solidarność". Pojawiała się propozycja świata całkowicie apolitycznego, którego wymiar bez reszty określa społeczna doktryna Kościoła. Walka polityczna była tu określona jako zło, jako zaczątek wszelkiej wrogości i nienawiści stanowiących zaprzeczenie chrześcijańskiego ducha. To był błąd - Kościół oczywiście nie może, nie powinien być partią polityczną. Ale nie powinien też dążyć do unicestwienia polityki. Łatwo zresztą wytłumaczyć te ciągoty. W latach 80. polski Kościół miał gigantyczne wpływy. Nie ma nawet sensu porównywać jego pozycji z Kościołami zachodnimi - tamte nieustannie traciły na znaczeniu, w Polsce natomiast siła Kościoła rosła w szybkim tempie. Dlatego polscy hierarchowie zaczęli dochodzić do wniosku, że obecna władza wcale nie jest taka zła. Wyznacznikiem ich działania stał się klerykalizm - rozumiany jako utożsamienie dobra Kościoła z dobrem społeczeństwa. W rezultacie Kościół pod koniec lat 80. starał się wyhamowywać demokratyczne przemiany, obawiając się okcydentalizacji społeczeństwa i związanej z tym laicyzacji...
Gorbaczow doskonale zrozumiał, że system komunistyczny jest zagrożony. Aby go uratować, potrzebował spokoju w krajach tzw. bloku socjalistycznego. Polska była tu państwem kluczowym ze względu na swoją wielkość. Skutkiem powstania w Polsce mogło być natychmiastowe zawalenie się sowieckiego imperium. Jednocześnie kryzys w ZSRR był tak poważny, że Gorbaczow nie dysponował odpowiednimi środkami, by zdecydować się na inwazję. Wobec tego postawiono na inne rozwiązanie. Głównym celem komunistów stało się podzielenie społeczeństwa i przeciągnięcie na stronę władzy części opozycji... Obserwowaliśmy wtedy kooptację opozycji antystalinowskiej. Powstało coś na kształt dwupartii - władza i ugodowa opozycja wzajemnie gwarantowały swoje przetrwanie. Przesłaniem sojuszu antystalinistów z władzą stało się szerzenie strachu przed zbyt daleko idącymi zmianami. To już nie komunizm był największym zagrożeniem, lecz zbyt radykalne żądania wysuwane przez część opozycji. Opozycja antykomunistyczna została całkowicie usunięta na margines. To z nią zaczęto walczyć. Wcześniej Polacy obawiali się terroru, od tej chwili kazano im się bać chaosu, jaki przynieść miała niepodległość. W rezultacie społeczeństwo przestało się mobilizować. Pamiętam sytuacje zaskakujące i bardzo smutne. Niektórzy ludzie polskiej opozycji wszelkie nadzieje zaczęli wiązać z Gorbaczowem. Ich sposób myślenia był co najmniej dziwny... Każdy, kto choć trochę zna polską historię, musi rozumieć, że wolność jest prezentem, którego nigdy nie należy się spodziewać po Rosji.
Polska mogła wtedy stanąć na czele zmian w Europie. Jednak po prostu tego nie chciała. Jest jasne, że w momencie Okrągłego Stołu można było osiągnąć znacznie więcej. Oczywiście było pewne ryzyko - i zaryzykować powinni byli Polacy, a nie ja, mieszkający w Paryżu. Stało się tak, że Polacy nie chcieli tego ryzyka podjąć. W jakiś sposób to rozumiem...
W żadnym razie. Chcę jedynie powiedzieć, że nie zamierzam wystawiać Polakom ocen, bo nie byłem na ich miejscu. I to nie ja poniósłbym konsekwencje ewentualnego błędu. Jednocześnie nadal jestem przekonany, że można było osiągnąć znacznie więcej. Po Okrągłym Stole Polacy sami przed sobą próbowali ukryć, jak bardzo zawiedli. Uciekając się do jałowej symboliki pozbawionej jakiegokolwiek głębszego znaczenia, przywracając koronę orłu, głosząc prawdę o Katyniu, którą od dawna znali już wszyscy, mówiąc o potrzebie ogólnonarodowego przebaczenia, za czym kryło się przekreślenie wszelkiego poszukiwania sprawiedliwości. Ogromnie żałuję, że gdy Polska została uwolniona, zapanowała fałszywa zgoda narodowa. Wydawało mi się to zupełnie bez sensu. Przez całe dziesięciolecia Polska cierpiała z winy komunistów. I nagle starano się za wszelką cenę o tym zapomnieć. Tu akurat mogliście wziąć przykład z Francuzów. De Gaulle w roku 1945 przeprowadził czystkę, w czasie której ukarał głównych winnych. Potem nastąpiła amnestia. Po kilku latach. Coś podobnego należało zrobić w Polsce - ukarać pewną liczbę ludzi, którzy odegrali największą rolę w zniewoleniu kraju. To nie powinna być jakaś szeroka grupa. Wystarczyłoby się ograniczyć do kilkuset osób. I pozbawić ich praw cywilnych. A potem, kiedy ta grupa polityczna zostałaby odsunięta od wpływu na politykę, trzeba było ogłosić amnestię. We Francji po takiej operacji kolaboranci już nigdy nie wrócili do władzy.
Kwestię wyroków śmierci pozostawiam polskiemu wymiarowi sprawiedliwości. Zresztą to wcale nie jest sprawa najważniejsza. Najważniejsze jest to, że nikt nie był na serio niepokojony za kolaborację z reżimem komunistycznym. W rezultacie - jak zawsze w takiej sytuacji - pojawiła się grupa doskonałych oportunistów, pozbawionych zasad, gotowych służyć wszelkiej władzy. Niemających najmniejszego szacunku dla prawa - bo tyle razy je łamali, a mimo to nigdy nie poczuli się zagrożeni. Fakt, że zaakceptowaliście sytuację, w której dawni komuniści i ich współpracownicy biorą pełny udział w życiu politycznym waszego kraju, wcale wam nie pomógł. Nie polepszył sytuacji Polski. Bo niby w jaki sposób?
Prawdopodobnie jest już za późno. Trzeba było zrobić coś szybkiego, ale wyraźnego. A potem zamknąć sprawę. Polska by na tym skorzystała.
p
, ur. 1932, filozof, historyk idei, politolog. Członek Akademii Francuskiej i profesor paryskiej École de Hautes Études en Sciences Sociales. Jeden z najważniejszych znawców historii Rosji i ZSRR - w latach 80. wiele jego prac sowietologicznych (m.in. "Krótki kurs sowietologii", "Anatomia widma") wydano w Polsce poza zasięgiem cenzury. Zajmuje się także historią religii - opublikował na ten temat m.in. "L'image interdite" (1994) oraz "Trois tentations dans l'Église" (1996). Niedawno nakładem Frondy ukazał się dwutomowy zbiór jego esejów "Świadek wieku" (2006). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 39 z 30 września br. opublikowaliśmy jego głos w ankiecie "Wojna starej i nowej Europy".