W marketach jest cały system wyzysku. O pracę, wbrew pozorom, nie jest najłatwiej, więc każdy trzyma buzię na kłódkę i tyle - mówi DZIENNIKOWI Bożena Łopacka, która wygrała z "Biedronką" proces o nadgodziny. "Będą szykany i zwolnienia" - zapowiada, tłumacząc, czemu niewielu handlowów przystąpiło do strajku.
MARIA BARTOSZKO, SŁAWOMIR CICHY: Jak w hipermarketach działa mechanizm szykan? To kierownicy sklepów zastraszają pracowników czy przykład idzie z
góry?
BOŻENA ŁOPACKA: Kierownicy niewiele mogą. Tak naprawdę proces decyzyjny zaczyna się oczko wyżej, przy szefach regionu. To właśnie oni stają na rzęsach i trzymają załogi „za twarz”.
Rzecznicy central hipermarketów zapewniają, że zarządy nie wiedzą o zastraszaniu. Wierzy w to pani?
Absolutnie nie ma takiej możliwości. Nikt niczego nie może zrobić bez przyzwolenia zarządu. W marketach został skonstruowany cały system wyzysku, tyle tylko, że bardzo trudno jest cokolwiek udowodnić. O pracę, wbrew pozorom, nie jest najłatwiej, więc każdy trzyma buzię na kłódkę i tyle. Każdy, kto ciśnie, tłumaczy się swoim bezpośrednim szefem. Tak to działa.
Czyli mamy do czynienia z łańcuszkiem zależności?
Wolę określenie „piramida strachu”. W „Biedronce” za moich czasów hierarchia wyglądała tak: kasjerki, kierownik sklepu, kierownik regionu, kierownik okręgu i dyrektor operacyjny, który jest już bardzo blisko zarządu. Przykład idzie z góry: każdy ma swoje cele i zadania do wypełnienia, zmusza więc tych z niższego szczebla do pracy, jak by nie patrzeć, na siebie. Wszyscy są od siebie uzależnieni.
Czy ludzie, którzy mimo zastraszania przystąpili do czwartkowego strajku, pożałują tego?
Jestem o tym przekonana. Będą szykany i zwolnienia.
Jak to wygląda: ochrzania się pracownika na forum publicznym czy robi się to w cztery oczy?
Wszystko robi się w zaciszu gabinetów, bez świadków. Szykanuje się delikwenta, żeby się złamał albo zwalnia. Tu też są dwie drogi: zwalnia się go albo doprowadza się, by sam złożył wypowiedzenie. Przeżyłam to na własnej skórze. Usłyszałam od kierownika regionu: „Zwolnij się albo ja to będę musiał zrobić. Wiesz jak to jest, użyję jakiejś prowokacji i po tobie”. Wiedziałam, że skończy się tak, że w mojej torebce znajdą coś skradzionego. Tak wrobili jedną z kierowniczek sklepu, która po siedmiu latach pracy miała rzekomo ukraść batonik za 1,45 zł.
Przez dwa lata była pani kierownikiem sklepu. Kiedy pani zdecydowała, że nie chce już być trybikiem w machinie?
Kiedy miałam kamień w nerce. Ból nieprawdopodobny. Pojechałam do szpitala, dostałam zastrzyk i wróciłam do sklepu, bo akurat miałam inwentaryzację. Nie mogłam chodzić, więc jeździłam na krześle biurowym. Usłyszałam od szefowej regionu, że nie chce mi się pracować. Powiedziałam: „Dość!”. Zwolnienie, cztery miesiące na antydepresantach, w końcu sama – na prośbę nowego szefa regionu – zwolniłam się z pracy.
Bożena Łopacka przez pięć lat pracowała w sieci „Biedronka”, wygrała z pracodawcą proces o nadgodziny
BOŻENA ŁOPACKA: Kierownicy niewiele mogą. Tak naprawdę proces decyzyjny zaczyna się oczko wyżej, przy szefach regionu. To właśnie oni stają na rzęsach i trzymają załogi „za twarz”.
Rzecznicy central hipermarketów zapewniają, że zarządy nie wiedzą o zastraszaniu. Wierzy w to pani?
Absolutnie nie ma takiej możliwości. Nikt niczego nie może zrobić bez przyzwolenia zarządu. W marketach został skonstruowany cały system wyzysku, tyle tylko, że bardzo trudno jest cokolwiek udowodnić. O pracę, wbrew pozorom, nie jest najłatwiej, więc każdy trzyma buzię na kłódkę i tyle. Każdy, kto ciśnie, tłumaczy się swoim bezpośrednim szefem. Tak to działa.
Czyli mamy do czynienia z łańcuszkiem zależności?
Wolę określenie „piramida strachu”. W „Biedronce” za moich czasów hierarchia wyglądała tak: kasjerki, kierownik sklepu, kierownik regionu, kierownik okręgu i dyrektor operacyjny, który jest już bardzo blisko zarządu. Przykład idzie z góry: każdy ma swoje cele i zadania do wypełnienia, zmusza więc tych z niższego szczebla do pracy, jak by nie patrzeć, na siebie. Wszyscy są od siebie uzależnieni.
Czy ludzie, którzy mimo zastraszania przystąpili do czwartkowego strajku, pożałują tego?
Jestem o tym przekonana. Będą szykany i zwolnienia.
Jak to wygląda: ochrzania się pracownika na forum publicznym czy robi się to w cztery oczy?
Wszystko robi się w zaciszu gabinetów, bez świadków. Szykanuje się delikwenta, żeby się złamał albo zwalnia. Tu też są dwie drogi: zwalnia się go albo doprowadza się, by sam złożył wypowiedzenie. Przeżyłam to na własnej skórze. Usłyszałam od kierownika regionu: „Zwolnij się albo ja to będę musiał zrobić. Wiesz jak to jest, użyję jakiejś prowokacji i po tobie”. Wiedziałam, że skończy się tak, że w mojej torebce znajdą coś skradzionego. Tak wrobili jedną z kierowniczek sklepu, która po siedmiu latach pracy miała rzekomo ukraść batonik za 1,45 zł.
Przez dwa lata była pani kierownikiem sklepu. Kiedy pani zdecydowała, że nie chce już być trybikiem w machinie?
Kiedy miałam kamień w nerce. Ból nieprawdopodobny. Pojechałam do szpitala, dostałam zastrzyk i wróciłam do sklepu, bo akurat miałam inwentaryzację. Nie mogłam chodzić, więc jeździłam na krześle biurowym. Usłyszałam od szefowej regionu, że nie chce mi się pracować. Powiedziałam: „Dość!”. Zwolnienie, cztery miesiące na antydepresantach, w końcu sama – na prośbę nowego szefa regionu – zwolniłam się z pracy.
Bożena Łopacka przez pięć lat pracowała w sieci „Biedronka”, wygrała z pracodawcą proces o nadgodziny
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|