Policja nabrała podejrzeń, bo Polka kręciła podczas przesłuchań. Najpierw mówiła, że to jej partner - ojciec dziecka - Macedończyk Hismet Karimani wyrzucił córeczkę przez okno i zaraz potem uciekł. Ona sama miała nie wychodzić z mieszkania przez trzy dni. Podobno była w szoku. Później jednak policjanci znaleźli jej zakrwawione ubranie w śmietniku. To przeczyłoby temu, co zeznała Polka.

Kobieta żyła ze swym 23-letnim partnerem od czterech lat. W styczniu para przeprowadziła się do trzypokojowego mieszkania w 20-piętrowym wieżowcu w Hamburgu. To właśnie tam, w minioną sobotę, wydarzyła się tragedia. "Urodziłam dziecko w samotności. Nikogo przy mnie nie było" - mówiła Monika niemieckiej policji. "Potem przyszedł Hismet. Był wściekły. Nawet nie przyglądał się maleństwu. Wsadził naszą córkę w torbę i wyrzucił przez balkon. Byłam wstrząśnięta. A on wyszedł i od tamtego czasu już go nie widziałam" - powiedziała Polka.

Na policję zadzwonił mieszkaniec hamburskiego bloku. To on znalazł w krzakach przed wieżowcem ciałko noworodka. W poszukiwaniu śladów mundurowi zajrzeli do wszystkich śmietników w okolicy domu. Przesłuchali też mieszkańców bloku, a od ponad stu kobiet pobrali próbki śliny, by na podstawie badań DNA ustalić, która z nich jest matką noworodka. Gdy wypytywali, która z sąsiadek była w ciąży, nikt nie wskazał jednak na Monikę.

Obławę na Hismeta Karimani, ojca dziecka, wstrzymano

O ciąży dziewczyny nie wiedziała nawet kuzynka Macedończyka, która przez ostatnie trzy miesiące mieszkała z młodymi. Może dlatego, że Polka zawsze miała nadwagę. Gdy wydarzyła się tragedia, Macedonki nie było w domu. Kobieta zapewnia, że gdyby o wszystkim wiedziała, nie dopuściłaby do zbrodni.

Pod wieżowcem, w którym Macedończyk mieszkał z Polką, palą się znicze. Mieszkańcy przynieśli też mnóstwo dziecięcych maskotek.