Być może po raz pierwszy udało nam się w "Europie" zorganizować dyskusję na temat najważniejszy. Na temat kształtu i fundamentów świata, w którym żyjemy, a który sięga od USA i Kanady po Europę i wysepki Dalekiego Wschodu - i nazywa się liberalną demokracją. Częścią tego świata jest Polska, nawet jeśli peryferyjną. I dlatego także w naszym kraju dokonują się rozstrzygnięcia podstawowe dla kształtu liberalnej demokracji.
Cezary Michalski rozmawia z Pawłem Śpiewakiem, liberałem, Kingą Dunin, feministką szukającą ideowej syntezy pomiędzy społeczno-ekonomiczną lewicowością i kulturowym liberalizmem, Wojciechem Kunickim, germanistą i badaczem tradycji rewolucyjnego konserwatyzmu niemieckiego, bardzo tą tradycją zafascynowanym. Do naszej dyskusji wciągnęliśmy też marksistę Marshalla Bermana, lewicowego i religijnego filozofa żydowskiego Michaela Walzera, byłego marksistę, dzisiaj krytycznego liberała Franka Furediego i radykalnego myśliciela islamskiego Tariqa Ramadana.
Wszystkich zapytaliśmy o jedno, a pretekstem było wydanie w Polsce, kraju zniszczonym przez komunizm, książki "Rewolucja u bram", w której znany filozof Slavoj Zizek entuzjastycznie komentuje polityczne pisma Lenina. Zapytaliśmy ich o to, na jakich prawach mogą i powinni w liberalnej demokracji istnieć i wypowiadać się jej zaprzysięgli wrogowie. Pod jakimi warunkami można przyswajać lub choćby dyskutować argumenty pochodzące z najbardziej antyliberalnych tradycji: bolszewickiej, faszystowskiej, radykalnego islamu i paru innych.
Dlaczego pytanie o sposób traktowania wrogów danego ustroju jest jednym z najważniejszych pytań o jego kształt. To chyba oczywiste. Granice tego, co dozwolone, kształt państwa, legalnych instytucji społecznych zawsze były definiowane przez listę wykluczonych i poprzez sposób wykluczania ich z obszaru tego, co legalne. To nie Foucault. To empiryczna prawda. Wręcz oczywistość. Średniowieczne Państwo Boże poznawaliśmy nie dzięki deklaracjom św. Augustyna i św. Tomasza na temat wzajemnego oddziaływania ciała i duszy, ale poprzez to, co robiło ono z heretykami. Sposób traktowania dysydentów, obrona przed ideologicznymi zanieczyszczeniami przesądziły o kształcie realnego socjalizmu - prowadząc do skostnienia, braku odporności na krytykę, do przemocy, w końcu do upadku. Także kształt instytucji liberalno-demokratycznych i liberalnej filozofii nalepiej daje się zdefiniować poprzez poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, kto jest z liberalnego konsensusu wykluczony, kto wykluczony być powinien.
Jedną z odpowiedzi dają w naszej debacie Paweł Śpiewak i Cezary Michalski. Jest to odpowiedź - mimo rozmaitych zastrzeżeń - najbardziej z ducha i litery liberalna. Brzmi ona następująco: możemy i powinniśmy dyskutować antyliberalne tradycje, ich argumenty, ich krytyki liberalizmu pod jednym warunkiem: że jednocześnie będziemy przypominać do znudzenia o ich czarnych kartach. Szczególnie o najczarniejszej z nich - o zbrodniach popełnionych w imię tych "antysystemowych tradycji", o popełnionym pod czerwonym lub brunatnym sztandarem ludobójstwie. Zresztą o podobne czarne lub choćby szare karty po stronie liberalizmu pytają Marshall Berman (który wskazuje na niepotrzebne wojny toczone dzisiaj pod sztandarem liberalnej demokracji), a także Michael Walzer. Pyta o nie Tariq Ramadan, choć sam wypowiada tezę, z którą trudno się zgodzić, że polityczna przemoc popełniana pod sztandarem islamu w ogóle tradycji islamu nie obciąża. Bo jest dokonywana przez nieznaczący margines, przez ludzi sprowokowanych przez Zachód. Alibi, którego używają też zachodni radykałowie. Mało przekonujące.
Bo historia, jeśli w ogóle mamy mówić o postępie, musi być procesem uczenia się na własnych błędach. Inaczej czas i krew upływają na darmo.