Pogrzeb to ostatni moment, żeby godnie pożegnać się z bliskim zmarłym. Ale ksiądz Eugeniusz L. odebrał swoim parafianom to prawo. Rodzina ma wprawdzie chwilę, żeby po raz ostatni spotkać się ze zmarłym, ale musi to robić w skandalicznych warunkach. Ostatnie pożegnanie odbywa się w starej, rozwalającej się szopie. Żałobnicy modlą się do Boga o wieczny odpoczynek za zmarłego, kiedy ten leży w zimnej ruderze - opisuje "Fakt".

Mieszkańcy wsi są zbulwersowani. Ale boją się księdza despoty. "Jesteśmy zniesmaczeni. Brakuje nam w kościele trumny z ciałem. Ksiądz jest jednak zbyt ważną osobą we wsi, żebyśmy mogli mu się przeciwstawić" - tłumaczy jeden z mieszkańców i szybko odchodzi do domu, nie chcąc, aby go ktokolwiek zobaczył z dziennikarzem.

Bo ksiądz Eugeniusz L. zabronił mieszkańcom Robakowa rozmawiać z dziennikarzami. A gdy "Fakt" zapytał go, dlaczego w tak haniebny sposób traktuje zmarłych ludzi, najpierw uśmiechnął się, a potem spokojnym głosem stwierdził, że nie widzi nic złego w takim postępowaniu. Tłumaczy, że trumna mogłaby stać podczas mszy żałobnej w kościele, gdyby dostał na nową kaplicę. I jeszcze raz przekonuje, że nie ma nic zdrożnego w tym, że zmarli czekają na pochówek w ohydnej szopie.

"Co robić?! Może jak coś w gazetach napiszą o tej szopie, to nasz proboszcz pozwoli wnieść trumnę z ciałem do kaplicy" - mają nadzieję mieszkańcy Robakowa.