Jedynej w Polsce szkole sióstr Zgromadzenia Najświętszego Serca Jezusa Sacre-Coeur w Pobiedziskach grozi likwidacja. Przetrwała wojnę, przetrwała stalinizm. Może przegrać z niżem demograficznym i niechęcią władz miasteczka - pisze DZIENNIK.
Wiadomość, że znana nie tylko w Wielkopolsce szkoła może upaść, zelektryzowała nie tylko rodziców uczniów, ale i środowisko nauczycielskie.
"Świadectwo ukończenia tej szkoły od dziesiątków lat było paszportem otwierającym drzwi najlepszych uczelni i firm na całym świecie" - mówi siostra Maria Broniec, dyrektor
szkoły. Na czym polegała ta wyjątkowość?
Przede wszystkim na tradycyjnym modelu wychowawczym zakładającym, że nauczyciele prowadzą indywidualny dialog z każdym uczniem. Tu nigdy nie było 30-osobowych klas, ładowania w młodych ludzi encyklopedycznej wiedzy, nigdy nie wyśmiewano za to, że ktoś miał odwagę myśleć inaczej.
Zresztą właśnie indywidualne myślenie przysparzało szkole wielu problemów. W latach 50. komunistyczne władze chciały placówkę zamknąć. Groziły, że nie będą uznawać matury, którą tam uczniowie zdawali. Odcinali pieniądze. Dochodziło do paradoksów, że szkoła utrzymywała się z uprawy warzyw w swoich szklarniach.
Dziś szkoła stanęła na krawędzi bankructwa. "Zaczyna się niż demograficzny, a poza tym społeczeństwo ubożeje" - ocenia s. Broniec. "Musimy mieć zawsze 150 uczniów. Teraz kształcimy ledwie setkę w gimnazjum i liceum. Czesne wynosi około 350 zł miesięcznie. Nie każdego stać na taki wydatek" - dodaje.
Szkoła mogłaby przetrwać trudne czasy, ale pod warunkiem że zostałaby przekształcona w szkołę publiczną. Wtedy samorząd przejąłby jej utrzymanie. Siostry zwróciły się do gminy z taką ofertą, ale - ku zaskoczeniu wszystkich - odpowiedź była odmowna.
Przede wszystkim na tradycyjnym modelu wychowawczym zakładającym, że nauczyciele prowadzą indywidualny dialog z każdym uczniem. Tu nigdy nie było 30-osobowych klas, ładowania w młodych ludzi encyklopedycznej wiedzy, nigdy nie wyśmiewano za to, że ktoś miał odwagę myśleć inaczej.
Zresztą właśnie indywidualne myślenie przysparzało szkole wielu problemów. W latach 50. komunistyczne władze chciały placówkę zamknąć. Groziły, że nie będą uznawać matury, którą tam uczniowie zdawali. Odcinali pieniądze. Dochodziło do paradoksów, że szkoła utrzymywała się z uprawy warzyw w swoich szklarniach.
Dziś szkoła stanęła na krawędzi bankructwa. "Zaczyna się niż demograficzny, a poza tym społeczeństwo ubożeje" - ocenia s. Broniec. "Musimy mieć zawsze 150 uczniów. Teraz kształcimy ledwie setkę w gimnazjum i liceum. Czesne wynosi około 350 zł miesięcznie. Nie każdego stać na taki wydatek" - dodaje.
Szkoła mogłaby przetrwać trudne czasy, ale pod warunkiem że zostałaby przekształcona w szkołę publiczną. Wtedy samorząd przejąłby jej utrzymanie. Siostry zwróciły się do gminy z taką ofertą, ale - ku zaskoczeniu wszystkich - odpowiedź była odmowna.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|