"Fakt" próbuje dowiedzieć się, dlaczego Damian C. zastrzelił trzech policjantów i ranił eskortowanego przez nich aresztanta.

Damian C. miał z pozoru normalną rodzinę. Żona, dwóch synów - 5 i 8 lat. Sąsiedzi mężczyzny mówią jednak, że małżeństwu od pewnego czasu wyraźnie się nie układało. Ciągłe awantury, rękoczyny. Ona kilka razy wyprowadzała się z domu. Mieszkała wtedy u rodziców, u których większość czasu spędzali synowie C. "Moja córka całymi dniami pracowała, a my zajmowaliśmy się dzieciakami. On się nimi prawie w ogóle nie interesował" - mówi Janina G., teściowa Damiana C. Zięciowi nie szczędzi gorzkich słów. Mówi, że to jej córka zarabiała pieniądze i utrzymywała dom.

Pieniądze miały być głównym powodem awantur pomiędzy małżeństwem C. Ona pracowała w sklepie meblowym. Spędzała tam sporo czasu. On na służbie. A w więziennictwie niewiele płacą. Ona mu to wypominała. On się wściekał...

Po jednej z awantur, teść C. powiadomił policję. Powiedział im, że zięć pobił córkę. Policjanci podobno przyjechali na miejsce. Oficjalnie nie było interwencji.

Awantury zdarzały się coraz częściej. Kilka tygodni temu Damian C. wylądował na chirurgii szczękowej szpitala w Sieradzu. Twierdził, że został pobity przez... żonę. Po tej awanturze żona wyprowadziła się do swoich rodziców. C. poszedł na zwolnienie. Do pracy wrócił wczoraj.

Ofiary szaleńca


Damian C. z kałasznikowa zabił trzech niewinnych, przypadkowych policjantów. Wszyscy mieli rodziny. Sierżant Bartłomiej K. osierocił sześcioletnią córeczkę. W policji od 2003 roku, specjalista do spraw walki z przestępczością samochodową. Młodszy aspirant Andrzej W. miał 11-letniego synka. W policji od 1996. Ostatnio w wydziale walki z przestępczością samochodową KWP w Łodzi. Lekarze długo walczyli o życie 40-letniego sierżanta sztabowego Wiktora B. Również z KWP w Łodzi. Policjant zmarł na stole operacyjnym. Był ojcem 10-letniego syna.

Jak to się mogło stać? - zadają pytanie ich koledzy ze służby. Nasza praca jest niebezpieczna, ale kto mógłby się spodziewać ataku z tej strony? Że nagle bez żadnego powodu strażnik więzienny zacznie do nich strzelać?

Dlaczego strzelał?

Nie było okoliczności, które wzbudzałyby jakiekolwiek wątpliwości co do Damiana C. - mówi płk Marek Lipiński, dyrektor więzienia w Sieradzu. To był normalny człowiek, który normalnie pędził służbę. Nigdy nie był obiektem postępowania dyscyplinarnego. Przez sześć lat dobrze wykonywał swoją pracę.

Co w takim razie stało się z tym normalnym człowiekiem, że nagle zaczął strzelać do innych, bezbronnych ludzi?

Czy Damian C. nie mógł znieść atmosfery w domu? Czy ciągłe awantury z żoną doprowadziły go do załamania nerwowego. Trafił do szpitala po tym, jak kobieta go pobiła. Miał poważny uraz. Ona chciała wyprowadzić się z domu. Podkreślała, że rodzinę utrzymują głównie zarobione przez nią pieniądze. Matka Damiana C. mówi, że syn nie mógł znieść myśli, że dojdzie do rozwodu. Że straci kontakt z dziećmi. Czy psychika C. nie wytrzymała tego stresu? Czy zbrodnia była reakcją przeciążonego umysłu? - zastanawia się Fakt.

Wiedzieli o rodzinnych problemach

Ale policja bierze pod uwagę także inne motywy. Przed laty Damian C. spotykał się z nieciekawym towarzystwem. Był podobno dobrze znany w sieradzkim półświatku. Kumple poszli siedzieć, a Damian C... wstąpił do służby więziennej. Nie był notowany. Z czystą kartoteką przyjęto go bez problemu.

Czy w więzieniu pełnił rolę inną niż tylko strażnika? Czy przypadkiem celem jego ostrzału nie była osoba aresztanta, człowieka podejrzanego o kradzieże samochodowe?

W tej sprawie na razie więcej jest pytań niż odpowiedzi. Zastanawia, czy dobrze działa system badań psychologicznych dla strażników wyposażonych w broń palną. W końcu Damian C. wylądował w szpitalu po pobiciu przez żonę, z którą toczył ciągłe awantury. Awantury, o których wiedziała policja. Czy nikt nie podejrzewa, że ten człowiek może być niebezpieczny?