Komornik może już dziś wejść do wrocławskiego Akademickiego Szpitala Klinicznego, by odzyskać długi - pisze DZIENNIK. Dyrekcja wręcz błaga wierzycieli, aby na kilka tygodni odstąpili od ściągania długów. Na dogadanie się z nimi ma czas do dziś. Tylko do godz. 10.
Dlaczego do godz. 10? Otóż 1 lutego NFZ powinien wysłać pieniądze z kontraktu. Jeśli szpital nie porozumie się z wierzycielami, pieniądze zablokuje komornik.
"To gra o życie naszych pacjentów" - mówi Piotr Pobrotyn, dyrektor ASK. Szpital jest winny 65 wierzycielom ponad 186 mln zł. "Sześćdziesięciu już przekonaliśmy, aby poczekali z egzekucją. Czekamy jeszcze na decyzję pięciu, w tym dwóch, którzy kupili nasze długi" - dodaje Pobrotyn.
Losy szpitala ważyły się przez całą środę. Wszyscy gorączkowo odliczali płynące minuty. Dyrektor Pobrotyn od samego rana wydzwaniał do firm i instytucji, u których zadłużony jest szpital. Namawiał, tłumaczył, opowiadał, co zamierza zrobić, żeby oddać dług.
"Szef był na gorącej linii z ministrem Religą. Cały czas coś uzgadniali" - zdradził DZIENNIKOWI jeden z pracowników ASK.
W tym czasie lekarze, pielęgniarki i cały personel czekali w napięciu, z jakimi wieściami powróci ich szef. "Żyjemy jak na bombie zegarowej. Nikt nie chce wierzyć, że to dzieje się naprawdę. Że jest zgodne z prawem. Zniszczony dom można odbudować. Ale życia ludzkiego nikt nie zwróci. Co mam powiedzieć, że potwornie się boję? Owszem, boję się. Ale moi mali pacjenci i ich rodzice boją się chyba jeszcze bardziej" - martwiła się prof. Alicja Chybicka, szefowa Kliniki Hematologii i Onkologii Dziecięcej ASK, która pod stałą opieką ma ponad 1800 dzieci z całej Polski. Na klinicznych oddziałach leży teraz blisko 50 ciężko chorych maluchów.
"Najgorsze, że jeśli choć jeden z wierzycieli się wyłamie, powie, że już teraz chce odzyskać pieniądze, to po nas" - mówi pani profesor.
"To gra o życie naszych pacjentów" - mówi Piotr Pobrotyn, dyrektor ASK. Szpital jest winny 65 wierzycielom ponad 186 mln zł. "Sześćdziesięciu już przekonaliśmy, aby poczekali z egzekucją. Czekamy jeszcze na decyzję pięciu, w tym dwóch, którzy kupili nasze długi" - dodaje Pobrotyn.
Losy szpitala ważyły się przez całą środę. Wszyscy gorączkowo odliczali płynące minuty. Dyrektor Pobrotyn od samego rana wydzwaniał do firm i instytucji, u których zadłużony jest szpital. Namawiał, tłumaczył, opowiadał, co zamierza zrobić, żeby oddać dług.
"Szef był na gorącej linii z ministrem Religą. Cały czas coś uzgadniali" - zdradził DZIENNIKOWI jeden z pracowników ASK.
W tym czasie lekarze, pielęgniarki i cały personel czekali w napięciu, z jakimi wieściami powróci ich szef. "Żyjemy jak na bombie zegarowej. Nikt nie chce wierzyć, że to dzieje się naprawdę. Że jest zgodne z prawem. Zniszczony dom można odbudować. Ale życia ludzkiego nikt nie zwróci. Co mam powiedzieć, że potwornie się boję? Owszem, boję się. Ale moi mali pacjenci i ich rodzice boją się chyba jeszcze bardziej" - martwiła się prof. Alicja Chybicka, szefowa Kliniki Hematologii i Onkologii Dziecięcej ASK, która pod stałą opieką ma ponad 1800 dzieci z całej Polski. Na klinicznych oddziałach leży teraz blisko 50 ciężko chorych maluchów.
"Najgorsze, że jeśli choć jeden z wierzycieli się wyłamie, powie, że już teraz chce odzyskać pieniądze, to po nas" - mówi pani profesor.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane