Andrzej Franaszek analizuje wydany niedawno tom "Wierszy zebranych" Stanisława Barańczaka. Stara się opisać zasadnicze doświadczenie leżące u podstaw tej poezji, ukryte w niej napięcia i egzystencjalne przesłania. Fundamentalnym doświadczeniem jest dla Barańczaka poczucie niestabilności i zmienności świata - to świat "w którym kontury rzeczy ciągle się zacierają, zaś poznawczej pewności nie przynosi ani >>skłócona, pierzchająca<< świadomość, ani niedoskonała pamięć. To, co zewnętrzne, szturmuje kruche granice >>ja<<, niosąc z sobą przede wszystkim zagrożenie". Stopniowo dochodzi do tego bardziej "społeczny" kontekst: wizja PRL-owskiej rzeczywistości zakłamanej, w której przemoc maskowana jest wzniosłymi hasłami. "Wcześniejszy dynamizm obrazów zostaje w jakimś stopniu zastąpiony gęstością języka, w którym piętrzą się warstwy ironicznych odwołań, cytatów z przenikniętej fałszem nowomowy gazet czy partyjnych przemówień i z codziennej mowy społeczeństwa".

p

Andrzej Franaszek*

O "Wierszach zebranych" Stanisława Barańczaka

Opublikowane niedawno nakładem Wydawnictwa a5 "Wiersze zebrane" to najpełniejsza, najstaranniej opracowana edycja poetyckiego dorobku Stanisława Barańczaka, ponad 500-stronicowa książka, zawierająca poetycki świat budowany przez wybitnego twórcę w ciągu blisko 40 lat. Jak w ten świat wejść? Jak opisać jego bogactwo? Twórczości autora "Podróży zimowej" obok mnóstwa artykułów poświęcono już kilka książek, precyzyjnie analizowano działające w niej językowe mechanizmy, stworzonego przez poetę bohatera... Teraz spróbujmy przynajmniej uchwycić określające ją napięcia, poetyckie odczuwanie, zapis ludzkiego losu, ujmując te wiersze nie jako "retrospektywę" współczesnego klasyka, lecz jako żywo nas dotykający egzystencjalny komunikat. Gdy dziś czyta się opublikowaną w 1968 roku "Korektę twarzy" - książkowy debiut 22-letniego wówczas poety, zbiór utworów chwilami dość jeszcze młodzieńczych i grzeszących niezupełną może czytelnością - uderzają dwie cechy ukazywanego w niej świata. Jest on dynamiczny, zmienny, płynny, trudny do rozpoznania, a zarazem nieustannie zagraża poetyckiemu bohaterowi. Obie te cechy zasadniczo odróżniają artystyczną propozycję Barańczaka od dominującej w życiu młodoliterackim lat 60. Orientacji Poetyckiej Hybrydy, od działań takich starszych o dekadę twórców jak Bordowicz, Gąsiorowski, Górzański czy Jerzyna, którzy z quasi-klasyczną dykcją pracowicie zaludniali papierowy, statyczny, przeintelektualizowany świat swoich wierszy archetypicznymi ikonami drzewa, kamienia, ryby czy gwiazdy... Dramatycznemu zarówno w planie egzystencjalnym, jak i społecznym postrzeganiu świata, które Barańczak dzielić będzie z innymi poetami Nowej Fali, towarzyszy poczucie, iż rzeczywistość umyka słowu, nie daje się zamknąć w klatkach dopracowanych formuł. Punktem wyjścia jest wewnętrzne, rudymentarne odczucie: nieostrego, niestabilnego, gęstego świata, w którym kontury rzeczy ciągle się zacierają, zaś poznawczej pewności nie przynosi ani "skłócona, pierzchająca" świadomość, ani niedoskonała pamięć.

To, co zewnętrzne, szturmuje kruche granice "ja", niosąc z sobą przede wszystkim zagrożenie. Gęsty od zmieniających się szybko obrazów, jeden z najlepszych w tomie, utwór "Na tej czereśni czerwień, na jej krwawe włókna" odsłania kierunek odczuć młodego Barańczaka. Miąższ rozerwanego owocu stawia przed oczyma otwartą ranę, pokryte krwią bandaże, każe odnaleźć cierpienie skryte we współczesnej poecie rzeczywistości i w świadectwie sztuki - oglądany świat aż kipi, płonie czerwienią, purpurowym ogniem, by na koniec zamknąć się w otoczonej splotem żył gałce ocznej. Zapisanie powodzi napływających bodźców, przeczuć przekracza możliwości literatury - w wierszu "Pismo" strona książki przypomina pokryte śniegiem pole, na którym umierają czarne litery: "tak szybko krzepnie w bieli tego śniegu czarna i żywa krew". Fragment ten ukazuje trzy podstawowe elementy Barańczakowej wyobraźni: słowo, śnieg i krew. Za chwilę dołączy do nich jeszcze oddech. Wiersz "Jednym tchem" z tomu o tym samym tytule wprowadza kluczową dla całej nowofalowej generacji metaforę oddychania. Utwór Barańczaka jest wypowiedziany, wykrzyczany pośpiesznie, właśnie jednym tchem, dzięki haustowi powietrza wciągniętemu w płuca jakby w ostatniej chwili - póki jeszcze można oddychać. W ciągu obrazów splecie się oddech, dzięki któremu można żyć i mówić, pozwalające wypowiedzieć prawdę słowo i kneblujące usta kłamstwo, zniewalające myśl nawiasy cenzury, przeczucie robotniczej krwi na ulicach Gdańska... Wiersz, podobnie jak wiele innych z tego tomu, jest znakomity, widać w nim erupcję talentu, fakt, iż gdy pod koniec 1970 roku powstawał arkusz "Jednym tchem" (włączony dwa lata później do "Dziennika porannego"), poeta przeżywał czas artystycznego spełnienia. Oddech każe myśleć o kruchości życia, uprzytamniać sobie ze zdumieniem, że krzyk rozkoszy, esencja witalności w każdej chwili może przekształcić się w przedśmiertne rzężenie, w śmiertelną ciszę. Życie ciągle umyka z nas, jest jak krew krążąca w labiryncie żył i uporczywie szukająca drogi ucieczki. W pole widzenia pisarza wkraczają umarli - spoczywający nieopodal żywych, spiskujący przeciwko nam w wielkim podziemnym kolisku, desperacko tłukący głowami w oddzielający nas mur... Raz jeszcze uwidacznia się zmienność ukazywanego przez poetę świata, jego nieustanne przekształcenia. Rzeczywistość pęcznieje, obumiera i wybucha, jest jak wielki organizm, który płynnie zmienia swą formę, ale zawsze pozostaje gotowy, by nas osmalić ogniem lub zmrozić śniegiem, uderzyć, przeszyć, zmiażdżyć, pozbawić tchu. Świat to setki ostrzy oczekujących na wrażliwe ludzkie ciało, to płomień, ból, a w najlepszym razie obojętność. Jak napisze Barańczak znacznie później: "To wszystko dookoła,/ co cię szczelnie otacza/ nie czując twego bólu,/ jest to tak zwany świat". Łączy się tu rozpoznanie kondycji człowieka osamotnionego w pustym milczącym kosmosie z opisem konkretnej sytuacji politycznej, z zapisem losu pozbawionego podstawowych praw, bitego, więzionego, zabijanego mieszkańca PRL-u czy innych totalitarnych państw, w których nawet "kwiat cięty" przypomina o "woni kolczastych drutów". O ile nieco później nacisk będzie kładziony przez poetę przede wszystkim na społeczny wymiar zagrożenia, to w wierszach z przełomu lat 60. i 70. uzyskuje on znakomitą spójność między tym, co osobiste, i tym, co "obywatelskie", oba te obszary umieszczając w obmywanej krwią, cielesnej przestrzeni obrazowania.

Stopniowo jednak nieufność, o której w 1970 roku Barańczak pisał, że powinna być naczelną zasadą poezji i umożliwiać jej docieranie do prawdy, zaczyna zwracać się przede wszystkim przeciwko politycznemu, ideologicznemu, językowemu kłamstwu, tkwiącemu u podstaw PRL-owskiej rzeczywistości. Wcześniejszy dynamizm obrazów zostaje w jakimś stopniu zastąpiony gęstością języka, w którym piętrzą się warstwy ironicznych odwołań, cytatów z przenikniętej fałszem nowomowy gazet czy partyjnych przemówień i z codziennej mowy społeczeństwa. Toczy się nieustanna gra sensów, poeta - np. w wierszu "Papier i popiół, dwa sprzeczne zeznania" - zderza z sobą podobnie brzmiące słowa czy wyrażenia, by uruchomić interpretacyjny mechanizm obnażający rzeczywistość, w której rzekoma wolność jest w istocie zniewoleniem, oficjalna prawda - kłamstwem... Jakkolwiek może na poziomie przekazywanych nam treści niektóre powstające wtedy wiersze mają dziś walor przede wszystkim dokumentu, trudno nie zachwycić się wspaniałym językowym słuchem umożliwiającym pisarzowi tworzenie precyzyjnych konstrukcji, będących czymś na kształt zastygłego w słowie wybuchu, harmonijnym połączeniem walczących z sobą fraz. Istotny staje się wtedy dla Barańczaka (poety obdarzonego wielką świadomością literackiej, kulturowej konwencji) postulat tożsamości między egzystencją i twórczością, myśl o moralnych zobowiązaniach pisarza, o dążeniu do ujednoznacznienia, do etycznej przezroczystości artystycznego komunikatu. Tom "Sztuczne oddychanie" z 1974 roku został nawet opatrzony mottem "Lecz niech mowa wasza będzie tak, tak, nie, nie. A co nadto więcej jest, od złego jest" - przesłaniem dla poezji w gruncie rzeczy ryzykownym... Bardzo dalece upraszczając, można powiedzieć, że w wierszach pisanych w latach 1975-1985, a opublikowanych w zbiorach "Sztuczne oddychanie", "Ja wiem, że to niesłuszne", "Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu" oraz "Atlantyda i inne wiersze", na pierwszym planie pojawiają się nie tyle pytania: kim jestem? w jaki świat zostałem wrzucony? dlaczego zadaje mi on ból? - ile raczej: kim jestem wobec innych? jakie jest społeczeństwo, wśród którego żyję? czy potrafię zachować godność, przyzwoitość, niezależność myślenia, własne "ja"?...

W ówczesnych utworach Stanisława Barańczaka pojawia się nietożsama z lirycznym podmiotem postać, reprezentant ogółu, czasem bliska autorowi, częściej bardzo wyraźnie od niego oddzielona. "Sztuczne oddychanie" przynosi cykl wierszy, których bohaterem jest N. N., pars pro toto polskiego społeczeństwa gierkowskiej epoki, społeczeństwa uwikłanego w rozliczne kompromisy, konformistycznego i zastraszonego, ale też w głębi duszy zrozpaczonego, wyzutego z nadziei. Społeczeństwa, które nie jest już w stanie wykrzyczeć czegoś jednym tchem, któremu potrzebne jest sztuczne oddychanie, bo "powietrze, którym wszyscy oddychamy/ Powietrze, którym dusimy się wszyscy" jest gęste od kłamstw.

N. N. przemieszkuje w swej "dziurze w betonie", porzucony przez Boga, daremnie próbując "przypomnieć sobie słowa modlitwy", podszyty rozpaczą, lękiem, myśląc czasem o samobójstwie, bez jasnej świadomości, kim właściwie jest. Ale jego dylematy, pytania, porywy rozpłyną się w zniechęceniu i rezygnacji, zawsze dojdzie do wniosku, iż "trudno mu się dziwić, że zamiast podnieść pięść,/ woli wykonać jeszcze jedno/ zmęczone/ machnięcie ręką". Przecież przypadł mu w udziale czas upodlony, stłamszony, szary, uniemożliwiający prawdziwą tragedię, gdy los jest niedocieczony, kryje się gdzieś we mgle jak Potwór Pana Cogito. Przekonanie, iż "żyjemy w określonej epoce", ten ubierający się w szaty zdrowego rozsądku slogan mający usprawiedliwić tchórzostwo rzuca uporczywy cień na bohaterów Barańczaka, zaś jego wiersze stają się swego rodzaju freskiem, zbiorowym portretem społeczeństwa "określonej epoki". Twórczości Barańczaka nie można jednak podzielić na chronologiczne rozdziały, podporządkowane hasłom "egzystencja", "metafizyka", "społeczeństwo". Wyrazistym tego przykładem są utwory z tomu "Tryptyk z betonu, zmęczenia i śniegu", częstokroć łączące z sobą dwa plany - dramat bohatera rozgrywa się tyleż w pustce ośnieżonego PRL-owskiego blokowiska, co w pustce międzyplanetarnej znaczonej jedynie lodowatym wichrem. W nieco autoironicznej tonacji mówi o tym bohater wiersza "22.12.79: Ułożone po ciemku", stwierdzając, iż jednakowo wrogie są wobec niego "układ słoneczny i ustrój społeczny".

Śnieg nieustannie towarzyszy bohaterowi cyklu "Dziennik zimowy", rozpiętego między listopadem i marcem, między "1.11.79: Elegią pierwszą, przedzimową" a "20.3.80: Elegią czwartą, przedwiosenną". Będąc elementem namacalnego codziennego świata, niesie z sobą jednocześnie szereg symbolicznych treści. Wpatrując się w opadające płatki, zrozumieć można, że świat przemawia do nas tak właśnie - zimnem, obojętnością, z którą okrywa wszystko biały puch. Tylko na pozór śnieg jest aseptycznie bezwonny, w rzeczywistości rozchodzi się spod niego "nikły zapach nicości, bezgraniczny, bezbarwny zapach". Okrywający ziemię nieludzko czysty śnieg, skuwający ją mróz są bowiem znakami śmierci, przybliżają jej jednolitą, bezbarwną pustkę. I jeśli nawet ciepły powiew wiatru, wczesne tchnienie wiosny, zachłyśnięcie się smakiem życia odsuną je na chwilę, to zaraz potem "zimno się robi na myśl, że nie ma nic bardziej jasnego/ od śniegu i śmierci, które i tak wrócą - twardsze i trwalsze".

A przecież właśnie w tych okolicznościach wiersze Barańczaka wskazują jakiś ślad nadziei, bardzo nieśmiało zarysowaną perspektywę Kogoś, kto stoi poza tym nieludzkim porządkiem. "Ten zamrażalnik,/ dokąd - aby nas ciepło nie zepsuło zanadto -/ upchnięto nas, chowając na rzekomo lepsze dni,/ jest tylko najzimniejszą częścią zimnej spiżarni,/ do której z rzadka, z zewnątrz, wpadnie ciepło i światło,/ gdy Ktoś otworzy - zajrzy - i znów zatrzaśnie drzwi" - czytamy w "Elegii czwartej...". Rzadko, na chwilę, nie pozostawiając żadnej pocieszającej wiadomości - ale jednak Ktoś się pojawia... Bardzo charakterystycznym, być może unikalnym, rysem poetyckiej twórczości Stanisława Barańczaka z przełomu lat 70. i 80. jest szukanie drogi do Boga nie ponad, ale właśnie poprzez wszystkie ułomne elementy ówczesnego codziennego świata. W szeregu wierszy niepewność własnego, zagrożonego represjami losu i przede wszystkim rozpadające się przedmioty codziennego użytku - wszystkie te irytujące usterki, niedoróbki, z którymi borykał się mieszkaniec ówczesnej Polski - nasycone treścią metafizyczną, zostają podniesione do rangi symbolu urządzenia świata. Tak jakby obluzowana klamka, spaczone drzwi, obłażąca ze ścian farba były przypomnieniem, odbiciem naszej śmiertelności, podatności na zranienie, ułomności. W obu wypadkach pilnie potrzeba fachowca, który usterki usunie - i w obu nie sposób się go doczekać.

Między "Atlantydą" a kolejnym zbiorem widać wyraźną różnicę - opublikowany w roku 1988 tom "Widokówka z tego świata i inne rymy z lat 1981-1985" sytuuje się już w innym rejestrze, jakby poeta niczym wąż zrzucił z siebie skórę wszystkich wcześniejszych wątpliwości i zobowiązań, odnalazł nowy, właściwy sobie ton. Pełna bardzo udanych, wymawianych pewną dykcją wierszy "Widokówka..." jest zbiorem de facto religijnym, rozpisaną na kolejne utwory, wielokrotnie ponawianą próbą rozmowy z Bogiem, zaczynającą się od pytania "Co mam powiedzieć? >>Wierzę<<?", kończącą zaś opatrzonym szeregiem złożonych wątpliwości, ale jednak wypowiedzianym wyznaniem: "nie myśl, że nie jestem w stanie/ wierzyć, żeś jest. W to nie wierz: jestem". Wkrótce po ukazaniu się tomu jego autor publikuje szkic "Tablica z Macondo", artystyczne credo definiujące zadania poezji. Z właściwym sobie poczuciem humoru i zręcznością za przykład poetyckiego działania obiera Barańczak samochodową tablicę rejestracyjną, na której można ułożyć złożony z sześciu liter napis. Po różnych przybliżeniach obierze on ostatecznie postać "ON JEST", przypominając - niczym walczące z epidemią amnezji napisy z powieści Marqueza - o istnieniu Boga, Świata, Drugiego człowieka. Poezja ma być odpowiedzią na skończoność życia budowaniem sensu, by spłatać figla czającej się na nas nicości. Taką też odpowiedź stara się dać autor "Widokówki...", wsłuchany w dochodzący doń głos Boga. Głos to przecież niewyraźny, zanikający, jedynie przeczuty, a może wręcz domyślany...

Najbardziej może charakterystyczny gest wyobraźni przynosi wiersz "Ustawienie głosu", gdzie jąkanie się bohatera napotyka domyślane jąkanie się Boga - rozmowa między nimi jest więc niezwykle utrudniona, narażona na przekłamania, niezrozumienie, choć przecież nie całkiem niemożliwa: "Wybacz. Ja nie kpię. Jakoś rozumiem Cię w sumie,/ jak jąkała drugiego jąkałę rozumie,/ to znaczy, z nim się męcząc, gdy chce coś powiedzieć". Podobną intuicję spotkamy też w późniejszym "Problemie nadawcy", gdzie skierowany do świata list od Boga, przypominającego Cześnika z "Zemsty", zapisuje zniedołężniały, przygłuchy Dyndalski, myląc się ciągle i na próżno usiłując przybliżyć nadawcę adresatom korespondencji.

Nie jest jednak Barańczak poetą metafizycznego spokoju. Uporczywie towarzyszy mu zwątpienie, choć może - zwłaszcza w dojrzałej fazie twórczości - na pierwszy rzut oka nie widać go wyraźnie. Wart uważnego przeczytania jest tu np. znany wiersz "Drobnomieszczańskie cnoty", zazwyczaj funkcjonujący jako nieledwie żart, anegdota przywołująca też "Wielomiesięczne kryzysy" - replikę urażonego Jacka Bierezina. Tymczasem zasadnicza tonacja utworu jest inna, autorefleksyjna, przypomina niektóre późne wiersze Miłosza i oddaje najwyraźniej zasadniczy rys osobowości pisarza, zadającego sobie pytanie: "Skąd ten chorobliwy przymus,/ aby udawać zdrowie, ustawiać przed zniszczeniami/ bariery i makiety?" Powody nie są w pełni jasne, nie zmniejsza to jednak pewności, iż nie należy odsłaniać swej rozpaczy, lęku, narzucać własnych duchowych piekieł innym ludziom. Czy jest to dowodem pychy, wiary, że poradzę sobie bez pomocy? A może raczej przekonania o daremności wysiłków, bo "trzeba by, na dobrą sprawę,/ w każdej sekundzie życia powtarzać to samo >>ratuj<<"?

Emocjonalna dyskrecja nie zmniejsza przecież dramatyzmu odczuć. Bo wszystkie wskazane przez napis "ON JEST" wymiary obarczone są niepewnością: Bóg pozwala nam co najwyżej domyślać się swoich słów. Świat podgryzany jest przez nicość, ciągle jakiś jego fragment znika w pustce, zaś Drugi jest ode mnie oddzielony, milczy, nie udziela odpowiedzi na me pytania, choć "w międzyczasie umieram".

Esencjonalną formę wszystkie te wątki znajdują w zbiorze "Podróż zimowa" z roku 1994, tomie zachwycającym, któremu odwołanie do cyklu pieśni Schuberta dało wspaniałą ramę, dyscyplinę i zarazem lekkość formy unoszącej nad wyraz gorzkie treści. Powraca tu motyw zimy i śniegu, raz jeszcze oddając kondycję człowieka, który w niechętnie zimnym świecie jest tylko gościem wpadającym na krótką chwilę.

Kluczowe dla "Podróży..." pytanie można byłoby sformułować w ten sposób: jeśli świat, w który zostaliśmy wrzuceni, przypomina szklaną kulę ze śniegiem, odbierające oddech lodowate więzienie, to czy między jego murami są jakieś prześwity, przez które moglibyśmy dojrzeć świat inny, szczeliny czy rysy, które mogłyby nam przynieść nadzieję? Zapewne tak. Jej znakiem mógłby być - jak przed laty pisał Marian Stala - ów wbity w ziemię koło cmentarzyska starych samochodów, "czyjś nie wiadomo czyj,/ wznoszący się ku niebu/ pastorał, kostur, kij". Znacznie wyraźniejszy sygnał przynosi wiersz "XVIII. [A jednak, gdy zawieja...]", gdzie - przywołując znany już z "Tryptyku..." obraz niekończącego się oczekiwania na zasypanym śniegiem autobusowym przystanku - poeta powiada, iż takie właśnie doświadczenie mroku, beznadziei to "w zdaniach zim/ udostępniany kontakt [...]/ z Czymś Więcej, czyli z Nim". Jak jednak nikła jest ta nadzieja! Jakie pocieszenie mógłby przynieść głos Boga, przemawiający poprzez zawieję, lodowatą pustkę?

A przecież punkt dojścia dotychczasowej twórczości Stanisława Barańczaka, opublikowany w roku 1998 tom "Chirurgiczna precyzja. Elegie i piosenki z lat 1995-1997", przynosi zmianę tonacji. Bo choć nie unieważnia egzystencjalnych i religijnych lęków, utajonych źródeł rozpaczy, to jednak ukazuje dwie przeciwwagi dające może niedoskonałe, ale jednak pocieszenie. Są nimi sztuka oraz - inaczej niż w "Podróży..." - drugi człowiek.

Sztuka, a dokładniej muzyka. Umieszczony poza kolejnymi częściami, w wyeksponowanym miejscu, pierwszy wiersz tomu nosi tytuł "Z okna na którymś piętrze ta aria Mozarta". Choć rozpadają się w gruzy i na nowo powstają mocarstwa, ludzie giną od kul, kataklizmów i starości, drobiny egzystencji przepadają w pustce, to przecież równocześnie, mimo wszystko, muzyka trwa. Gdzieś wysoko, wyrastając z niego, ale wznosząc się ponad nasz ziemski padół, bytują słowa Cherubina, doskonałe dźwięki wielkiej apoteozy miłości - arii z "Wesela Figara". Nie jest to ucieczka pięknoduchów, którzy chcą zapomnieć o niedogodnościach losu, ale coś znacznie ważniejszego. Muzyka mówi bowiem: jeśli istnieję, to swą ponadludzką perfekcją zaświadczam, że człowiek, który mnie stworzył, jest także i tym - nie tylko bólem, chorobą, oczekiwaniem na śmierć. Jest w nim cząstka (nieziemska? boska?) mogąca stanowić przeciwwagę dla zła, cierpienia i pustki. W "Chirurgicznej precyzji" mowa o człowieku bardzo konkretnym, o żonie poety, Annie Barańczakowej, której poświęcone są piękne miłosne wyznania, ubrane w zwiewne szaty piosenek-pastiszy. Ich dowcip pozwala uniknąć patosu, ale nie zmienia faktu, iż są hołdem, pełnym zachwytu opiewaniem drugiego człowieka. Zaś jeden z najbardziej przejmujących utworów autora "Podróży zimowej" to napisany w całkowicie poważnej konwencji "Płakała w nocy, ale nie jej płacz go zbudził", dyskretny, a zarazem wyrazisty do bólu wiersz poświęcony miłości, trosce o ukochanego, wspólnemu byciu w cierpieniu i bezradności.

Sztuka, miłość... Ostatecznie spotykają się one w tym samym niepokoju, w tej samej potrzebie: zatrzymania czasu, unieważnienia śmierci. W tej zamykającej tom nadziei, że jednak, mimo wszystko, wbrew wszystkiemu można "samą siłą kochania, jak wyspę wśród morza,/ uchować coś przed zmianą".

Andrzej Franaszek

p

*Andrzej Franaszek, ur. 1971, badacz literatury, krytyk literacki, szef działu kultury "Tygodnika Powszechnego". Zajmuje się m.in. twórczością Zbigniewa Herberta i Czesława Miłosza. Autor poświęconej Herbertowi książki "Ciemne źródło" (1998). Wydał również dwuczęściową antologię "Poznawanie Herberta" (1998-2000). Obecnie pracuje nad biografią Miłosza. W "Europie" nr 51 z 23 grudnia ub.r. opublikowaliśmy jego tekst ">>Muszę stać się wielkim<<".