Dziennik Gazeta Prawana logo

Początek końca komunizmu?

5 listopada 2007, 12:16
Ten tekst przeczytasz w 32 minuty

Uczestnicy dzisiejszej ankiety "Europy" - Norman Podhoretz, Francis Fukuyama, Peter Sloterdijk, Michael Walzer, Richard Pipes, André Glucksmann i Ágnes Heller - starają się odpowiedzieć na pytanie, w jaki sposób wprowadzenie stanu wojennego wpłynęło na proces rozpadu systemu komunistycznego i politykę międzynarodową, w tym na stosunek Zachodu do państw bloku sowieckiego. Fukuyama i Podhoretz jednoznacznie dają do zrozumienia, że stan wojenny nie odegrał szczególnej roli, gdy chodzi o upadek komunizmu - wprowadzenie stanu wojennego było zdaniem Fukuyamy "wydarzeniem dramatycznym z punktu widzenia Polaków i poruszającym dla zachodniej opinii publicznej, ale nie miało zasadniczego wpływu na przebieg zimnej wojny i załamanie się systemu komunistycznego". Podhoretz z kolei twierdzi, że komunizm do upadku przywiódł przede wszystkim Gorbaczow: "który łudził się, że można uratować system, dopuszczając pewien stopień demokracji poprzez głasnost i pieriestrojkę".

p

publicysta

Po ogłoszeniu stanu wojennego tak jak inni neokonserwatyści byłem bardzo rozczarowany reakcją Ronalda Reagana. Myśleliśmy, że prezydent nie wykorzystuje szansy osłabienia sowieckiej dominacji w Europie Środkowej. Reagan zaczął prowadzić politykę, którą krytykował w latach 70. Polityka ta, znana pod nazwą détente, opierała się na założeniu, że w interesie Stanów Zjednoczonych leży stabilizacja, a nie destabilizacja sowieckiego imperium. Po tym jak Jaruzelski wyprowadził wojsko na ulice, Reagan powiedział, że Amerykanie powinni zapalić świeczki w oknach, ale nie zdecydował się wywrzeć presji na bankierów, by zażądali spłaty polskiego długu. Po upływie 25 lat trudno mi sobie przypomnieć szczegóły, ale ogólne wrażenie z tamtych czasów jest takie, że większość z postulowanych przez moje środowisko polityczne działań nie zyskała uznania prezydenta. George Will, który - tak jak ja - popierał administrację Reagana, napisał wtedy, że jej miłość do handlu jest silniejsza niż jej nienawiść do komunizmu.

Patrząc z dzisiejszej perspektywy, można bronić polityki prowadzonej przez Reagana. Wtedy jednak byliśmy przekonani, że jest ona zbyt miękka, za mało asertywna. Sytuacja wydawała nam się obarczona niskim ryzykiem, wierzyliśmy, że Moskwa zdecydowała się zostawić Jaruzelskiego sam na sam z "Solidarnością" i dlatego zgłaszaliśmy raz po raz żądania zwrotu długu i wprowadzenia sankcji gospodarczych, które zresztą zostały wprowadzone. Można się oczywiście spierać, do jakiego stopnia taka presja ekonomiczna byłaby skuteczna. Liczyliśmy jednak na to, że protest w Polsce przybierze na sile i doprowadzi do upadku komunizmu. Zakładaliśmy przy tym, że skoro Sowieci nie zdecydowali się na powtórzenie scenariusza węgiersko-czechosłowackiego w grudniu 1981 roku, to nie zdobędą się na bezpośrednią interwencję również później, gdy pozycja polskich komunistów będzie jeszcze słabsza.

Nie liczyliśmy jednak na to, że "Solidarność" doprowadzi do upadku imperium. Wszystko, czego się spodziewaliśmy, to pewna liberalizacja i demokratyzacja Polski. Na samym początku swojego istnienia "Solidarność" nie kwestionowała przecież całego systemu. Zresztą wtedy, wiedząc, że jest to ruch robotniczy z dość egalitarnymi hasłami, byliśmy wobec niej dość nieufni. W roku 1982 mieliśmy już jednak pewność, że ruch ten trzeba popierać, ale zarazem dość trudno nam było przekonać do tego amerykańskich decydentów. Od czasów Nixona i Kissingera w polityce zagranicznej USA obowiązywała tak zwana doktryna Sonnenfelda, której głównym punktem było ułożenie poprawnych i stabilnych stosunków z ZSRR, co zakładało oczywiście wzajemne wyrzeczenie się ingerencji w strefy wpływów drugiej strony. Spierałem się wtedy z Kissingerem, dowodząc, że Związek Sowiecki nie jest wieczny i że któregoś dnia upadnie, tak samo jak upadły wszystkie inne imperia w historii świata. W naszym interesie było, mówiłem, ten upadek przyspieszyć. Szczerze mówiąc, nie wierzyłem jednak, że dożyję rozpadu ZSRR, zwłaszcza że byłem przekonany, iż Ameryka robi zdecydowanie za mało, by zaszkodzić Sowietom. Jeszcze w czasie kampanii przed wyborami prezydenckimi w 1980 roku Reagan atakował politykę administracji i doktrynę Sonnenfelda. Po objęciu urzędu zaczął jednak - faktycznie, bo retoryki nie zmienił - stosować tę politykę. Dzisiaj widać, że nawet jeśli mieliśmy rację, krytykując wtedy Reagana, polityka, jaką prowadził wobec Sowietów, zakończyła się sukcesem.

Nie wiem, czy wprowadzenie w Polsce stanu wojennego przedłużyło, czy też skróciło żywot komunizmu. To, co zdecydowało o jego klęsce, było poza kontrolą Polaków, zarówno tych z "Solidarności", jak i ludzi Jaruzelskiego. Głównym czynnikiem, który przesądził o jego upadku, była głupota Michaiła Gorbaczowa, który łudził się, że można uratować system, dopuszczając pewien stopień demokracji poprzez głasnost i pieriestrojkę. Sowietom zaszkodziła także rozbudowa amerykańskiej armii i program SDI ("Gwiezdne Wojny"), który groził bankructwem ZSRR, gdyby Rosjanie próbowali się ścigać. Nie bez znaczenia były również pojedyncze wydarzenia, dziś już prawie zapomniane. Na przykład szczyt w Reykjaviku, gdzie głupota Gorbaczowa ujawniła się po raz drugi i okazała się większa od lekkomyślności Reagana. Reagan zgłosił wtedy propozycję tak zwanej opcji zerowej, chciał zlikwidować cały arsenał broni jądrowej. Jeśli Gorbaczow by się na to zgodził, Sowieci momentalnie osiągnęliby przewagę militarną nad USA, bo ich siły konwencjonalne były w tamtym czasie o wiele większe od naszych. Gorbaczow jednak ofertę Reagana odrzucił.

p

politolog

Wprowadzenie stanu wojennego było wydarzeniem dramatycznym z punktu widzenia Polaków i poruszającym dla zachodniej opinii publicznej, ale nie miało zasadniczego wpływu na przebieg zimnej wojny i załamanie się systemu komunistycznego. Zryw "Solidarności" z początku lat 80. był przedwczesny, bo tak długo jak żył Breżniew, i jak długo działał skonsolidowany przez niego system sowieckiej biurokracji, na żadne demokratyczne przemiany w bloku wschodnim nie było szans. Te pojawiły się dopiero wraz z objęciem władzy przez Gorbaczowa i jego ekipę zdecydowaną zmodernizować i usprawnić ZSRR, czemu miała służyć większa otwartość na krytykę i dyskusję, czyli tak zwana głasnost. Jeśli akcja Jaruzelskiego miała jakikolwiek wpływ na sytuację międzynarodową, to był to wpływ pośredni i w ostatecznym rozrachunku dla komunizmu niekorzystny - w reakcji na wydarzenia w Polsce Zachód (przede wszystkim Stany Zjednoczone) zaostrzył swoją politykę wobec Moskwy, a to zwiększenie presji przyspieszyło upadek systemu o parę lat. Nie przeceniałbym jednak znaczenia sankcji - o wiele większą rolę w osłabieniu ZSRR odegrały czynniki losowe, przede wszystkim awaria reaktora atomowego w Czarnobylu.

Popularne w latach 80. porównania Jaruzelskiego do Pinocheta nie wydają mi się zbyt trafione. Nie tylko dlatego, że jeden przedstawiał swoje działania jako obronę socjalizmu, a drugi jako obronę przed socjalizmem, lecz również ze względu na to, co i w jaki sposób obaj robili. Dyktatura Pinocheta była bez porównania bardziej brutalna niż Jaruzelskiego, lecz z drugiej strony w Chile przeprowadzono radykalne reformy gospodarcze, dzięki którym do tej pory jest to najzamożniejszy kraj kontynentu. W Polsce na równie potrzebne reformy ostatnia komunistyczna ekipa nie potrafiła się zdobyć. Twierdzenie, że kapitaliści mieli swojego Pinocheta, a komuniści Jaruzelskiego, jest zatem chwytliwym, lecz niezbyt zasadnym zabiegiem retorycznym. Polska w latach 80. nie różniła się zbytnio od innych krajów obozu, podczas gdy Chile pod rządami Pinocheta było zasadniczo odmienne od kapitalistycznych liberalnych demokracji. Również stosunek Moskwy do Warszawy był inny niż Waszyngtonu do Santiago. Na Kremlu poparcie dla Jaruzelskiego nie było przedmiotem dyskusji, a jeśli już, to zarzucano mu zbytnią łagodność, a nie nadmierną brutalność. Nixon i Kissinger pomagali zaś Pinochetowi z mieszanymi uczuciami, wśród których były również wyrzuty sumienia i poczucie winy. Od samego początku wielu ludzi w Stanach Zjednoczonych mówiło, że poparcie dla chilijskiej junty było błędem.

Wprowadzenie stanu wojennego - na Zachodzie często nazywane "przewrotem Jaruzelskiego" - było jednym z ostatnich przypadków interwencji armii w życie publiczne kraju znajdującego się na relatywnie wysokim poziomie rozwoju. W ostatnich dwóch dekadach wojskowi zdecydowanie rzadziej ulegali pokusie mieszania się w politykę. Jest to szczególnie dobrze widoczne w Ameryce Łacińskiej, która ma przecież długą tradycję puczów i militarnych dyktatur. Jednym z powodów tej niechęci jest bez wątpienia to, że wojskowe rządy rzadko kiedy odnosiły sukcesy w gospodarce i na arenie międzynarodowej. Brazylijscy i peruwiańscy generałowie doprowadzili w latach 70. swoje kraje na skraj katastrofy gospodarczej, greccy pułkownicy sprowokowali turecką inwazję na Cypr i o mało nie doprowadzili do wojny, a argentyńska junta, która doszła do władzy pod hasłami wzmocnienia bezpieczeństwa i zwalczania terroryzmu, sama rozpętała terror i bezsensowną wojnę o Falklandy. Mamy oczywiście niedawny przypadek puczu w Tajlandii, który był zupełnym zaskoczeniem dla większości komentatorów, ale epoka wojskowych zamachów stanu raczej już nie wróci.

p

filozof

Ostateczne konsekwencje wprowadzenia w Polsce stanu wojennego przywodzą na myśl heglowską koncepcję wyzwalającego się rozumu. Z pewnego punktu widzenia zastosowanie przez władze środków represyjnych i wojskowych 13 grudnia 1981 roku było krokiem na polskiej drodze do wolności. Jak być może ująłby to Hegel, ironia polskiej historii polegała na tym, że owa droga do wolności rozpoczęła się wraz ze zniewoleniem, jakim było wprowadzenie stanu wojennego.

Wyzwalanie się rozumu i wyzwalanie się jakiegokolwiek społeczeństwa, nie może być jednak postrzegane jako nieuniknione. W polskiej rzeczywistości było ono możliwe dzięki istnieniu konkretnych ludzi i ich oponentów, dzięki istnieniu konkretnych sprzymierzeńców na Zachodzie, a także dzięki pomocy Opatrzności, która sprawiła, że na papieża wybrano Polaka. Dzięki tym wszystkim okolicznościom mogliśmy obserwować pozytywne zmiany w Polsce.

Zgodnie z powyższym, nie starałbym się analizować decyzji wprowadzenia stanu wojennego w Polsce jako trafnej lub nietrafnej. Nie sądzę również, by stwierdzenie, że dopiero stan wojenny ukazał prawdziwą naturę komunizmu, było słuszne. Wprowadzenie stanu wojennego stanowiło samą esencję systemu komunistycznego, którego naturą jest dążenie do utrzymania supremacji polityki nad jakąkolwiek inną sferą życia. Warto zauważyć, że owa supremacja polityki jest w dzisiejszym świecie zjawiskiem dziwacznym. Żadna jednostka ani żaden pojedynczy podsystem społeczny nie jest w stanie podtrzymać takiego dążenia, jako że w każdym społeczeństwie istnieje rywalizacja co najmniej pomiędzy sferą polityczną a ekonomiczną.

Decyzja Jaruzelskiego ujawniła, że tak zwane społeczeństwo realnego socjalizmu było w istocie oparte jedynie na politycznym woluntaryzmie. Polityczny woluntaryzm, tak wyśmiewany w terminologii marksistowskiej - jako typowy dla zepsutego, zachodniego sposobu myślenia - był w gruncie rzeczy esencją społeczeństwa socjalistycznego. Z tego punktu widzenia można powiedzieć, że wprowadzenie stanu wojennego było produktywnym błędem: ujawniło bowiem naturę woluntarystycznej, despotycznej dominacji politycznej, która w żadnym razie nie była emanacją prawdziwych potrzeb społeczeństwa. Początki tego typu władzy sięgają roku 1921, końca wojny domowej w Związku Sowieckim. Od tamtej chwili cały aparat władzy we wszystkich państwach sowieckich oparty był na zasadzie dyktatury politycznej.

Celem owej dyktatury był z początku rozwój ekonomiczny, oczywiście zgodny ze ściśle określonymi, narzuconymi z góry kryteriami. Stan wojenny przyniósł jednak totalne załamanie gospodarki. Dyktatorski sposób sprawowania władzy mógł przynieść ekonomiczne ożywienie jeszcze na przełomie lat 40. i 50. W następnych dekadach międzynarodowa konkurencja uniemożliwiła sukces gospodarki nakazowo-rozdzielczej. To właśnie kryzys gospodarczy, którego ekipa Jaruzelskiego nie była w stanie opanować, wymusił kolejne kroki Polski w stronę liberalizacji.

Historia pełna jest nie do końca udanych żartów. Jednak ironię polskiej historii odczuwam szczególnie silnie w kontekście własnych wspomnień z lat 80. Jako głęboko zaangażowany obserwator życia politycznego byłem - po otrzymaniu informacji, że w Polsce wprowadzono stan wojenny - nastawiony dość pesymistycznie co do przyszłych losów Europy Wschodniej. Moje wyobrażenia o tej części świata były w ogromnym stopniu kształtowane przez rzeczywistość nazwaną przez Churchilla żelazną kurtyną. Polska była za tą kurtyną ukryta, była ziemią nieznaną. Dziś z radością mogę stwierdzić, że ta część świata jest obecna w mojej prywatnej wizji Europy i staje się miejscem coraz bardziej barwnym i inspirującym.

p

filozof

Dla tych spośród nas, którzy sympatyzowali ze wschodnioeuropejskimi dysydentami, ogłoszenie stanu wojennego w Polsce oznaczało porażkę, o której jednak od samego początku wiedzieliśmy, że jest chwilowa. Węgierskie powstanie w roku 1956 i praska wiosna uświadomiły bardziej otwartym z zachodnich lewicowców, na czym polega stalinizm. Użycie armii do zdławienia "Solidarności" bez wątpienia uczyniło bardziej czytelnym charakter systemu, ale wiedzę o tym, czym ten system naprawdę jest, posiadaliśmy już wcześniej. Były oczywiście wyjątki, jak Susan Sontag, która dopiero po wprowadzeniu stanu wojennego i powtórnej lekturze "Zniewolonego umysłu" uznała komunizm za "faszyzm z ludzką twarzą". Jej zaślepienie wynikało zapewne z tego, że ideologiczną podstawą komunizmu była lewicowa demokracja, a nie rasizm. Rzeczywiście, pewien rodzaj formalnego uznania zasad samorządności i równości przetrwał. W praktyce jednak komunizm był skrajnie brutalny i niewykluczone, że komuniści mieli na sumieniu więcej ofiar śmiertelnych niż faszyści.

Istniała zasadnicza różnica między Węgrami w roku 1956, Czechosłowacją w 1968 i Polską w 1981. W dwóch pierwszych wypadkach powstrzymanie liberalizacji i demokratyzacji wymagało interwencji Armii Czerwonej. W Polsce mieliśmy - jak się wydawało - do czynienia z wewnętrznym puczem. Bez wątpienia doszło do niego przy sowieckim wsparciu, ale udział Armii Czerwonej nie okazał się konieczny. To powód, dla którego stan wojenny miał mniejszy wpływ na opinię Zachodu niż wcześniejsze wydarzenia. Ogłoszenie stanu wojennego w Polsce nastąpiło w momencie apogeum dyktatury Pinocheta w Chile. Pokazało to, że po obu stronach żelaznej kurtyny powstrzymanie zwycięstwa sił demokratycznych było możliwe tylko przy użyciu wojska i policji. To, czy wojsko działało w imię prawicowej czy lewicowej ideologii, miało drugorzędne znaczenie. Podobieństw między polską a latynoamerykańską opozycją demokratyczną było zresztą więcej. Zarówno chilijscy socjaliści, jak i działacze "Solidarności" opierali się na klasie robotniczej - mimo że "Solidarność" nie określała się jako socjalistyczna.

Pierwsza "S" z lat 1980-81 została uznana przez wielu ludzi na Zachodzie za przykład idealnego stowarzyszenia wolnych obywateli wierzących w równościowe ideały. Wiąże się z tym przekonanie, że gdyby nie akcja Jaruzelskiego, ten obywatelski ruch by przetrwał. To złudzenie. Jeśli spojrzymy na historię ruchów wyzwolenia narodowego, które są oczywiście czymś innym niż "Solidarność", ale które można z nią porównywać, zauważymy, że ich jedność utrzymuje się tak długo, jak długo trwa kolonialna władza imperium. W momencie, gdy ciemiężyciele znikają, okazuje się, że ludzie, którzy zgadzali się co do potrzeby usunięcia ich, nie zgadzają się już w kwestii tego, co powinno ich zastąpić. Koniec komunizmu nastąpił zaledwie 7 lat po ogłoszeniu stanu wojennego. To bardzo niewiele w skali historii świata. Niewykluczone zatem, że swoim działaniem Jaruzelski tylko przyspieszył rozpad. Można oczywiście wyobrażać sobie wiele scenariuszy kompromisu między partią a opozycją, wątpię jednak, by ich skutkiem było coś w rodzaju scenariusza chińskiego - liberalizacja gospodarcza bez liberalizacji politycznej. W Europie Środkowej coś takiego nie mogło się udać. Pewne formy dzielenia się władzą mogły jednak przedłużyć życie reżimu lub spowolnić transformację, uczynić ją bardziej stopniową, niż była w rzeczywistości. Nie wiem, do jakiego stopnia "Solidarność" przyczyniła się do zmiany kursu w ZSRR i do ogłoszenia pieriestrojki, ale jestem przekonany, że uświadomiła ona sowieckim przywódcom, że wspieranie satelickich reżimów będzie coraz trudniejsze. Jedną z pierwszych reakcji amerykańskiego rządu na stan wojenny było wprowadzenie sankcji handlowych, które okazały się bardziej dotkliwe dla zwykłych ludzi niż dla rządu. Rodzi to oczywiście poważny problem moralny, nieograniczający się do Polski w latach 80. Również te sankcje, które USA wprowadziły wobec Iraku w latach 90., miały bardzo poważny wpływ na zwykłych ludzi i niemal niezauważalny wpływ na rząd. O ile nie zaprojektuje się ich bardzo precyzyjnie, wszelkie sankcje będą działać w taki sposób. Jestem zwolennikiem sankcji handlowych, ale uważam, że powinny dotyczyć takich rzeczy jak uzbrojenie, a nie żywność czy lekarstwa. Mylne wydaje mi się przekonanie, że stosując sankcje można zwiększyć presję na rząd i sprawić, że zostanie obalony przez własnych poddanych. Przykład Saddama Husajna, który utrzymał się przy władzy mimo ponad 10-letniego embarga na handel z Irakiem, uczy nas, że z im bardziej brutalnym i opresywnym reżimem mamy do czynienia, tym mniejsza jest skuteczność instrumentów ekonomicznego nacisku. Nie należy krzywdzić ludzi po to, by skłonić ich do powstania, zwłaszcza jeśli nie jest się gotowym takiego powstania wesprzeć zbrojnie. A w roku 1981 na pewno nie byliśmy przygotowani na wysłanie wojska do Polski.

p

historyk

W lutym 1981 roku wziąłem urlop na Uniwersytecie Harvarda, aby zostać dyrektorem ds. Europy Wschodniej i Związku Radzieckiego w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego. Od pierwszego dnia pracy musiałem się zmierzyć z kwestią polską. Układ Warszawski planował w tym czasie wielkie manewry wojskowe "Sojuz 81", które, jak się powszechnie obawiano, mogły posłużyć za pretekst do okupacji Polski. Młody pułkownik z Departamentu Obrony przychodził do mnie wtedy ze zdjęciami rozpoznania lotniczego pokazującymi ruchy wojsk Układu Warszawskiego. Do inwazji nie doszło i nasze obawy związane z Polską znacznie zmalały, ale wasz kraj ani na chwilę nie zniknął z naszego pola widzenia. W okresowych raportach na temat sytuacji w Polsce stawiałem na jedną z dwóch możliwości: interwencja albo stan wojenny. Członkowie Solidarności, którzy od czasu do czasu przyjeżdżali do Waszyngtonu, uważali, że najbardziej realna jest trzecia możliwość: sytuacja pozostanie bez zmian. Byli przekonani, że ponieważ "Solidarność" ma za sobą naród, komuniści nie odważą się na rozwiązania siłowe. Wieczorem 12 grudnia 1981 roku (w Polsce była już noc 13 grudnia - przyp. red.) wezwano mnie telefonicznie do Białego Domu. Kiedy tam dotarłem, w tak zwanym situation room trwało już spotkanie. Prezydent Reagan odpoczywał w Camp David i posiedzeniu przewodniczył wiceprezydent Bush. Przyszła wiadomość, że siedzibę "Solidarności" w Warszawie otoczyły czołgi i że łączność z Polską została zerwana. Nikt nie był do końca pewien, jak należy interpretować te ruchy. Zadzwoniłem do kilku polskich znajomych, w tym do ambasadora Polski w Waszyngtonie Romualda Spasowskiego, ale nie potrafili mi nic powiedzieć.

Sytuacja wyjaśniła się dopiero następnego dnia. Działania generała Jaruzelskiego rozwścieczyły prezydenta Reagana. Wiedział ze źródeł wywiadowczych, że stan wojenny został wprowadzony pod naciskiem Moskwy i był wściekły na Sowietów, którzy wypierali się jakiegokolwiek udziału w sprawie. Na spotkaniu Rady Bezpieczeństwa Narodowego 21 grudnia prezydent oburzał się na perfidię Moskwy i domagał się poddania Związku Radzieckiego "kwarantannie". Propozycja ta spotkała się z umiarkowanie entuzjastycznym przyjęciem większości członków gabinetu i zdecydowanym sprzeciwem europejskich sojuszników - Niemcy utrzymywali, że wydarzenia w Polsce są "wewnętrzną sprawą" tego kraju. Mimo to zastosowano szereg retorsji przeciwko ZSRR i Polsce.

16 lat później, w listopadzie 1997 roku, brałem udział w fascynującej konferencji w Jachrance pod Warszawą, poświęconej wydarzeniom grudnia 1981 roku. Obecni byli ich główni aktorzy, w tym generał Jaruzelski i niektórzy jego ministrowie, niegdysiejszy głównodowodzący wojsk Układu Warszawskiego marszałek Wiktor Kulikow i jego asystent generał Anatolij Gribkow oraz wielu członków "Solidarności". Stany Zjednoczone reprezentowali profesor Zbigniew Brzeziński, generał William Odom i ja. Podczas dyskusji generał Jaruzelski uzasadniał wprowadzenie stanu wojennego tym, że jedyną alternatywą byłaby inwazja wojsk Układu Warszawskiego, która miałaby znacznie bardziej katastrofalne konsekwencje. Marszałek Kulikow odrzekł na to bardzo stanowczo, że Układ Warszawski nie miał planów inwazji. I jestem skłonny mu wierzyć. Z punktu widzenia Moskwy likwidacja "Solidarności" przez Warszawę była znacznie korzystniejsza od interwencji, która ściągnęłaby na ZSRR lawinę krytyki.

Moskwa tak gwałtownie zareagowała na powstanie "Solidarności", ponieważ ruch ten zachwiał głównym filarem prawomocności ustroju komunistycznego, a mianowicie tezą, że komunizm ucieleśnia wolę i interesy klasy pracującej. Triumf "Solidarności" naruszyłby fundamenty reżimów komunistycznych w innych krajach, łącznie z samą Rosją. Europa biernie pogodziła się z dokonanym na Polsce gwałtem, ponieważ akceptowała Jałtę jako niezmienną rzeczywistość powojennego świata. Prezydent Reagan, mający w tej kwestii poparcie narodu amerykańskiego, nie akceptował porządku jałtańskiego. Jego reakcja na wydarzenia 13 grudnia spowodowała pierwsze pęknięcie tego porządku, które po 10 latach doprowadziło do jego zawalenia się.

p

filozof

Kiedy w 1981 roku wprowadzono w Polsce stan wojenny, większa część francuskiej lewicy dała do zrozumienia, że akceptuje dyktaturę Jaruzelskiego. Socjalistyczny premier Pierre Mauroy oznajmił w Zgromadzeniu Narodowym: "Do nieszczęścia Polaków, których pozbawiono wolności, nie należy dokładać nieszczęścia Francuzów, pozbawiając ich steków i frytek (z braku rosyjskiego gazu - AG)". Na pytanie prasy: "Co teraz zrobicie?", socjalistyczny minister spraw zagranicznych rzucił: "Oczywiście nic". Partia komunistyczna i partia socjalistyczna kultywowały iluzje dotyczące socjalizmu z ludzką twarzą i pozytywnego bilansu komunistycznych rządów. Ale ogół ludzi był zbulwersowany: widzieli w telewizji powstanie robotników przeciw reżimowi, który kłamał, twierdząc, że działa w ich imieniu. Lewicowa mniejszość domagała się jednak jasnej, ostrej reakcji na ten zamach stanu. Przeciw tchórzostwu francuskiego rządu protestowało CFDT - związek zawodowy o chrześcijańskich korzeniach, paru polityków, Michel Rocard, garstka artystów i pisarzy (m.in. Yves Montand, Simone Signoret, Michel Foucault oraz ja sam). Manifestowaliśmy zaraz po wprowadzeniu stanu wojennego w Polsce. Później pojechałem do Polski ciężarówką Médecins du Monde, wioząc (poza jedzeniem i lekarstwami) pomoc logistyczną (powielacze, maszyny do pisania, zakazane wydawnictwa, itd.) dla "Solidarności".

Już dużo wcześniej odkryłem, jakie jest prawdziwe oblicze komunizmu: to dyktatura i totalitaryzm. Od samego początku wspierałem Sołżenicyna - jeszcze przed jego aresztowaniem i wydaleniem ze Związku Radzieckiego. Sowieckie obozy koncentracyjne (Gułag) niewiele się różniły od nazistowskich. W 1974 roku napisałem na ten temat książkę "La cuisinie`re et le mangeur d'hommes. Réflexions sur l'Etat, le marxisme et les camps de concentration" (Kucharka i ludożerca. Uwagi na temat państwa, marksizmu i obozów koncentracyjnych). Jej publikacja wywołała skandal, burzliwe protesty prawomyślnej lewicy oraz protesty na uniwersytetach zdominowanych wówczas przez myśl marksistowską. Książka ta ukazała się w rosyjskim samizdacie. Wtedy odkryło ją wielu dysydentów.

To, co się działo w Polsce, nie stanowiło więc dla mnie żadnego objawienia, było jedynie potwierdzeniem wcześniejszej wiedzy. Walka "Solidarności" była częścią fali, która wstrząsnęła zajmowaną przez sowieckie wojska Europą. Ta fala ruszyła w Berlinie na Stalinallee w 1953 roku, urosła w siłę w Poznaniu i Budapeszcie w 1956 roku, powiększyła się w Pradze w 1968 roku, a potem po raz kolejny znalazła potwierdzenie w Polsce za sprawą KOR-u, strajku w Stoczni Gdańskiej i "Solidarności". Ta fala istnieje nadal, zwalczając pozostałości imperium rosyjskiego - w Gruzji i na Ukrainie.

Adam Michnik długo po wydaniu mojej książki "La cuisinie`re et le mangeur d'hommes" i po francuskiej kampanii poparcia dla rosyjskich dysydentów - Sołżenicyna, Bukowskiego i Sacharowa - zwierzył mi się, że ta książka nieco go zainspirowała, kiedy tworzył KOR. Intelektualiści-wolnomyśliciele, liberałowie, którzy od stu lat sprzeciwiali się w Polsce Kościołowi, postanowili sprzymierzyć się z nim w walce przeciw wspólnemu wrogowi. W imię idei mówiącej, że najważniejsza jest walka z komunizmem, nie zaś konflikt między chrześcijanami i agnostykami. Ta idea pojawiła się w całej Europie; w Hiszpanii i Portugalii doszło do identycznego porozumienia - najpierw dla obalenia faszystowskiego reżimu, potem dla przeszkodzenia komunistom, kiedy mieli ochotę zawłaszczyć kraj. Robotnicze komisje związkowe w Hiszpanii posłużyły za przykład "Solidarności", a Polska i "Solidarność" posłużyły za przykład innym demoludom. To powszechne intelektualne przebudzenie, które nastąpiło w Europie, pozwoliło na zjednoczenie ludzi myślących zupełnie inaczej. Oto w jaki sposób stan wojenny i opór, z jakim się spotkał, zmieniły obraz świata i rozbiły francuską lewicę.

p

filozof

Wszystko, co działo się w Europie Wschodniej, było ze sobą powiązane. Powstanie i rozwój "Solidarności", a potem wprowadzenie stanu wojennego przypominało mi o tym, co stało się na Węgrzech w roku 1956 i w Czechosłowacji w 1968. Mimo że w Polsce nie doszło do sowieckiej interwencji, natura wydarzeń była bardzo podobna. W grudniu 1981 roku uczyłam na niemieckim uniwersytecie w Konstancji i mogłam obserwować zaciekłe spory, jakie toczyli moi gospodarze. Duża część spośród nich - głównie ci o prawicowych, konserwatywnych, poglądach - przyjęła wprowadzenie stanu wojennego ze zrozumieniem i rodzajem ulgi, stwierdzając, że konieczne było zapewnienie przestrzegania prawa i zaprowadzenie porządku. Często pojawiało się stwierdzenie, że Jaruzelski stanowi mniejsze zło, bo w przeciwnym wypadku musiałoby dojść do sowieckiej interwencji.

Wcześniej, w roku 1980 i na początku 1981, żywiłam nadzieję, że Sowieci pozwolą tym razem na to, na co nie pozwolili na Węgrzech i w Czechosłowacji, że tym razem zgodzą się na głęboką demokratyzację kraju leżącego w ich strefie wpływów. Przemawiał za tym apolityczny charakter "Solidarności", brak przemocy i to, że jej postulaty nie były wymierzone w Moskwę. Serce kazało mi mieć nadzieję, że tym razem Polakom się uda, lecz rozum ostrzegał, że Sowieci nigdy nie pozwolą na to, by jeden z krajów satelickich się uniezależnił, bo musiałoby to wywołać efekt domina i pociągnąć za sobą upadek imperium. Tym bardziej że w tym dominie nie wszystkie elementy były równie ważne - Polska była największym i być może najważniejszym. Również to, czego domagała się "Solidarność" - wolność prasy i zgromadzeń - było szczególnie niebezpieczne dla systemu. Różnica między Polską w roku 1981 a Węgrami w 1956 i Czechosłowacją w 1968 jest jasna, ale również dość powierzchowna - stan wojenny wprowadzono co prawda bez aktywnego zaangażowania sowieckich wojsk, ale nie mogło do tego dojść bez wiedzy, zgody i zachęty ze strony Moskwy.

Podobieństwa między krajami regionu dały znać o sobie również później, gdy komunizm upadł. "Solidarność", jak wszystkie ruchy rewolucyjne, była zbudowana na utopii. Etyka i sposób zachowania, które pojawiają się w trakcie rewolucji, nie mogą przetrwać długo, nawet jeśli rewolucja odniesie sukces. Również na Węgrzech, gdyby udało im się w 1956 roku wyzwolić spod sowieckiej dominacji, rewolucyjne idee, takie jak samorządność w zakładach pracy czy tak chwalony przez Hannah Arendt system rad, znikłyby wcześniej czy później. Wszystkie rewolucje są zdradzane, czasem stanowią wręcz kompletne zaprzeczenie wytyczonych wcześniej celów. W Europie Środkowej cele rewolucji zostały jednak osiągnięte. Mamy wolną prasę, można podróżować, swobodnie wyrażać swoje opinie, istnieje system wielopartyjny. Tego przecież chcieliśmy. Niestety pod względem jakości polityki, tego, w jaki sposób się ją uprawia, cały dawny blok sowiecki przedstawia straszny obraz. Na Węgrzech premier publicznie przyznaje się do kłamstwa i wywołuje tym wielotygodniowe manifestacje ludzi, którzy chcą jego ustąpienia. W Czechach od pół roku nie można powołać rządu. W Polsce i na Słowacji rządzą populiści. O Rosji, Białorusi i Ukrainie nie będę nawet wspominać. Przyczyn tej dysfunkcjonalności życia politycznego jest bez wątpienia wiele, ale najważniejszą według mnie jest to, że demokratyczny styl uprawiania polityki i demokratyczne podejście do polityki nie miały czasu się w tych krajach rozwinąć. Żarliwa wiara w ideały demokracji, jaką przejawiali członkowie "Solidarności" czy węgierscy i czechosłowaccy opozycjoniści, sama z siebie nie sprawiła, że potrafili oni w tej demokracji działać. By się tego nauczyć, trzeba spędzić w polityce 5, 10, a nawet 40 lat, zaczynając od samych partyjnych dołów. W Europie Wschodniej ludzie, którzy w poprzednim systemie byli sprawnymi opozycjonistami, natychmiast zostali premierami, liderami partyjnymi, prezydentami - wszystko bez najmniejszego doświadczenia. Po drugie, wszystkie stabilne demokracje - brytyjska, amerykańska, francuska, szwajcarska - powstały samodzielnie. I nigdzie ten proces nie był w pełni pokojowy - zawsze wiązał się z wojną o niepodległość, rewolucją, wojną domową. Duch demokracji pojawiał się w tych krajach wcześniej niż demokratyczne instytucje. Dla odmiany w Europie Środkowej instytucje - system wielopartyjny, wybory, parlament - pojawiły się natychmiast, w przeciwieństwie do demokratycznych obyczajów. Co gorsza, wyidealizowany obraz Zachodu, jaki mieli w czasie komunizmu, utwierdził mieszkańców Europy Środkowej w przekonaniu, że dobrobyt nadejdzie wraz z demokracją, czyli natychmiast. Tak się oczywiście nie stało i stąd obecna siła ugrupowań populistycznych w regionie.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj