Mimo że sytuacja demograficzna jest dramatyczna, państwo nie wypracowało całościowej i długofalowej polityki rodzinnej. Prowadzone działania są doraźne i nieskoordynowane, nie wiadomo nawet, czy są skuteczne. Takie konkluzje znalazły się w opracowaniu NIK po kontroli dotyczącej koordynacji polityki rodzinnej. Kontrola trwała rok. Izba zbadała 40 działań państwa i wszystkich zaangażowanych w nią sześciu ministerstw (m.in. pracy, finansów i edukacji).
Okazuje się, że nie ma wyznaczonych celów i systemu oceny skuteczności dochodzenia do nich. Do tego wiele działań ma doraźny podtekst polityczny. Niektóre z działań, jak Karta dużej rodziny czy roczne urlopy rodzicielskie - są oceniane pozytywnie. Jednak brak całościowego podejścia do polityki prorodzinnej powoduje, że nawet te dobre inicjatywy nie działają.
Według NIK na porządku dziennym jest stosowanie - jak to określa izba - metody kasowej. Pieniądze w ramach poszczególnych resortów są rutynowo waloryzowane co roku. Bez sprawdzania, które są skuteczne i gdzie warto przesunąć środki. Do tego często elementy polityki prorodzinnej nie są dopasowane do kryteriów, jakimi kierują się Polacy, decydując się na dziecko.
W 2012 r. w wieloletnim planie finansowym państwa wspieranie rodziny było priorytetem. Przestało być jednak już rok później, mimo że ogłoszono go rokiem rodziny. W efekcie ok. 2 proc. PKB na politykę w tym obszarze, czyli tyle, ile wydajemy na obronność, nie przekłada się na wzrost dzietności. A według OECD jesteśmy na 24. miejscu w zestawieniu wydatków prorodzinnych.
- zauważa jeden z kontrolerów izby. Polityki rządu broni minister pracy. - mówi Władysław Kosiniak-Kamysz.