BARBARA KASPRZYCKA: Siedmioletnia Grażynka z Wałbrzycha zniknęła w sylwestra, u jej matki zaś, która zgłosiła jej zaginięcie na policję, stwierdzono dwa promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Ciało dziewczynki znaleziono w Nowy Rok, wszystko wskazuje na to, że została zgwałcona i zamordowana. Kto ponosi winę za takie tragedie? Rodzina? Państwo, które nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa?
ALEKSANDER NALASKOWSKI*: Obawiam się, że takich tragedii nigdy nie uda się uniknąć. Tym rządzi prawo wielkich liczb, podobnie jak przypadkami utonięć każdego lata. Mimo ostrzeżeń, mimo czujności ratowników, już dziś możemy z dużym prawdopodobieństwem przypuszczać, że tego lata utoną kolejni. Rodzin wychowujących dzieci jest bardzo dużo, siłą rzeczy dużo jest też rodzin wychowujących je "bardzo beztrosko". Jeżeli dziecko siedmio- czy ośmioletnie bawi się w południe na podwórku przed domem, to nie ma w tym niczego złego. Jeżeli ktoś się uprze, by skorzystać z chwili nieuwagi rodziców, jeżeli jakiś zboczeniec czy morderca upatrzy sobie dziecko, to nawet najwyższa rodzicielska staranność może nie zapobiec tragedii. Zawsze przecież liczymy na to, że ludzie w zasadzie są dobrzy. Pamiętajmy, że Polska nie jest wyjątkowym krajem w tej mierze, nie zdarza się tu więcej takich dramatów niż gdzie indziej.
Tylko że nikt nie chce być tą tragiczną ofiarą, która nawet statystycznie musi się zdarzyć. Jak się przed tym chronić? Co mówić dzieciom?
Tu wchodzimy w bardzo poważny wychowawczy dylemat. Oczywiście, najprościej byłoby powiedzieć: "Nie ufaj dorosłym". Tylko że dorosłym jest także nauczyciel w szkole, który może dziecko wziąć za rękę i zaprowadzić do pani pielęgniarki, albo policjant, który będzie chciał dziecku pomóc, gdy ono zabłądzi. Ucząc nieufności do dorosłych, trzeba uczyć nieufności do "złych" dorosłych. Trzeba dziecku przekazać wiedzę o świecie, który jest i dobry, i zły, i dostarczyć narzędzia do rozróżniania jednego od drugiego. Wymagamy przecież jednocześnie szacunku wobec dorosłych. Być może ten sam dorosły - jeśli to był dorosły - który skrzywdził Grażynkę, na co dzień domagał się od niej, by mu się kłaniała, bo jest np. jej sąsiadem. A dzieciom się wpaja, że starszym należy się kłaniać. Totalna nieufność nie jest więc wyjściem i prowadzi do egoizmu: dbaj tylko o siebie, nie rozmawiaj z nikim, nikomu nie pomagaj - bo przecież nawet jeśli ten pan leży na ulicy i wygląda jakby potrzebował pomocy, to może zastawił w ten sposób zasadzkę.
Jak wytłumaczyć dziecku, kto jest dobrym, a kto złym dorosłym?
Dla małego dziecka podstawą postępowania musi być posłuszeństwo wobec rodziców. W praktyce wychowania trzeba więc przekazać mu jasne kategorie, choćby takie, że dobrzy są ci, którym rodzice się kłaniają, z którymi rozmawiają, którzy przychodzą czasem po szklankę cukru itp. Dobrzy są ci, o których wiemy, że mama ich zna, że jest z nimi po imieniu. Ci pozostali powinni być traktowani z dystansem, a na każdą zaczepkę dziecko musi umieć odpowiedzieć: "Zaraz, zapytam mamę, tatę, czy mogę". Ale okoliczności, które powinny zapobiegać podobnym tragediom, może być więcej. Czy ktoś, projektując duże osiedla, pomyślał o ich wystarczającej przezroczystości dla rodziców? Kiedy ja ze swoimi dziećmi mieszkałem na takim osiedlu, dzieci wiedziały, że muszą stale być w zasięgu mojego głosu. Kiedy krzyczałem "Filip!", musiałem choćby z daleka usłyszeć ich głos. Dziecka nigdy nie wolno spuszczać z oczu.
Jak długo?
Nie wiem, tu nie ma łatwych instrukcji. Są siedmiolatki, które doskonale sobie radzą i chodzą z pieniędzmi na zakupy, a są dziewięciolatki, które w codziennych sprawach zachowują się bezradnie. Z całą pewnością jednak dziecko w wieku szkoły podstawowej nie ma prawa być poza zasięgiem kontroli rodziców. Moje studentki robiły kilka lat temu takie badanie: ile toruńskich rodzin wie w połowie września o godz. 22, gdzie znajdują się ich dzieci w wieku szkolnym. Ponad połowa rodziców nie miała o tym pojęcia. Odpowiadali "gdzieś na podwórku, jeszcze przecież ciepło; przyjdą, panie, przyjdą". I nie mówimy tu o społeczności patologicznej, ale o dużym mieście akademickim.
Jak kształtować stosunki dziecka z dorosłymi spoza rodziny?
Dzieciom trzeba jasno przedstawiać: to jest moja znajoma, sąsiadka, pani Kowalska. To jest pani, do której możesz się zwrócić o pomoc. Dziecko musi wiedzieć, jak się nazywa i gdzie mieszka - moja 2,5-letnia wnuczka już umie to powiedzieć. Trzeba dzieciom zapewnić instrukcję obsługi najbliższej okolicy: do kogo się zwrócić w razie zagrożenia, dokąd nie chodzić, bo jest niebezpiecznie, gdzie nie grać w piłkę, bo może wypaść na ulicę itd., itp. I zawsze w zasięgu wzroku i głosu opiekunów.
Intuicja podpowiada, że dziecięcych dramatów jest więcej w rodzinach alkoholików, niepełnych. Czy tak jest rzeczywiście?
Bezwzględnie tak. Problemy dzieci, porażki szkolne i wychowawcze mają w zasadzie dwie główne przyczyny: pierwszą są niskie zdolności dzieci - i na to nic się nie poradzi. Drugą są patologie w rodzinie. Kropka. To nie chodzi tylko o alkoholizm rodziców, ale w ogóle o nieinteresowanie się dziećmi. To ułatwia "zadanie" zwyrodnialcom. I tu nie ma znaczenia, czy mówimy o Warszawie, Toruniu czy malutkim miasteczku. Blokowiska wszędzie rządzą się tymi samymi prawami: nic nie jest moje, wszystkie dzieci są niczyje. Udany wieczór to postać pod klatką, wypić piwko, w domu obejrzeć mecz, kryminał, a wieczorem jakiś pornosik z satelity.
Nie da się wpoić ludziom mieszkającym w tych blokowiskach, że trzeba pilnować dzieci, że warto się troszczyć o cudze, bo kiedyś ktoś się zatroszczy o moje itp.?
Tylko tragiczne doświadczenia ich przekonają, i to na kilka tygodni. Teraz najbardziej przejęci będą rodzice siedmio-, ośmioletnich dziewczynek, zwłaszcza o imieniu Grażynka. Za dwa tygodnie rodzice dziewięcioletniej Kingi o tej nauczce zapomną. Natura ludzka podpowiada, że tragedie zawsze zdarzają się innym, nie nam. Problem polega na tym, że wielu ludzi uważa, że złego człowieka można rozpoznać po wyglądzie.
Dzieciom też się tak wydaje. W bajkach złe postaci są brzydkie, dobre - ładne.
Trzeba więc wpajać i tłumaczyć, że uroczy pan, który częstuje drożdżówką, może być zły.
Wtedy zaczyna się straszenie całym światem. Gdzie leży granica?
Ba! To zależy od mądrości rodziców, od tego, jak przygotowali dziecko, jaką "instrukcję podwórka" im dali. Czy wytłumaczyli, dlaczego nie należy chodzić samemu do piwnicy i nie grać w piłkę na ulicy. Dobrze jest chodzić z dzieckiem do sklepu, w którym ekspedientka je pozna, będzie wiedziała, gdzie mieszka, kto jest jego mamą. Kiedyś tak było, każdy wiedział, czyje dziecko bawi się z moim, gdzie mieszka, jak ma na imię.
To wzajemne zainteresowanie zamiera.
Oczywiście, od wielu już lat i zupełnie świadomie. Świadomie kreujemy świat wolnej konkurencji. Coś za coś: albo jesteśmy społeczeństwem kordialnym, z bliskimi stosunkami na osiedlu czy w sklepie, albo takim, jak teraz: inni są tylko szczeblami na naszej drodze do kariery, wszyscy się ścigają ze wszystkimi. Tych cech połączyć się nie da.
Czy dziś dzieciństwo jest łatwiejsze, bezpieczniejsze niż 10, 20 lat temu?
Pod pewnymi względami tak: zabawki są bezpieczniejsze, szczepionki są powszechne, ciężkie choroby dziś stały się zupełnie uleczalne. Ale zatraciliśmy tę bliskość społeczną, która kiedyś budowała poczucie bezpieczeństwa. Dominuje anonimowość: po co się znać? Wszyscy są dla wszystkich konkurencją. Nikt nie wie, jak ma na imię ośmioletnia dziewczynka odchodząca z podwórka z jakimś panem, i nikt nie wie, czy idzie z bratem, ojcem czy mordercą. Musimy jako społeczeństwo dorosnąć do tej wolności, na razie wciąż jesteśmy na etapie piętnastolatka, który się tą wolnością zachłysnął.
Czy można doraźnie jakoś nam pomóc?
Można leczyć rozmaite patologie blokowisk. Czy ktoś widział patrole policji kontrolujące te podwórka, tych podpitych blokersów? Pobliża szkół, wielkich osiedli powinny być bez przerwy patrolowane, i to nie zza szyby zdezelowanego poloneza. To jest oczywiście kwestia pieniędzy, ale w równym stopniu pomyślenia o tym, że tam trzeba być.
Czyli nie ma wyjścia?
Niestety, wnioski nie są optymistyczne. Sytuacja polskich dzieci to także wypadkowa ogólnego zepsucia obyczajów. Często ludzie beztrosko decydują się na dzieci, a później nagle narzekają, że do przedszkola daleko. Oni dawno się już nie kochają, nie budują rodzin, tylko "parzą się" jak gołębie. Pamiętam te wymalowane twarze młodych kobiet, które wypowiadały się na temat propozycji becikowego, mówiąc: "Z pierwszym konkubentem mi nie wyszło, drugi mnie bił, ale z trzecim jesteśmy już dwa lata razem". Tak to wygląda: dzieci z tzw. dobrych domów skrzywdzić jest dużo trudniej.
Prof. dr hab. Aleksander Nalaskowski, dyrektor Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu oraz założyciel i dyrektor Szkoły Laboratorium
"Problemy dzieci, porażki szkolne i wychowawcze mają w zasadzie dwie główne przyczyny: pierwszą są niskie zdolności dzieci - i na to nic się nie poradzi. Drugą są patologie w rodzinie" - mówi DZIENNIKOWI Aleksander Nalaskowski, analizując wydarzenia wokół tragicznej śmierci siedmioletniej Grażynki.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Reklama
Reklama
Reklama