Górnicy w "Halembie" zginęli, próbując wydobyć spod ziemi nie nowy sprzęt za 70 mln zł, a dwudziestoletnie obudowy kombajnu górniczego, warte najwyżej 11 mln zł. Ich życie narażano, aby wywieźć złom - pisze DZIENNIK.
Ta szokująca informacja wzmacnia siłę oskarżenia pod adresem szefów "Halemby" i właściciela prywatnej firmy Mard.
21 listopada 2006 r. wybuch metanu i pyłu węglowego tysiąc metrów pod ziemią zabił 23 górników. Tamtego dnia, kiedy jeszcze rozmiar tragedii nie był znany, a akcja ratunkowa dopiero ruszała, cała Polska usłyszała od rzecznika Kompanii Węglowej Zbigniewa Madeja, że górnicy mieli zdemontować sprzęt wart 70 mln zł. Tę informację powtarzano potem wielokrotnie, uzasadniając podejmowanie ryzyka pracy w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Taką wartość sprzętu potwierdził także 23 listopada w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Grzegorz Pawłaszek, prezes Kompanii Węglowej. "To było nowe wyposażenie, dlatego chcieliśmy je odzyskać" - mówił.
Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Górników zatrudnionych w prywatnej firmie Mard, wielu nieprzeszkolonych i niewłaściwie ubranych, wysłano głęboko pod ziemię po stare obudowy z lat 80., zmodernizowane w 2004 r. za ponad 12 mln zł. Ich wartość księgową wczorajszy "Puls Biznesu" oszacował na 10-11 mln zł. Dlaczego przez cztery miesiące, jakie upłynęły od wypadku, zarząd kopalni nie podał prawdziwej wartości sprzętu, którego demontaż 23 osoby przypłaciły życiem?
"Myślę, że było to zaplanowane działanie. Gdyby opinia publiczna dowiedziała się od razu, jaka była wartość maszyn, trudno byłoby obronić tezę, że obecność ludzi na dole była naprawdę konieczna" - mówi DZIENNIKOWI psycholog dr Daniel Leśniak.
21 listopada 2006 r. wybuch metanu i pyłu węglowego tysiąc metrów pod ziemią zabił 23 górników. Tamtego dnia, kiedy jeszcze rozmiar tragedii nie był znany, a akcja ratunkowa dopiero ruszała, cała Polska usłyszała od rzecznika Kompanii Węglowej Zbigniewa Madeja, że górnicy mieli zdemontować sprzęt wart 70 mln zł. Tę informację powtarzano potem wielokrotnie, uzasadniając podejmowanie ryzyka pracy w skrajnie niebezpiecznych warunkach. Taką wartość sprzętu potwierdził także 23 listopada w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" Grzegorz Pawłaszek, prezes Kompanii Węglowej. "To było nowe wyposażenie, dlatego chcieliśmy je odzyskać" - mówił.
Tymczasem prawda jest zupełnie inna. Górników zatrudnionych w prywatnej firmie Mard, wielu nieprzeszkolonych i niewłaściwie ubranych, wysłano głęboko pod ziemię po stare obudowy z lat 80., zmodernizowane w 2004 r. za ponad 12 mln zł. Ich wartość księgową wczorajszy "Puls Biznesu" oszacował na 10-11 mln zł. Dlaczego przez cztery miesiące, jakie upłynęły od wypadku, zarząd kopalni nie podał prawdziwej wartości sprzętu, którego demontaż 23 osoby przypłaciły życiem?
"Myślę, że było to zaplanowane działanie. Gdyby opinia publiczna dowiedziała się od razu, jaka była wartość maszyn, trudno byłoby obronić tezę, że obecność ludzi na dole była naprawdę konieczna" - mówi DZIENNIKOWI psycholog dr Daniel Leśniak.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane