"Zerwałam z nimi współpracę. Oszukali mnie na umowach, pełnomocnictwach, podpisach, różnych sprawach" - wyrzuca z siebie pani Violetta. "Wyczyścili mi konto,
zabrali wszystko, a teraz boję się, że zrobią mi jeszcze większą krzywd" - mówi łamiącym się głosem.
"Fakt" opisuje dokładnie historię znajomości Violetty Villas z menadżerem Andrzej Sikorą i adwokatem Zbigniewem Świtem. Obaj panowie pojawili się w życiu piosenkarki, gdy ta
miała problemy ze zdrowiem psychicznym.
Na początku roku wycieńczona Villas trafiła na oddział szpitala psychiatrycznego w Stroniu Śląskim. Została tam przywieziona ze swojego domu w Lewinie Kłodzkim. W domu pozostała gromada
wygłodzonych i zdziczałych psów, które potem wywieziono do różnych schronisk. Gwiazda czuła się uwięziona w szpitalu, a kiedy z niego wyszła, u jej boku pojawiło się dwóch osobników -
właśnie Andrzej Sikora i Zbigniew Świt.
Co prawda obaj panowie nie mieli wcześniej nic wspólnego z show-biznesem, ale artystka ślepo wierzyła, że pomogą jej wyjść na prostą. Ufała im na tyle, że zgodziła się, by po jej
wyjściu ze szpitala ci mężczyźni niemal całkowicie przejęli kontrolę nad kontaktami artystki ze światem.
Teraz Violetta Villas twierdzi, że została przez nich oszukana. Nie zdradza, co konkretnie jej zrobili i w jaki sposób grożą jej śmiercią. Jedno jednak jest pewne - kobieta jest silnie
wystraszona.