Dziennik Gazeta Prawana logo

Od integracji do ekspansji

5 listopada 2007, 12:17
Ten tekst przeczytasz w 23 minuty

Integracja przestrzeni postsowieckiej przestała wystarczać Rosji. Kreml rozpoczął ekspansję w kierunku Europy - twierdzi Andrzej Nowak. Rosyjscy politycy i publicyści wieszczą rychły upadek Pax Americana, przewidując, że osamotniona Europa nieuchronnie zwróci się ku Rosji. Swoistą infrastrukturą rosyjskiej ekspansji są rurociągi z ropą i gazem. "Linie przesyłowe kontrolowanej przez siebie ropy i gazu Rosja prowadzi nie tylko przez Białoruś, Ukrainę i po dnie Bałtyku (Gazociąg Północny), ale dorzuca wciąż nowe nitki swej sieci - przez Morze Czarne do Grecji i Włoch. To jest dopiero imponujący manewr oskrzydlający! Od Morza Kaspijskiego i Czarnego po zachodni kraniec Morza Śródziemnego, od Morza Barentsa przez Bałtyckie do Północnego. Bezpośrednio do kuchenek gazowych i piecyków klientów we Francji, Niemczech, Włoszech, Anglii...".

p

Rosja wróciła. Do czego? Do poczucia mocarstwowości na pewno. Do historycznej tożsamości, która dumnie nie poddaje się wzorom (politycznym) przychodzącym z Zachodu.

Ktoś zapyta: a czy Rosja kiedykolwiek straciła swoje poczucie mocarstwowości, czy od niego odeszła? Z pewnością nie - miałem okazję już pisać o tym kilkakrotnie na łamach "Europy". Jednak do niedawna było to poczucie mocarstwowości uszczuplonej, zagrożonej, niepewnej, histerycznej. Wystarczy przypomnieć reakcje Moskwy na pomarańczową rewolucję przed dwoma zaledwie laty - pojawiały się wtedy wręcz obawy, że "kolorowa" rewolucja zastuka lada moment do wrót Kremla, że Ukraina jest "stracona", a wraz z nią mocarstwowa pozycja Moskwy. Pamiętamy też, jak nerwowo reagowała administracja prezydenta Putina wobec perspektywy "okrążenia" Kaliningradu przez Unię Europejską po przyjęciu Litwy i Polski w jej skład. Dziś suwerenne panowanie Rosji nad Kaliningradem (a także - dodajmy - nad Czeczenią) nie budzi w Moskwie żadnych wątpliwości; o groźbie wymknięcia się Ukrainy z rosyjskiej strefy dominacji też się już raczej nie dyskutuje. Nikt poważny nie mówi zarazem o potrzebie odbudowania Związku Sowieckiego - nawet w jego terytorialnym tylko, a nie ideologicznym kształcie. Kaliningrad, Czeczenia, ZBiR (czyli wchłonięcie Białorusi), kontrola nad Kijowem, utrzymanie wpływów na obszarze całej WNP - to były małe cele, czysto defensywne. Cele obecnie w polityce rosyjskiej wskazywane (i realizowane) są bardziej śmiałe, ofensywne. "Russia is in the business of expansion, not integration. That is the big change" ("Rosja realizuje dziś ekspansję, nie integrację. To wielka zmiana") - w takiej zwięzłej formie istotę nowego "nastroju" politycznego Moskwy wyraził, w niedawnej dyskusji na forum American Enterprise Insitute, Dimitrij Trenin, dyrektor moskiewskiego Centrum Carnegie. Nie chodzi już o integrację przestrzeni postsowieckiej, lecz o ekspansję, której głównym (choć nie jedynym) obiektem geopolitycznym jest Europa. Cała Europa.

Brzmi to mocno. Ale czy prawdziwie? Jeśli włączy się rosyjską telewizję, poczyta rosyjskie gazety, a w nich wypowiedzi czołowych funkcjonariuszy i komentatorów rosyjskiej polityki, trudno oprzeć się wrażeniu, że Rosja naprawdę myśli o osiągnięciu tego, co nie udało się Związkowi Sowieckiemu. Michaił Leontiew, najpopularniejszy dziennikarz rosyjskiej telewizji (odgrywający taką mniej więcej rolę w Rosji Putina jak Tomasz Lis w Polsce Kwaśniewskiego), powtarza przy każdej niemal okazji, że Stany Zjednoczone już wkrótce wycofają się ostatecznie z Europy po klęsce ich imperialnej polityki na Bliskim Wschodzie, zaś o nowym porządku w Europie będzie decydować Moskwa, dopuszczając do współpracy spolegliwych partnerów z Berlina. Michaił Chazin (ekspert ekonomiczny i publicysta, urzędnik państwowy wysokiego szczebla w administracji prezydenta Jelcyna) przedstawia wizję najbliższej przyszłości, w której Stany Zjednoczone powracają do izolacjonizmu i występują z "zachodniego projektu" - tak jak niegdyś Rosja wystąpiła z ZSRR, doprowadzając do jego upadku. Igor Panarin, profesor MGIMO (głównej szkoły dyplomacji rosyjskiej), mianowany niedawno rzecznikiem niezwykle prestiżowej instytucji - Rosyjskiej Agencji Kosmicznej - idzie w swych wystąpieniach jeszcze dalej: za kilka lat nie będzie w ogóle Stanów Zjednoczonych, które rozpadną się w postimperialnym kollapsie, który dodatkowo przyspieszą wewnętrzne napięcia między ludnością latynoską i anglosaską kulturą WASP-ów. Panarin jest też jednym z często spotykanych w Moskwie autorów snujących efektowne plany stworzenia formalnego rosyjskiego imperium, które zastąpi Pax Americana. Ma ono rozwijać się po prostu wzdłuż linii gazo- i naftociągów: przez Bułgarię i Grecję do Włoch, przez Rumunię, Słowację, Węgry, Czechy ku Austrii, Niemcom i dalej na zachód (Polska też mieści się w tych planach, choć na jednym z dalszych etapów).

Upadek dolara jako światowej waluty i kolejne prestiżowe porażki USA na froncie "wojny z terroryzmem" - od Iraku, poprzez Iran (gdzie dyplomacja rosyjska perfekcyjnie blokuje wszelkie wysiłki Waszyngtonu, by nałożyć realne sankcje na ten kraj), aż po Afganistan - niemal codziennie z lubością komentują rosyjskie media. Podobnie przedmiotem stałej uwagi i tysięcznych komentarzy jest kryzys Unii Europejskiej i wyczerpanie jej gotowości do dalszej ekspansji na wschód. Wali się Zachód (i jego ideowy projekt), wali Ameryka (i projekt jej globalnej dominacji), wali Europa (jako ideowy i polityczny ośrodek przyciągania), a Rosja wkracza na scenę pełną ideologicznych trupów, niczym Fortynbras w V akcie "Hamleta", by nareszcie wprowadzić porządek.

Nie, nie, to przesada. Za bardzo przypomina to scenariusze, jakie już przed 170 laty tworzyli Maurycy Mochnacki, Adam Mickiewicz czy Zygmunt Krasiński, przestrzegając Zachód przed ekspansją Rosyjskiego Imperium - scenariusze czarnej legendy rosyjskiego imperializmu, nawiązania do sfabrykowanego (także przez Polaka - napoleońskiego generała Michała Sokolnickiego) "testamentu Piotra I". Tyle że teraz nie piszą owych scenariuszy Polacy, pragnący oczernić rosyjskie intencje polityczne. Piszą je (i rozczytują się w nich z widoczną przyjemnością) sami Rosjanie. Czy nie chodzi jednak mimo wszystko o pewnego rodzaju ideologiczny margines rosyjskiej publicystyki i polityki? Cóż, jak trafnie zauważają w swej najnowszej publikacji ("Polje bitwy - strana. Nation-building i naszy Nejsznbildery") Irina i Swiatosław Kaspe, politolodzy z Moskwy, w ostatnim czasie w głównym nurcie politycznego dyskursu w Rosji znalazły swoje miejsce (także za sprawą najwyższych władz politycznych) takie retoryczne zwroty i figury, jakie wcześniej można było znaleźć jedynie na "radykalnym marginesie" i u "marginalnych radykałów". Nie o ulotne figury dyskursu chodzi tu jednak, ale o znacznie twardsze jego ślady: o budowaną za gigantyczne pieniądze przez państwo infrastrukturę dla polityki ekspansji. Ekspansji, której celem jest Europa.

Planowym wysiłkiem Rosja zmierza do zmonopolizowania źródeł i dostaw głównych surowców energetycznych dla Europy (i sporej części Azji). Nie zaspokaja się własnymi zasobami, ale skutecznie przejmuje kontrolę nad gazo- i naftociągami mogącymi eksportować surowce z Kazachstanu, Turkmenistanu, Azerbejdżanu. Gazpromowi udało się zawrzeć także strategiczne porozumienie z algierskim monopolistą, Sonatrachem, o współpracy w dostarczaniu gazu do Francji (żeby współpraca lepiej się układała, prezydent Putin anulował blisko 5 miliardów dolarów algierskiego długu wobec Rosji i... zaproponował zakup rosyjskich myśliwców za 7,5 miliarda). Linie przesyłowe kontrolowanej przez siebie ropy i gazu Rosja prowadzi nie tylko przez Białoruś, Ukrainę i po dnie Bałtyku (Gazociąg Północny), ale dorzuca wciąż nowe nitki swej sieci: przez Morze Czarne do Turcji albo (jeśli ta okaże się nie dość spolegliwa) z jej pominięciem - przez Bułgarię do Grecji i Włoch. To jest dopiero imponujący manewr oskrzydlający! Od Morza Kaspijskiego i Czarnego po zachodni kraniec Morza Śródziemnego, od Morza Barentsa przez Bałtyckie do Północnego. Bezpośrednio do kuchenek gazowych i piecyków klientów we Francji, Niemczech, Włoszech, Anglii... Miliony tych klientów, do których Gazprom uzyskał już dostęp w Europie Zachodniej, to potencjalna grupa nacisku na rzecz appeasementu wobec kolejnych żądań rosyjskiego giganta surowcowego. Europa nie ma już realnej energetycznej alternatywy.

Co jednak oznacza dziś pojęcie "Europa"? Jak je dziś rozumieją rosyjscy politycy? To dopiero ciekawe pytanie. Otóż istnieją dwie Europy. Publicystyka (i polityka) moskiewska bardzo przywiązały się do podziału zaproponowanego przed kilkoma laty przez amerykańskiego sekretarza obrony - na Europę "starą" i "nową". Interpretują go tylko nieco inaczej niż Donald Rumsfeld. Stara Europa to jedyna prawdziwa - taka, która rozumie konieczność partnerstwa z Rosją. To Europa, którą reprezentują dobrze znane w tradycji "koncertu mocarstw" stolice: Berlin, Paryż, ewentualnie także Rzym, Londyn i Madryt (prezydent Putin wskazał swoim dyplomatom te stolice jako jedyne ośrodki, z którymi Rosja powinna prowadzić swoją politykę europejską). Z drugiej strony jest nowa Europa, która właściwie zredukowana została do Polski. To oczywiście pseudo-Europa, proamerykańska agentura, głupia Polska, która raz jeszcze stawia w swej historii na niewłaściwego konia (a raczej patrona) - jak niegdyś wysługiwała się Napoleonowi, tak teraz wysługuje się upadającemu imperium amerykańskiemu. Bardzo precyzyjnie tę wizję Europy "dobrej" i "złej" przedstawił niedawno na łamach "Moskowskich nowostiej" (7 grudnia) przewodniczący Komisji Spraw Zagranicznych Dumy Konstantin Kosaczew. W konkluzji swego artykułu stwierdził, że w istocie "pozycja oponentów zbliżenia Rosji i Unii Europejskiej (czyli Polski - AN) nabiera nie tylko zwyczajowego sensu antyrosyjskiego, ale także antyeuropejskiego". Problemem, dodaje złowieszczo rosyjski polityk, nie jest brak możliwości integracji Rosji z eurostrukturami, ale to, że "kłopoty z pełnowartościową eurointegracją pojawiły się w krajach, które uważały swoją integrację za już dokonaną". Polska to dla Rosji nie Europa - przynajmniej tak długo, jak długo Warszawa nie zaakceptuje logiki partnerstwa, jakie Moskwa oferuje Berlinowi czy Paryżowi: logiki, która przypisuje Polsce wyłącznie rolę kraju tranzytowego, kontrolowanego w imię bezpieczeństwa tranzytu przez "wysokie umawiające się strony".

Czy jest w tej logice jakiś błąd? Bardzo trudno byłoby to dzisiaj wytłumaczyć nie tylko politykom rosyjskim, ale także ogromnej części rosyjskiej opinii publicznej. Nie ma tu mowy o żadnej imperialnej ideologii, żadnej imperialnej praktyce; jeśli mówi się o ekspansji, to tylko w sensie przenośnym, ekonomicznym. Polityka rosyjska jest dziś, jak słyszę zewsząd w Moskwie, "hiperracjonalna". Rządzi nią twardy rachunek ekonomiczny - i nic więcej. "In capital we trust" - tak streszcza dewizę tej polityki wspomniany już Dimitrij Trenin. Linia rozumowania czy raczej propagandowego sprzedawania owej polityki wygląda następująco: kto chce, może z nami handlować. I jeszcze na tym zarobić. Polska sama zrezygnowała z tego, odrzucając logikę korzystnego tranzytu, którą Moskwa proponowała Warszawie jeszcze w roku 2002. Warszawa nie chciała wtedy nowych gazociągów na swoim terytorium, więc prowadzimy gazociąg po dnie Bałtyku, omijając Polskę. Z powodu historycznych fobii Warszawa odrzuciła racjonalny rachunek. Dziś przeciwstawia ją to Europie (tej "starej", czyli "prawdziwej"), która z Rosją chce handlować i związać się "energetycznym partnerstwem". Jeśli Europa odrzuci tę logikę, straci tak samo jak Polska - dopowiadają w licznych tekstach i wypowiedziach rosyjscy politycy i komentatorzy. Rosyjski gaz i ropa zostaną wtedy skierowane gdzie indziej, wzmocnią inne gospodarki - chińską, indyjską, brazylijską (BRIC: Brazylia, Rosja, Indie, Chiny - jako nowe "tygrysy" światowego rozwoju, nie tylko ekonomicznego - to ostatni krzyk politycznej mody w Moskwie).

Otóż i tu zbliżamy się do sedna problemu: owa logika przemawia do wyobraźni nie tylko rosyjskich elit, ale trafia także do przekonania wielu politykom i komentatorom w krajach Unii Europejskiej. Czasem wiąże się ona z ideologicznymi resentymentami wobec Stanów Zjednoczonych (Rosja jako wzmacniająca siła europejskiego - np. niemiecko-francuskiego - rewanżu na Ameryce), częściej jest od nich wolna. W Berlinie, Rzymie czy Paryżu odbiera się ją jako może nie "hiper-", ale po prostu "racjonalną". Na globalnym rynku kurczących się zasobów strategicznych, takich właśnie jak gaz czy ropa (choć nie tylko, Rosja ma jeszcze wiele innych naturalnych atutów do wykorzystania), trzeba jak najszybciej zadbać o swoje interesy, o interesy swoich gospodarek. Ale co znaczy "swoich"? No... niemieckiej, francuskiej, włoskiej, itd. Jeśli nie ma w tym myśleniu powrotu do czystego egoizmu narodowych interesów, to jest na pewno przekonanie nie mniej dla idei europejskiej wspólnoty niebezpieczne: że "Europa to my" - Francja, Niemcy, Włochy... Nasze gospodarki, nasze instytucje, nasze umowy, nasze standardy zdecydują o ostatecznym sukcesie lub klęsce Europy na arenie globalnej rywalizacji. Mniejsze kraje Unii, zwłaszcza te nowe, muszą się temu podporządkować... Nie jest to myślenie nowe. Ma ono tradycje wyjątkowo długie i mocne - te właśnie, do których odwołuje się jak najbardziej świadomie Rosja. To tradycje europejskiego "koncertu mocarstw", który tworzą silni, gotowi do podejmowania decyzji także za słabszych, czyli tych, którzy nie potrafią siebie reprezentować, więc muszą być reprezentowani przez innych, światlejszych (bardziej "racjonalnych", nieulegających "historycznym fobiom"). To jest myślenie w kategoriach Realpolitik. I orientalizmu zarazem.

W takich kategoriach Rosja i Europa (czy raczej stara Europa) mogą się ze sobą porozumieć. Największym triumfem polityki rosyjskiej jest to, że znajduje obecnie partnerów do rozmowy na takiej płaszczyźnie. Warto zwrócić uwagę, że jest to odwrócenie sytuacji z początku lat 90. ubiegłego wieku. Wtedy Europa zdawała się znaczyć coś innego: była nie tylko atrakcyjnym projektem awansu materialnego, ale także pewną ideową (cywilizacyjną) propozycją, dla której zdawała się nie istnieć żadna dobra alternatywa. To był czas spodziewanego "końca historii". Sfera tej cywilizacji (a więc i jej liberalnych demokratycznych instytucji) miała poszerzać się ze swego zachodniego, europejskiego centrum, umożliwiając korzystanie z jego dobrodziejstw kolejnym krajom. Ale została zatrzymana - u wrót Rosji. Jak Hitler pod Moskwą w grudniu 1941 roku - tak interpretowała to postsowiecka część rosyjskiej opinii publicznej. Nie tylko jednak ta część, ale przytłaczająca większość opinii rosyjskiej (o czym świadczą wyniki badań, a także głosy komentatorów jak najdalszych od tęsknoty za sowieckimi czasami) uznaje dziś próby włączenia Rosji w obręb wspólnoty zachodniej za całkowicie chybione.

Kojarzone z owymi próbami lata 90. ("prokljatyje diewianostyje") są w obecnym dyskursie publicznym w Rosji tak jednoznacznie negatywnym układem odniesienia, jakim nigdy nie stały się czasy sowieckie. Dla części rozczarowanych liberałów rosyjskich Zachód (Europa) okazał się zbyt słaby, by podtrzymać wprowadzanie kapitalizmu do Rosji. Dziś tę słabość otwarcie uznaje, rezygnując ostatecznie z roli mentora Kremla - taka rola wymagałaby bowiem wzięcia odpowiedzialności, na którą żadna poważna instytucja, państwo czy system państw na Zachodzie nie jest gotowy (pisze o tym interesująco w swej najnowszej książce "Nowyj mirowoj poriadok" Anatolij Utkin).

Próba potraktowania Rosji jako jakiejś bardzo dużej Polski, którą można pouczyć o koniecznych reformach i stopniowo włączyć do europejskich instytucji, okazała się mrzonką. Rosja obroniła pozycję odrębnej wspólnoty, nie tylko politycznej, ale i w pewnym sensie cywilizacyjnej, albo co najmniej prawo do swojej Sonderweg. I z tego jest dumna. Demokracja tak, ale po naszemu, z carem. Nie indywidualna wolność, ale zbiorowa suwerenność wielkiego mocarstwa, dzięki której możemy wspólnie ustrzec się losu tych, którzy są reprezentowani przez innych, obcych - oto nasz specyficzny rosyjski cel. Cel, który za Putina został osiągnięty. To są tezy akceptowane powszechnie w dzisiejszej Rosji. Wybitny historyk Władimir Bułdakow pisze w tym kontekście o triumfie "homo rossicus". Inny znakomity interpretator dziejów Rosji Jurij Piwowarow (dyrektor Instytutu Informacji Nauk Społecznych Rosyjskiej Akademii Nauk) nie posuwa się do tego rodzaju determinizmu etnohistorycznego, ale w przekonujący sposób przedstawia w serii swych nowych książek trwałość odrębnego "rosyjskiego systemu", który potrafił przetrwać modernizację Piotra Wielkiego, kolejne fazy okcydentalizacji w wieku XIX i na progu XX, system sowiecki i wreszcie "przeklęte lata 90.". Jest Rosja i jest Europa. Mogą się spotkać i współpracować, ale Rosja nie zostanie przez Europę wchłonięta ani też nikt jej już nie zmusi do przekształcenia się na obraz i podobieństwo jakiejś "europejskiej idei". Ta idea jest fikcją. Pozostają tylko siła i interesy. Nic więcej. Zawsze tak twierdziliśmy - mówią tacy doradcy prezydenta Putina jak Siergiej Markow czy Gleb Pawłowski. Teraz wreszcie Europa przestaje udawać, że jest inaczej.

Tak przynajmniej wygląda to z perspektywy Moskwy. Siła "europejskiej idei" wyczerpała się. Nie tylko rosyjscy politycy i politolodzy to dostrzegają. Unia Europejska przechodzi swoisty kryzys tożsamości. Po co właściwie istnieje? Czy reprezentuje jakąś wspólnotę wartości i instytucji ważnych dla jej mieszkańców, ale też takich, które mogą być jeszcze atrakcyjne dla innych? I co ważniejsze: czy chce być atrakcyjna dla innych, czy chce jeszcze przyciągać nowych członków, czy tylko nowy kapitał? Do jakich granic? A przede wszystkim: w imię czego? Polityka i autorefleksja współczesnej Rosji pozwalają uświadomić sobie, jak pilne są to pytania. Dla krajów takich jak Polska - wręcz najpilniejsze. Jeśli idea wspólnoty europejskiej z udziałem Polski nie ulegnie ożywieniu, pozostanie nam tylko bunt przeciw logice porozumienia i partnerstwa, jakie proponuje Moskwa uznawanym przez nią stolicom "starej", "prawdziwej" Europy. Bunt raczej osamotniony. Jeśli Europa odnowi swoją wspólnotę, współpraca z Rosją nie przestanie być możliwa, stanie się tylko bardziej bezpieczna. Dla Europy i dla Rosji.

p

, ur. 1960, historyk, publicysta, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i PAN, redaktor naczelny dwumiesięcznika "Arcana". Jeden z najwybitniejszych znawców historii stosunków polsko-rosyjskich, zajmuje się także m.in. porozbiorowymi dziejami Polski oraz historią Europy Środkowo-Wschodniej. Opublikował m.in. książki "Jak rozbić rosyjskie imperium? (1733-1921)" (1999) oraz "Od imperium do imperium. Spojrzenia na historię Europy Wschodniej" (2004). Niedawno ukazały się: "Powrót do Polski" (2005) oraz antologia tekstów "Rosja i Europa Wschodnia" (2006). Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nrze 41 z 14 października ub.r. opublikowaliśmy jego tekst "Metamorfozy imperium".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj