W rozmowie z "Europą" Chantal Mouffe broni swojej koncepcji "demokracji agonistycznej". Zakłada ona przełamanie fałszywego liberalnego "konsensusu" (zwłaszcza w kwestiach ekonomicznych) bez jednoczesnego wzniecania walki politycznej na śmierć i życie. "Projekt demokracji agonistycznej oczywiście nie wyklucza w całości idei konsensusu. Jakiś obszar wspólny jest konieczny. Pełen antagonizm prowadziłby wprost do destrukcji. Wiele zależy też od tego, o jaki konsensus chodzi. Jeśli o taki, który zakłada jeden i tylko jeden sposób prowadzenia polityki gospodarczej, to dla mnie jest to gwałt na demokracji. Za dominacją modelu neoliberalnego stoi nie naukowa obiektywność, ale siła finansowa i polityczna tych, którym ten stan rzeczy przynosi największe zyski".
p
Populizm jest konsekwencją ustanowienia "konsensusu centrum" prawie we wszystkich krajach demokracji liberalnej. Proces ten zaczął się na dobre w latach 80. Zacieranie się różnic między prawicą i lewicą (wywołane ruchem partii socjalistycznych czy socjaldemokratycznych w stronę centrum) sprawiło, że wybór między nimi stał się czymś iluzorycznym. Jeśli występują jakieś różnice, to jedynie w retoryce przedwyborczej. To kurczenie się sceny politycznej jest związane oczywiście z ideą ekonomicznej globalizacji prezentowanej jako fatum, które trzeba zaakceptować. Tony Blair i wielu innych przywódców partii socjaldemokratycznych usprawiedliwia w ten sposób rezygnację lewicy z obowiązku ochrony słabszych. Twierdzą oni także, że wraz z zanikiem klasy robotniczej i rozrostem klasy średniej skończyło się społeczne przyzwolenie na podnoszenie podatków - co nie jest prawdą. Wszystkie badania opinii publicznej w Wielkiej Brytanii pokazują, że klasa średnia gotowa jest płacić większe podatki, jeśli poprawi to jakość usług publicznych - szkolnictwa czy służby zdrowia.
Myślę, że tacy ludzie jak Tony Blair są rzeczywiście przekonani, iż wolny rynek jest najlepszym dystrybutorem dóbr. Zazwyczaj problemem jest brak wyobraźni. Europejskie partie socjaldemokratyczne mogłyby wiele zmienić, gdyby tylko zrozumiały, co może być alternatywą dla neoliberalizmu. Mogłyby obronić model socjalny, gdyby umiały współpracować i skupiły się na odpowiednim projekcie integracji europejskiej.
Główną przyczyną jest właśnie przesunięcie lewicy w stronę centrum i pozostawienie bez opieki ludzi wykluczonych ekonomicznie. Zanik istotnych różnic między partiami w sferze publicznej powoduje rosnący brak zaufania do całej klasy politycznej. Nie byłam zaskoczona, gdy do drugiej tury wyborów prezydenckich we Francji dostał się Jean Marie Le Pen. Lionel Jospin nie wydawał się Francuzom - i słusznie - żadną alternatywą dla Jacques'a Chiraca. A Le Pen owszem. Artykułował lęki, których nie był w stanie wyartykułować żaden z polityków głównego nurtu i jakoś znajdował na nie lekarstwo. Podobnie było wcześniej w Austrii - konsekwencją zamazującej różnice wielkiej koalicji chadecko-socjaldemokratycznej był sukces Jörga Haidera. Le Pen i Haider odnieśli sukces wyborczy, bo powiedzieli ludziom, że interesuje ich realna alternatywa dla istniejącego sposobu rządzenia. Jest to proces, który zachodzi we wszystkich współczesnych demokracjach liberalnych. Rośnie liczba osób w żaden sposób niereprezentowanych na scenie politycznej. I to oni następnie wykorzystywani są przez prawicowych demagogów, przy udziale coraz bardziej tabloidyzujących się mediów. Ich podstawowy przekaz jest taki: to my jesteśmy waszym głosem w debacie publicznej. To my w waszym interesie przeciwstawiamy się modernizacji.
Popierany przeze mnie projekt demokracji agonistycznej oczywiście nie wyklucza w całości idei konsensusu. Jakiś obszar wspólny jest konieczny. Pełen antagonizm prowadziłby wprost do destrukcji. Wiele zależy też od tego, o jaki konsensus chodzi. Jeśli o taki, który zakłada jeden i tylko jeden sposób prowadzenia polityki gospodarczej, to dla mnie jest to gwałt na demokracji, bo tylko fanatyk albo człowiek zupełnie nieznający się na współczesnej teorii ekonomii mógłby twierdzić, że obowiązuje w niej jeden niezmienny i naukowy paradygmat. Za dominacją modelu neoliberalnego stoi nie naukowa obiektywność, ale siła finansowa i polityczna tych, którym ten stan rzeczy przynosi największe zyski.
Jeśli za wartości fundamentalne dla liberalnej demokracji uznamy postulaty wolności i równości dla każdego, to oczywiście nigdy nie będzie powszechnej zgody co do ich definicji. Inaczej na wolność patrzą liberałowie, inaczej konserwatyści, jeszcze inaczej socjaldemokraci. Nie będzie też zgody co do tego, kim są "wszyscy". "My" z natury rzeczy ma charakter ekskluzywny. Zawsze pozostaje jakaś grupa na zewnątrz... Ale właśnie fakt, że wszyscy podpisaliby się pod hasłem wolności, oraz świadomość różnych jej interpretacji traktowanych powszechnie jako prawomocne jest wystarczającym polem dla konsensusu. Problem rodzi się wtedy, gdy jedna z tych interpretacji zyskuje monopol w sferze publicznej, który prezentowany jest następnie jako konsensus.
Należy ożywić podział na lewicę i prawicę. Są tacy, którzy wręcz celebrują jego zanik. Zazwyczaj proponują inny, "postpolityczny" podział - na przykład na zwolenników i przeciwników modernizacji. Oczywiście jest to sposób na utrwalenie swojej władzy, bo stoi za nim niedemokratyczne rozróżnienie na wyznających słuszne i niesłuszne poglądy. Zanik podziału na lewicę i prawicę nie jest żadnym osiągnięciem współczesnej demokracji liberalnej. Nie jest krokiem naprzód, ale zagrożeniem, krokiem w tył, wywołującym kryzys.
Niech pan spojrzy na ostatnie wydarzenia we Włoszech. Berlusconi kontrolował większość mediów i przegrał.
A co pan powie na taki przykład: zdecydowana większość mediów była we Francji za głosowaniem "tak" w sprawie traktatu konstytucyjnego dla Europy. A mimo to przebił się głos krytyczny i Francuzi zagłosowali przeciw. Zatem wiele rzeczy jest możliwych. Tu jednak poczynię trzy zastrzeżenia. Po pierwsze pozorny pluralizm zawsze można zmienić, dzięki dobrze przemyślanym działaniom, w pluralizm realny. Podstawowym atutem są tu właśnie powszechnie podzielane wartości wolności i równości - które, choć monopolistycznie definiowane, mogą jednak służyć jako ostateczna instancja i mogą być egzekwowane w sposób bardziej uczciwy. Po drugie rośnie rola nowych mediów takich jak internet, które być może będą bardziej pluralistyczne. I po trzecie ten kształt demokracji liberalnej kopie sobie grób w postaci populistycznej reakcji, zatem nie może w niezmienionej postaci trwać wiecznie. W każdym razie lewica musi spróbować. Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo...
Jak zwał, tak zwał. Można uzdrowić współczesną demokrację, przywracając do sfery publicznej otwarty konflikt społeczny, i uniknąć rewolucji. Jeśli przekonanie to czyni ze mnie liberała, to niech Z·iz·kowi będzie. On chce upadku kapitalizmu, ja nie potrafię sobie tego wyobrazić, nie mam w sobie aż tyle optymizmu.
Nie należy ograniczać się jedynie do walk kulturowych. Jak mówiłam, ewolucja partii lewicowych przebiegła w taki sposób, że zajmują się one głównie klasami średnimi, a nie krzywdami robotników. Wynika to jednak z niezdolności tych partii do sformułowania alternatywy dla neoliberalizmu i bezkrytycznej akceptacji wymogów "elastyczności", a nie z domniemanego zaślepienia kwestiami "tożsamościowymi". O tym pisałam wraz z Ernestem Laclauem w książce "Hegemony and Socialist Strategy" (Hegemonia i strategia socjalistyczna). Dowodziliśmy, że w ramach nowego lewicowego projektu hegemonicznego walkę z seksizmem, rasizmem, dyskryminacją seksualną i w obronie środowiska należy prowadzić równolegle z walką robotników o poprawę warunków pracy. Aby wyrazić to w modnej ostatnio terminologii, podkreślaliśmy, że lewica musi zajmować się zarówno problemami "redystrybucji", jak i "uznania". Dla nas "radykalna i pluralistyczna demokracja" oznacza właśnie to.
W sprawie konstytucji dla Europy popełniono wiele błędów. Po pierwsze ona wcale nie była wówczas priorytetem, należało najpierw włożyć więcej wysiłku w realną integrację Europejczyków, we wzmocnienie więzi między społeczeństwami. A tak konstytucja została wpisana w ciąg kolejnych przedsięwzięć elit europejskich decydujących ponad głowami obywateli. Nie należało zresztą w ogóle używać słowa "konstytucja", bo to wprowadziło niepotrzebne napięcie u wszystkich uczestników tego sporu. Należało raczej ustanowić szereg konkretnych i przejrzystych reguł decyzyjnych, które pozwoliłyby 25 państwom funkcjonować lepiej niż w ramach zwykłego sojuszu międzypaństwowego. Kluczowe znaczenie miałaby tu zasada kwalifikowanej większości w podejmowaniu decyzji. Bez niej żadna poważna integracja, a w konsekwencji i poczucie solidarności nie są w Europie możliwe. Po tym wszystkim dopiero można było wziąć się za eurokonstytucję.
Jeśli nie da się wcielić w życie zasady kwalifikowanej większości dla wszystkich państw, powinna powstać grupa państw gotowych na głębszą integrację. To oczywiście zadziała mobilizująco na pozostałych, a także stworzy sytuację prawdziwego wyboru: głosujesz "tak" - idziesz dalej, głosujesz "nie" - ryzykujesz pozostanie w tyle. Ludzie byliby wówczas prawdopodobnie bardziej zainteresowani sprawami europejskimi, co miałoby wpływ na politykę ich rządów. Realistycznie rzecz biorąc, tylko przez zróżnicowanie poziomów integracji możemy posunąć się naprzód. A tym samym zerwać z zasadą jednomyślności.
Istotnie była to jedna z niewielu sytuacji, gdy zgadzałam się z Habermasem i Derridą. Choć nie podobał mi się jeden z ich argumentów. Nie zgadzam się, że Europa powinna narzucić światu wizję kosmopolitycznego prawa. Uważam, że lepsze jest wspieranie modelu wielobiegunowego. Nie powinniśmy definiować naszej tożsamości jako najlepszej, jedynej racjonalnej, która powinna być przyjęta wszędzie na świecie. Korzystniej dla rozwoju demokracji w świecie byłoby, gdyby ukonstytuowały się inne regionalne bloki polityczne.
Koalicja "szybszych" mogłaby podjąć się stworzenia wspólnej polityki fiskalnej i społecznej, a także prowadzić wspólną politykę zagraniczną i obronną.
Zdecydowanie nie. To jest właśnie sedno mojego sporu z Habermasem. Idea postnarodowej Europy, Unii jako superpaństwa jest mi obca. Myślę, że narodowe identyfikacje są i będą bardzo ważne, choć coraz większego znaczenia nabierać będą także inne typy identyfikacji. Nie wolno lekceważyć roli namiętności w polityce, a to, co nazywam libidinalnym osadzeniem narodowości, jest jedną z naszych najmocniejszych pasji. Nie da się oddzielić namiętności od opinii, jedne i drugie uczestniczą w demokratycznym procesie artykulacji woli publicznej. Każdy projekt polityczny eliminujący emocje z polityki kończy się ich gwałtownym powrotem. Stąd właśnie biorą się sukcesy populistów.
p
, ur. 1943, socjolog, politolog, aktywistka studenckiego buntu 1968 roku, działaczka feministyczna i jedna z czołowych postaci postmarksistowskiego nurtu w filozofii politycznej. Jest profesorem w University of Westminster. Jej najbardziej znaną książką jest napisana wraz z Ernestem Laclauem "Hegemony and Socialist Strategy" (1985) prezentująca program "radykalnej polityki demokratycznej". Oprócz tego opublikowała m.in. "The Return of the Political" (1993) oraz "La politique et ses enjeux" (1994). W Polsce wydano jej "Paradoks demokracji" (2005). W kwietniu br. nakładem "Krytyki Politycznej" i korporacji Ha!art ukaże się jej najnowsza książka "O polityczności" (wydanie ang. 2005). W "Europie" nr 10 z 9 czerwca 2004 roku opublikowaliśmy wywiad z nią i z E. Laclauem "Lewica utraciła skarb populizmu".