Uczestników dzisiejszej ankiety "Europy" - Anatola Lievena, Christopha Bertrama, Gordona Changa i Lilię Szewcową - poprosiliśmy o odpowiedź na pytanie, jakie zmiany przyniesie rok 2007 w najważniejszych pod względem politycznym miejscach na świecie: w USA, Unii Europejskiej, Chinach i Rosji. Ich zdaniem nadchodzący rok nie będzie w żadnym razie rokiem wielkich przełomów. Odnosi się to zwłaszcza do sytuacji w Stanach Zjednoczonych - wedle Anatola Lievena dopóki George W. Bush jest prezydentem, sytuacja może się jedynie pogarszać. Pewnego ożywienia - zarówno gospodarczego, jak i politycznego - można się za to spodziewać w Europie. Niemiecki rząd jest zdeterminowany wznowić w trakcie swojej prezydencji debatę nad głęboką rewizją traktatów ustanawiających UE. Również przejście na polityczną emeryturę Jacques'a Chiraca i Tony'ego Blaira będzie według Christopha Bertrama impulsem do zmian. Głównymi doraźnymi zadaniami stojącymi przed Unią Europejską w rozpoczynającym się roku są stabilizacja stosunków z Rosją i opanowanie sytuacji w Kosowie.
p
historyk
Jednym z niewielu rozstrzygnięć, jakie przyniesie najbliższy rok, będzie najprawdopodobniej ujawnienie nazwisk kandydatów na prezydenta. Obie amerykańskie partie znalazły się w dość paradoksalnej sytuacji - chcą się pozbyć dotychczasowych faworytów.
Demokraci gorączkowo poszukują kogoś, kto mógłby wystartować zamiast Hillary Clinton, która z 47-procentowym elektoratem negatywnym ma znikome szanse na wygraną. Na horyzoncie nie widać jednak nikogo, kto byłby w stanie zmierzyć się z byłą pierwszą damą w prawyborach. Również w obozie Republikanów pojawiły się wątpliwości co do kandydatury prowadzącego do tej pory Johna McCaina. Powodem była jego deklaracja, że Amerykanie powinni pozostać w Iraku "aż do zwycięstwa", która uczyniła go zakładnikiem coraz bardziej beznadziejnej wojny. Stąd pomysł wystawienia byłego burmistrza Nowego Jorku Rudolpha Giulianiego. Liberalizm Giulianiego sprawia, że ma on wielkie szanse wygrać z Clinton, ale równocześnie rozwściecza chrześcijańskich fundamentalistów. Rezultatem jest zacięty bój realistów z religijną prawicą. Z punktu widzenia osób zainteresowanych polityką zagraniczną najlepszym republikańskim kandydatem na prezydenta byłby senator z Nebraski Chuck Hagel.
W amerykańskiej gospodarce widać coraz więcej słabych punktów - deficyt budżetowy, deficyt handlowy, przegrzany rynek nieruchomości... Nie należy się jednak spodziewać, że obecna administracja cokolwiek z tym wszystkim zrobi. Największym krótkoterminowym zagrożeniem jest to, że Kongres straci cierpliwość i przeforsuje, wbrew wetu prezydenta, zestaw antychińskich działań protekcjonistycznych, a Chiny w odwecie przestaną finansować amerykański dług publiczny.
Jak przystało na supermocarstwo, największą katastrofę Stany Zjednoczone mogą ściągnąć sobie na głowę same. Biorąc pod uwagę doświadczenia z Iraku, amerykańska inwazja na Iran jest mało prawdopodobna, ale stronnictwo jastrzębi pozostaje silne. Gdyby administracja Busha miała odrobinę rozsądku i instynktu samozachowawczego, wykorzystałaby raport grupy Bakera-Hamiltona jako pretekst do rewizji strategii wobec Iraku i Bliskiego Wschodu. Tymczasem retoryka wobec Iranu ulega zaostrzeniu, a Amerykanie zupełnie zignorowali tak ważne sygnały jak na przykład wynik ostatnich wyborów lokalnych w Iranie, które wskazują na osłabienie pozycji Ahmadineżada i pozwalają wierzyć, że następny prezydent będzie pragmatykiem w stylu Rafsandżaniego lub nawet reformatorem takim jak Chatami.
Negocjacje z Teheranem były opcją mało popularną i dość ryzykowną, bo główną przynętą dla strony irańskiej było włączenie do nich kwestii programu nuklearnego. Dawały jednak pewną szansę wyjścia z klinczu, w jakim znalazły się Stany Zjednoczone. Odrzucenie tej opcji oznacza, że USA utkną w Iraku na przynajmniej tak długo, jak długo rządzić będzie obecna administracja. Zwiastuje to tysiące zabitych i pozostawienie za sobą - bo kiedyś trzeba będzie się wycofać - totalnej katastrofy. Jedyną nadzieją na ustabilizowanie sytuacji w Iraku byłoby potrojenie liczby stacjonujących tam amerykańskich żołnierzy. Tyle tylko, że przy obecnym systemie ochotniczego zaciągu rządu nie stać na te dodatkowe 300 tys. żołnierzy, a Kongres nie zgodzi się na przeprowadzenie poboru.
Oddanie kontroli nad Irakiem szyickim i kurdyjskim milicjom - często ostatnio proponowane - nie jest rzeczywistą alternatywą. W każdym wypadku szyicki rząd w Bagdadzie znajdzie się pod kontrolą Teheranu, a w kraju dojdzie do masakr na skalę, którą Amerykanie nazwaliby ludobójstwem, gdyby wydarzyły się gdziekolwiek indziej na świecie. Arabia Saudyjska nie będzie się temu przyglądać bezczynnie - prawdopodobnie nie wyśle armii, ale może wysłać "ochotników", tak samo jak zrobili to Rosjanie w Osetii i Abchazji. Jak widać oba pomysły prowadzą prostą drogą do wojny o zasięgu regionalnym, w której saudyjscy żołnierze walczyć będą ramię w ramię z oddziałami Al-Kaidy - a po powrocie do domu wzniecą islamską rewolucję przeciw sprzymierzonemu z Waszyngtonem królowi.
USA nie są w stanie zaprowadzić w Iraku porządku, ale mogą odwlekać moment, w którym sytuacja przybierze opisany wyżej katastrofalny obrót. Amerykańskiej armii nie da się pokonać i wyrzucić - musi się sama wycofać. Osobą, która musi podjąć decyzję o wycofaniu, jest prezydent, a George W. Bush takiej decyzji nigdy nie podejmie. Kadencja Busha kończy się jednak za dwa lata. Jeśli wybory w roku 2008 wygra John McCain, Amerykę czeka powtórka z Wietnamu.
Tak długo jak George W. Bush jest prezydentem, trudno jest sobie wyobrazić jakikolwiek optymistyczny czy chociażby konstruktywny scenariusz wyjścia z sytuacji, w jakiej znalazła się Ameryka. W dalszej perspektywie należy spodziewać się większego nacisku na oszczędne wykorzystanie energii i rozwój nowych technologii jej pozyskiwania. Prekursorem w tej dziedzinie jest kalifornijski gubernator Schwarzenegger, który - co bardzo ważne - należy do Partii Republikańskiej.
p
politolog
Po zakończeniu rozszerzenia na wschód Unia Europejska znajduje się na początku okresu wzrostu gospodarczego. Zaowocuje to, zwłaszcza w krajach, które do tej pory - jak Niemcy - pozostawały w tyle, poprawą nastrojów mieszkańców. W rozpoczynającym się roku wzrośnie zaufanie i poparcie dla wspólnotowych instytucji, Europejczycy docenią, że dobrobyt i bezpieczeństwo wynikają z istnienia Unii. Z drugiej strony ciągle widoczne będą olbrzymie trudności, jakie państwa członkowskie mają z koordynacją swoich działań na arenie międzynarodowej. Opór przed prowadzeniem wspólnej polityki zagranicznej - co jest warunkiem obrony europejskich interesów - pozostanie w roku 2007 największym nierozwiązanym problemem Unii.
Wszyscy rozsądni europejscy politycy zdają sobie sprawę, że Unia nie jest w stanie dłużej funkcjonować w oparciu o traktaty, które napisane zostały z myślą o organizacji mającej o wiele mniejsze kompetencje i mniejszą liczbę członków. Proces podejmowania decyzji musi się stać szybszy i bardziej efektywny. Porozumienie w tej kwestii uda się zapewne uzyskać w ciągu pół roku, kłopoty mogą pojawić się później, kiedy zaczną się dyskusje nad konkretami. Najważniejsze jest zwiększenie liczby obszarów, w których decyzje podejmowane są w drodze głosowania. Możliwość stosowania weta przez rządy narodowe szkodzi wszystkim członkom Unii. Potrzebujemy większej spójności. Kwestia tego, w jaki sposób ważone będą głosy w Radzie UE - co podczas prac nad traktatem konstytucyjnym wywołało w Polsce największe emocje - ma drugorzędne znaczenie. Fakt, że większość państw członkowskich ratyfikowała europejską konstytucję, pozwala przypuszczać, że wola pracy nad nową rewizją traktatu będzie duża. Opracowanie harmonogramu tych prac jest głównym zadaniem, jakie postawiła sobie Angela Merkel na pierwsze półrocze, w którym Niemcy będą sprawować prezydencję w Unii. Z zaplanowanych na rok 2007 wydarzeń politycznych największe znaczenie dla przyszłości Europy będą mieć wybory prezydenckie we Francji. Kryzys, w jakim znalazł się ten kraj - nadwerężone więzi między społeczeństwem a politykami, brak zaufania, narastające w wyniku zaniechania reform problemy społeczne i gospodarcze - jest zbyt poważny, by móc zostać przezwyziężony przez zmianę lokatora Pałacu Elizejskiego. Należy mieć jednak nadzieję, że nowy - lub nowa - prezydent zdoła rozpocząć proces naprawy państwa. Wiele zależeć będzie także od tego, kto zostanie nowym premierem. Również w Wielkiej Brytanii dojdzie do zmiany przywódcy. To powód do obaw, bo trudno jest sobie wyobrazić bardziej proeuropejskiego premiera niż Tony Blair. Z wyjątkiem niefortunnej decyzji o udzieleniu Amerykanom pomocy w inwazji na Irak, cały czas jego urzędowania upłynął pod znakiem większego angażowania Wielkiej Brytanii w sprawy europejskie. W potocznej opinii Gordon Brown, który najprawdopodobniej zastąpi Blaira, jest eurosceptykiem, czego dowodem ma być to, że opóźniał proces włączania Wielkiej Brytanii do strefy euro. Możliwe jednak, że zostawszy pemierem będzie chciał zmienić swój wizerunek nudnego specjalisty od finansów i pokazać, że jest politykiem z ideami i programem. Przyjęcie bardziej proeuropejskiego kursu jest w brytyjskich warunkach jedynym sposobem wykazania się oryginalnością.
Obszarem, w którym konieczność ściślejszej koordynacji europejskiej polityki zagranicznej jest najbardziej widoczna, są relacje z Moskwą. To, że Rosja stanowi problem, nie podlega dyskusji. Niestety doświadczenia poszczególnych państw członkowskich w kontaktach z tym krajem są różne i różne jest także nastawienie Rosji do nich. Dopóki Europa nie będzie mówić naprawdę jednym głosem, Rosja będzie w stanie wygrywać to zróżnicowanie. Unia potrzebuje dobrych i stabilnych stosunków z Moskwą. Ich nawiązanie jest trudne, ale właśnie dlatego Europa powinna działać wspólnie. I szybko, bo nie wiadomo, czy dogadanie się z następcą Putina nie okaże się jeszcze trudniejsze. W negocjacjach członkowskich z Turcją nie należy się spodziewać dużego postępu. Kompromis, który rządy państw członkowskich osiągnęły w grudniu, określa na najbliższe lata kształt stosunków z Ankarą i oznacza, że na poważnie o tureckim członkostwie decydować będziemy za 10-15 lat.
W krótszej, jednorocznej perspektywie największym wyzwaniem stojącym przed Unią jest określenie statusu Kosowa. Rozwój wypadków na Bliskim Wschodzie - zwłaszcza konsekwencje pogarszającej się sytuacji w Iraku - również będą nam spędzać sen z powiek.
p
publicysta
Najważniejszym wydarzeniem w chińskiej polityce w rozpoczynającym się roku będzie późnojesienny kongres KPCh, na którym okaże się, do jakiego stopnia Hu Jintao zdołał skonsolidować władzę. Liczba ujawnionych i ukaranych praktyk korupcyjnych w ostatnich 4-5 miesiącach wskazuje na istnienie poważnego konfliktu wewnątrz partii. W walce tej nie chodzi o różnice ideologiczne, lecz o to, ilu przeciwników Hu Jintao zostanie zastąpionych jego poplecznikami. Również wywołująca duże zainteresowanie na Zachodzie, zwłaszcza w środowiskach lewicowych, debata wokół haseł "harmonijnego rozwoju" i "harmonijnego społeczeństwa" sprowadza się do kwestii personalnych, bo w zależności od decyzji o inwestowaniu w bogate prowincje nadmorskie lub zapóźniony interior państwowe pieniądze trafią do jednej bądź drugiej frakcji.
Wbrew komunistycznej propagandzie i powszechnym przekonaniom minione 15 lat nie było okresem nieprzerwanego wzrostu chińskiej gospodarki. Osłabienie czy wręcz załamanie koniunktury nie będzie zatem niczym nowym i samo w sobie nie musi wywołać dramatycznych zmian. W roku 2007 - jak również w pierwszej połowie następnego roku - Chiny utrzymają wysokie tempo wzrostu, wyższe nawet niż oficjalne prognozy i statystyki. Jeżeli pojawi się jakikolwiek symptom spowolnienia, rząd rozwiąże problem, zwiększając inwestycje. Ponad połowa chińskiego wzrostu gospodarczego wynika z inwestycji, a ponad połowa chińskich inwestycji to inwestycje państwowe. Czeka nas zatem półtora roku prosperity. Problemy zaczną się po zaplanowanych na sierpień 2008 roku igrzyskach olimpijskich w Pekinie. Wszystkie kraje, które w ostatnich dekadach zorganizowały igrzyska, doświadczyły po ich zakończeniu recesji, a przynajmniej stagnacji gospodarczej. Kiedy zakończą się wielkie budowy, a turyści wrócą do domu, gospodarka przestanie rosnąć. Lata 2009-2011 mogą być bardzo ciężkie - i to nie tylko dla Chin.
Coraz bardziej widoczna jest groźba destabilizacji kraju. Liczba ludzi biorących udział w protestach rośnie, stają się one coraz bardziej brutalne. Chłopi i robotnicy uciekają się do przemocy, jeszcze zanim zrobią to siły porządkowe. Padają ofiary śmiertelne. Niezdolność do kanalizowania społecznego niezadowolenia jest głównym problemem dzisiejszych Chin. Dynamiczny wzrost gospodarczy oznacza również destabilizację. Chińscy komuniści nie potrafią sobie z tym paradoksem poradzić. Dochodzą do tego tendencje odśrodkowe, bo w miarę narastania kłopotów Pekinu prowincje chcą uzyskać coraz większy stopień autonomii. Osobiście spodziewam się, że KPCh utraci władzę niebawem, co, jak zawsze w Chinach bywało, doprowadzi do okresu zamętu, w którym poszczególne regiony mogą się praktycznie - i przejściowo - usamodzielnić. Na dłuższą metę z upadku komunizmu skorzysta jednak najprawdopodobniej tylko Tajwan, który i tak jest już de facto niepodległym państwem.
W polityce zagranicznej Chiny staną wobec konieczności poniesienia konsekwencji niezbyt rozsądnych działań z przeszłości. Pierwszym powodem do zmartwień jest sytuacja w Korei. Chiny dostarczają Korei Północnej 90 proc. ropy naftowej, 80 proc. towarów konsumpcyjnych, 40-45 proc. żywności i są jej jedynym sojusznikiem wojskowym.
Uzbrojony w broń jądrową Phenian neutralizuje regionalną dominację Pekinu i może być bodźcem dla rozwoju japońskiego programu atomowego, który mógłby ją przekreślić. Wielu Chińczyków zdaje sobie z tego sprawę, ale świadomość ta nie dotarła jeszcze do wszystkich decydentów. Przy obowiązującym w Chinach, opartym na konsensusie, modelu podejmowania decyzji zmiana może zająć bardzo dużo czasu.
Również wspieranie - wraz z Rosją - nuklearnych ambicji Teheranu nie było najbardziej fortunnym pomysłem. Należy oczekiwać, że kiedy Zachód uzna Iran za rzeczywiste zagrożenie, radykalnie zmieni swój stosunek do Pekinu. Chiny będą musiały dokonać wyboru. Nie wiadomo, jaki to będzie wybór, ale kontynuacja obecnej polityki, u której źródeł leżą tak prozaiczne przyczyny jak zapewnienie sobie dostaw ropy i gazu, oznacza poparcie dla rozprzestrzeniania broni jądrowej, zniszczenia Izraela i destabilizacji Bliskiego Wschodu, która w gruncie rzeczy nie leży w chińskim interesie. Chiny są silniej uzależnione od bliskowschodniej energii niż USA, a destabilizacja światowego ładu zagraża wolnemu handlowi, któremu Chiny zawdzięczają dzisiejszą pomyślność gospodarczą i którego przerwanie odczują o wiele bardziej boleśnie niż Europa i Ameryka, których gospodarki nie są zorientowane na eksport. Wreszcie w północno-zachodniej części Chin żyje dość liczna mniejszość muzułmańska, a irańskie rakiety z głowicami jądrowymi będą w stanie trafić w chińskie terytorium o wiele wcześniej niż w amerykańskie.
Polityczny pat w sprawie Korei Północnej i Iranu może potrwać jeszcze przez jakiś czas, ale w kwestiach polityki handlowej przesilenie jest już blisko.
Do tej pory Chiny nie wywiązały się z wielu zobowiązań wynikających z członkostwa w WTO - mają najbardziej rozbudowany system subsydiów na świecie, wysoce protekcjonistyczne taryfy celne na samochody i bardzo słabe mechanizmy ochrony własności intelektualnej. Przez ostatnie pięć lat UE i USA patrzyły na to przez palce, ale wszystko wskazuje, że wreszcie podejmą próbę obrony przed nieuczciwą konkurencją. Spodziewam się, że będzie to głównym zmartwieniem Chin w polityce zagranicznej w rozpoczynającym się roku.
p
politolog
Rok 2007 nie zapowiada się dobrze dla Rosji, głównie dlatego że jej polityczna elita w dalszym ciągu nie będzie w stanie wypracować jakiejkolwiek wizji ani strategii rozwoju kraju. Rosja będzie zatem w dalszym ciągu dryfować w nieznanym kierunku. To wynik dość paradoksalnej i nieszczęśliwej konsolidacji opartej na powszechnej chęci utrzymania status quo.
Sytuacja gospodarcza nie wygląda tak dobrze, jak zakładają zagraniczni obserwatorzy. Cena ropy utrzymuje się na bardzo korzystnym dla Rosji poziomie 70 dolarów za baryłkę, ale tempo wzrostu gospodarczego spada. Parę lat temu PKB rósł w tempie 10 proc., w roku 2006 wzrost ten wyniósł już tylko 6,3 proc. Rosja nie potrafi wykorzystać koniunktury nawet pod względem technicznym - wydobycie Gazpromu wzrosło w ostatnim roku jedynie o 0,8 proc. Eksport ropy i gazu jest jednak źródłem łatwych pieniędzy, dzięki którym od kilku lat władza buduje dla swojego ludu nową wersję wiosek potiomkinowskich, kolejną w rosyjskiej historii atrapę dobrobytu. Tych złudzeń nie da się oczywiście utrzymywać zbyt długo, ale przebudzenie nie nastąpi raczej w tym roku. Dopóki ropa będzie droga, rosyjskie elity utrzymają się przy władzy.
Należy się za to spodziewać nasilenia walki o władzę. Do tej pory konkurencja o wpływy na Kremlu i o to, kto będzie następcą Putina, przypominała - by zacytować Churchilla - walkę buldogów pod dywanem. W rozpoczynającym się roku buldogi wyjdą na powierzchnię, kremlowskie klany mogą zacząć używać przemocy. Do czego to doprowadzi - nie wiadomo, tym bardziej że sytuacja jest bardzo mało przejrzysta. Klanom trudno jest przypisać jakiekolwiek orientacje polityczne, a w dodatku wszystkie są podzielone. Najbardziej - środowisko "siłowików" powszechnie uważanych za frakcję o największych wpływach.
W rosyjskiej historii, włączając czasy carskie, zmiana władcy rzadko kiedy nie wiązała się z kryzysem politycznym. Ponadto, jak zauważył jeden z moich kolegów z moskiewskiego Carnegie Center, postawiona wobec trudnego wyboru elita polityczna z reguły wybierała słabszego kandydata. W ten sposób wyniesiono na tron Michaiła Romanowa, a Stalin również jawił się po śmierci Lenina jako pretendent słabszy - i pozornie mniej groźny - niż Lew Trocki. Ani Dmitrij Miedwiediew, ani Siergiej Iwanow (obaj są często przedstawiani w mediach jako następcy Putina) nie zostanie prezydentem Rosji. Putin do samego końca nie może ujawnić, komu chce przekazać władzę. Gdyby to zrobił, momentalnie stałby się politycznym trupem, a wokół tronu pojawiłyby się hieny chcące zapewnić sobie dobrą pozycję w nowej hierarchii. To nie jest ani miłe, ani zdrowe dla odchodzącego prezydenta, który jest młody i może pozostać aktywny w polityce. Tak więc nazwisko następcy Putina poznamy w tym roku, ale dopiero na jesieni. Do tego czasu, po wyborach do Dumy, Rosja musi mieć nowy rząd i nowego premiera. To on zostanie w roku 2008 prezydentem.
W polityce zagranicznej będziemy najprawdopodobniej świadkami pogłębiania się chaosu. W ubiegłym roku Rosja niemalże zaatakowała Gruzję, wprowadziła embargo na mołdawskie wino i polskie mięso, popsuła swoje stosunki z Europą i praktycznie zamroziła kontakty ze Stanami Zjednoczonymi. I nic w ten sposób nie zyskała. W ciągu sześciu lat prezydentury Putina tylko w relacjach z Chinami nie zanotowaliśmy regresu. Nie wierzę także w odbudowę rosyjskich wpływów w Turkmenistanie po śmierci tamtejszego dyktatora Saparmurata Nijazowa. Przez ostatnie kilkanaście lat Turkmenistan prowadził bardzo zręczną grę na dwa fronty, współpracując równocześnie z Rosją i z Amerykanami. Pogłoski o śmierci Nijazowa krążyły od dawna, więc otoczenie mogło się na nią przygotować, nie mówiąc już o tym, że według niektórych Turkmenbasza zmarł już dawno temu, a z ogłoszeniem jego zejścia czekano do momentu, gdy będzie wiadomo, kto zajmie jego miejsce. Podsumowując, można odnieść wrażenie, że w rosyjskiej polityce w roku 2007 nie wydarzy się nic dramatycznego. To prawda, lecz dramat nie musi się rozegrać nagle. Uważam, że brak strategii w rosyjskiej polityce wewnętrznej i zagranicznej jest dramatem. Tak samo jak konieczność wyczekiwania w niepewności na rezultat walki buldogów pod kremlowskim dywanem. Teoretycznie system jest stabilny i niezagrożony. Może się jednak rozpocząć proces jego odśrodkowej destrukcji.