Dla proboszcza wypadek we Francji to wielki osobisty dramat - pisze "Fakt". Prosi wszystkich o gorącą modlitwę w intencji ofiar, a także ich rodzin. By mieli siłę
przetrwać ten ciężki czas.
"Jest nam wszystkim ciężko. Wszyscy potwornie cierpimy, straszny jest ból tych, którzy stracili swych bliskich" - mówi ksiądz Zawistowski. "Nie możemy jednak
zadawać pytania <dlaczego?>. Przecież Bóg nie jest winny. My za to musimy szukać odpowiedzi na pytanie, co chciał nam przekazać".
To dla niego ciężkie dni. Blisko 30 lat temu ksiądz Zawistowski rozpoczął budowę kościoła na nowym wtedy osiedlu z wielkiej płyty. I przez ten cały czas jest tam, a wierni stali się jego rodziną.
"Niektórych znałem ponad 20 lat. To moi bracia i siostry. Wspaniali ludzie, tak głęboko przepełnieni wiarą" - opowiada "Faktowi". "Niejeden raz byli już razem na pielgrzymce. A teraz taka tragedia".
Kilka lat temu ksiądz Zygmunt przeszedł zawał. Od paru dni przeżywa tragedię swoich parafian. Wierni ze Stargardu martwią się o niego.
"To trudny okres. Jesteśmy tylko ludźmi i cierpimy, gdy dzieją się takie potworności" - mówi ksiądz. Od niedzieli rano wiele czasu spędza na modlitwie i rozmowach z wiernymi. Nie ma innego tematu. I pewnie przez długie lata nie będzie. Życie tej parafii zmieniło się na zawsze.
"Módlmy się wszyscy, módlmy się za rodziny ofiar wypadku. Niech miłosierny Bóg da im siłę, by przetrwali ten ciężki czas" - mówi ksiądz Zawistowski. "W tych ciężkich dniach wszyscy musimy być dla siebie wsparciem. Bądźmy więc. I bądźmy pełni refleksji i wiary w Boga" - kończy ksiądz proboszcz.
Nawrócił się dla żony
Kiedy Piotr Wolański dowiedział się o wypadku polskiego autokaru, zaczął się modlić. Nie robił tego od lat. "Prosił Boga po swojemu, tak jak dyktowało mu serce, by jego żona
Jolanta przeżyła katastrofę" - pisze "Fakt". Został wysłuchany.
Pan Piotr o wypadku dowiedział się w niedzielę około południa. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, kto żyje, kto zginął. Mężczyzna słuchał wszystkich wiadomości: o liczbie ofiar, o
rannych, wpatrywał się w ekran telewizora, w nadziei, że zobaczy swoją żonę.
"Całe wspólne życie z moją Jolą przelecialo mi przed oczami. Dopiero wtedy, w tak dramatycznym momencie, zdałem sobie sprawę, jaką miałem przy sobie wspaniałą kobietę" - mówi drżącym ze wzruszenia głosem pan Piotr.
O żonie mówi: najlepsza na świecie. "Nie wiem, co bym zrobił, gdyby ona zginęła" - mówi "Faktowi" Piotr Wolański.
Nie może spać, nie może jeść. Myśli tylko o tym, by jego Jolanta już wróciła do domu. Co chwilę spogląda na obraz Matki Boskiej Częstochowskiej wiszący na ścianie.
"Czekałem na informacje, a godziny przeciągały się, czas jakby się zatrzymał. Nie wiedziałem, co mam zrobić. Zacząłem się modlić. Wiem, że żona pojechała na tę pielgrzymkę w mojej intencji. Chciała, bym się nawrócił. Przez te wszystkie lata, kiedy ona chodziła do kościoła, sama modliła się za mnie" - opowiada pan Wolański.
Mężczyzna obiecał sobie, że jeśli tylko żona wróci, zawsze będzie z nią chodził do kościoła. - Bóg ją ocalił. I ja już nigdy się od Niego nie odwrócę. Nie wiem, jak mam
dziękować za to, że ją odzyskam.
Ciągle martwi się o syna
"Moje dziecko dostało od Boga drugą szansę" - mówi "Faktowi" Tadeusz Bednarski , ojciec 31-letniego Szymona, który przeżył katastrofę autobusu. Pan Tadeusz
sam o mało nie przypłacił informacji o wypadku własnym życiem.
O sobie jednak nie myśli. "Jego głowę zaprząta jedynie troska, by Szymon wyzdrowiał, by doszedł do siebie we francuskim szpitalu i wrócił do domu" - pisze
"Fakt".
Tadeusz Bednarski w poniedziałek dowiedział się, że jego syn żyje. Niemal dobę razem z żoną trwali w niepewności. "To było jak czekanie na wyrok" - wspomina. Mężczyzna
choruje. Cierpi na nadciśnienie. "Przez cały ten czas biorę tabletki. Strasznie się denerwuję".
Do Francji poleciała żona pana Tadeusza - pisze "Fakt". On został w domu, w napięciu czeka na każdy jej telefon, na każdą wiadomość. "Swoje dziecko widziałem w gazetach na zdjęciach. Widziałem, że jest ranny. Nikomu nie życzę, by przeżywał taką " - mówi mężczyzna.
Pan Tadeusz to wierzący i praktykujący katolik. Do kościoła chodzi razem z cała rodziną. Jest już na emeryturze. Przez lata pracował jako kierowca w karetce pogotowia. Nie może zrozumieć decyzji kierowcy autokaru.
"Mam prawo jazdy od ponad 40 lat, ale gdybym prowadził ten autobus, nigdy nie pojechałbym tą trasą" - twierdzi.
Pan Bednarski nie wie jeszcze, kiedy zobaczy Szymona. Tęskni za nim, jak nigdy w życiu. "Wiedziałem, że kocham syna, ale nie spodziewałem się, że aż tak. Ciągle o nim myślę, ciągle się modlę. Lekarze mówią, że jego stan jest stabilny. Wiem, co to znaczy, ale uspokoję się dopiero wtedy, kiedy przyleci do domu" - mówi "Faktowi" Bednarski.
Moja Ania już jest w niebie
Kwiatuszku... Tak do swojej żony Anny mówił Józef Czura - pisze "Fakt". Była jego szczęściem, jego całym światem. To ona namówiła go na adopcję dwójki dzieci z domu
dziecka. Teraz pan Józef musi żyć dla nich.
"Jego Ania, która pojechała modlić się o zdrowie dzieci, nie wróci już z pielgrzymki z Francji" - pisze "Fakt". Zginęła w płonącym autobusie w
Vizille.
Państwo Czurowie mieszkają na osiedlu z wielkiej płyty w Stargardzie Szczecińskim. Pośrodku, na placu stoi kościół. Tu, u księdza proboszcza, pani Anna znajdowała odpowiedzi na wiele
dręczących ją pytań.
"Tu przychodziła rozmawiać z Bogiem, dzielić się z nim każdą troską. Przepełniona nadzieją, optymizmem wracała do domu, do swego męża Józefa" - pisze "Fakt".
"Ania ludziom oddałaby serce na tacy. Zawsze problemy innych były ważniejsze niż jej własne, zapominała o sobie" - wspomina kobietę Krystyna Pich, kuzynka Anny.
To ona, niewysoka, z pozoru bardzo delikatna kobieta, podjęła najodważniejszą decyzję w ich wspólnym życiu. I przekonała do niej małżonka. Nie mieli swoich dzieci.
Pani Anna postanowiła adoptować dwójkę z domu dziecka. Wzięła na siebie podwójną odpowiedzialność, przygarniając niepełnosprawne maluchy: Mirelkę i Sebastiana. Dzieci znalazły dzięki Czurom prawdziwy dom. Poznały, co to troska, zaznały matczynej i ojcowskiej opieki. I wielkiej miłości.
"Dzieci z domu dziecka trzeba kochać nawet bardziej niż własne. Trzeba im okazywać znacznie więcej czułości, bardzo o nie dbać. I pani Ania z Józefem to potrafili. Mirelka i Sebastian były takie szczęśliwe" - opowiada "Faktowi" proboszcz Zygmunt Zawistowski, który doskonale znał rodzinę Czurów.
Życie pani Ani tak się potoczyło, że dopiero po trzydziestcie zdała maturę. Była ambitna, osiągnęła cel, który sobie postawiła. Dostała się na teologię, była na trzecim roku - pisze "Fakt".
Na pielgrzymkę pojechała, by podziękować za wszystko Bogu: za to, że dał jej tyle siły i wytrwałości do nauki i pracy, za zdrowie jej dzieci, za cudownego męża.
Józef Czura nie próżnował w domu w oczekiwaniu na żonę. Chciał jej zrobić niespodziankę. W dziecięcym pokoju zamontował zgrabne półeczki. Sam je zrobił, pomalował. Cieszył się na samą myśl, że pokaże je żonie, że zobaczy uśmiech rozświetlający jej twarz. Tak bardzo ją kochał.
Wieść o wypadku wstrząsnęła całym jego życiem. Kiedy usłyszał o katastrofie, załamał się. Poleciał do Francji. Tam przeżył najgorsze: rozpoznał swoją żonę wśród ofiar. Zdecydował, że nie będzie okłamywał dzieci. Powiedział im, że mama nie żyje - pisze "Fakt".