O godz. 9 na ulicę wyszło około 200 lekarzy z największego szpitala w Warszawie, przy ul. Banacha. Przez dwie godziny chodzili po przejściu dla pieszych. Droga była nieprzejezdna, momentalnie utworzył się gigantyczny korek.
"Co oni wyrabiają? Niech zawód zmienią albo wyjadą za granicę! Nikt ich tu nie trzyma!" - denerwowała się jedna z pasażerek autobusu. Nie minął kwadrans, a nerwy puściły jednemu z kierowców. Wściekły mężczyzna wybiegł z samochodu uzbrojony w kanister z olejem napędowym. Oblał kilku lekarzy.
Jednej z lekarek olej dostał się do oka. A mężczyzna pobiegł do samochodu i odjechał z piskiem opon. Dziennikarzom mówił potem, że jeszcze poprzedniego dnia popierał protest lekarzy, ale zmienił zdanie. "Dlaczego przez to, że oni nie mają pieniędzy, ja nie mogę dojechać do pracy?" - denerwował się sfrustrowany kierowca.
Na ulice wyszli też wczoraj pracownicy szpitala z Gorzowa Wielkopolskiego. Zadłużona po uszy placówka stoi na skraju bankructwa. Wczoraj na jej konto wpłynęły zaległe pieniądze za kwiecień, które zablokował wcześniej komornik. Mimo to grupa lekarzy nie przerwała trwającej od siedmiu dni głodówki.
Zdesperowani pracownicy szpitala przemaszerowali ulicami miasta i blokowali ronda. Protestowało około 300 osób: pielęgniarki, pracownicy techniczni i przedstawiciele "Solidarności", ale zabrakło lekarzy. "Protest prowadzimy w porozumieniu z lekarzami, ale oni pozostali przy pacjentach" - tłumaczył DZIENNIKOWI Andrzej Andrzejczak, szef szpitalnej "Solidarności", organizator protestów.
Miasto w godzinach szczytu zostało sparaliżowane. "No tak, nauczyli się od Leppera" - komentowali blokadę gorzowianie. "Wychodzimy na ulice po to, żeby ratować szpital. Ten protest jest także w imieniu pacjentów" - odpowiada Andrzejczak. W Gorzowie nikt nikogo niczym nie oblał.