W ubiegłym roku zmarło 414 tys. mieszkańców naszego kraju, czyli o ok. 3 proc. więcej niż w roku poprzednim – wynika ze wstępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego. To niechlubny rekord. Od zakończenia II wojny światowej nie było roku, w którym rozstało się z życiem tak wielu Polaków. Tak dużą jak w ubiegłym roku liczbę zgonów GUS przewidywał dopiero w 2032 r.

To niepokojące, już drugi rok z rzędu wyraźnie rośnie liczba zgonów – ocenia prof. Piotr Szukalski z Uniwersytetu Łódzkiego. Jego zdaniem za 1–2 proc. wzrostu odpowiada starzenie się społeczeństwa. Seniorów przybywa, bo siedemdziesiątkę przekraczają kolejne roczniki z powojennego wyżu demograficznego. – Większa umieralność może oznaczać stagnację w przeciętnym trwaniu życia Polaków – alarmuje prof. Szukalski. Przypomina, że już w 2017 r. statystyczna długość życia kobiet skróciła się o półtora miesiąca do 81,8 roku, przy wzroście o tydzień mężczyzn do 74 lat. – W zeszłym roku mogło być podobnie, a spadek długości życia mógł dotyczyć już obu płci – uważa rozmówca DGP.

Nie wiadomo, dlaczego ludzie umierali częściej, niż wynikałoby to ze struktury demograficznej. Dane o przyczynach udostępniane są przez GUS z rocznym opóźnieniem. Z opublikowanego kilka dni temu raportu Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego – Państwowego Zakładu Higieny „Sytuacja zdrowotna ludności Polski” wynika jednak, że Polacy sami są sobie winni. Z jednej strony nie wiedzą, co szkodzi zdrowiu, ale także nie przestrzegają zaleceń lekarskich.

Za utratę – jak to określają specjaliści – największej liczby lat przeżytych w zdrowiu odpowiadają głównie: palenie tytoniu, nieprawidłowa dieta oraz wysokie ciśnienie krwi. W 2017 r. czynniki ryzyka, na które mieliśmy wpływ, odpowiadały za utratę 37,3 proc. lat przeżytych w zdrowiu (bezpośrednio związane z dietą odpowiadały za 14,2 proc., palenie tytoniu za 17,2 proc.).

Równocześnie 40 proc. Polaków pytanych, „czy zetknęli się z pojęciem czynnik ryzyka albo czynnik sprzyjający zachorowaniu (na przykład na zawał serca, chorobę wieńcową lub udar mózgu, nowotwór)” – odpowiadało przecząco. Ci, którzy znali to pojęcie, często jednak nie wiedzieli, jakie czynniki zwiększają zagrożenie zachorowania na zawał serca lub udar. Najczęściej (65 proc. odpowiedzi w grupie zorientowanych) wymieniano nadciśnienie tętnicze. Nadwagę lub otyłość wskazało 60 proc. zorientowanych. 59 proc. wiedziało, że papierosy są niebezpieczne. Niska jest świadomość zagrożenia związanego z nieprawidłową dietą. Wymieniło ją 28 proc. znających pojęcie czynnik ryzyka.

Zdaniem autorów raportu „wyniki te wskazują na pilną potrzebę bardziej efektywnej edukacji zdrowotnej polskiego społeczeństwa”.

Brak odpowiedniej edukacji może mieć również wpływ na to, że Polacy nie leczą się – niemal co piąty chory na nadciśnienie stosował się tylko częściowo albo w ogóle nie stosował do zaleceń lekarza. W przypadku cukrzycy dotyczyło to 32 proc. pacjentów. Zdecydowanie bardziej niefrasobliwi są mężczyźni. Wpływ na krótsze życie ma również ograniczenie dostępu do opieki medycznej. Według Indeksu HAQ, wskaźnika, który analizuje, jak jakość opieki zdrowotnej (skuteczne leczenie) przekłada się na uniknięcie przedwczesnych zgonów, Polska wypada dość słabo. Indeks HAQ dla Polski jest na poziomie Węgier (82,1). W Czechach jest to 89,0, w Irlandii – 94,6, a w Holandii – 96,1.

Na sytuację demograficzną wpływ ma nie tylko liczba zgonów, lecz także urodzeń. Ze wstępnych danych GUS wynika, że w 2018 r. urodziło się 388 tys. dzieci – o 3,5 proc. mniej niż w roku poprzednim. W 2017 r. był 5-proc. wzrost liczby pociech, które przyszły na świat. Okazał się on jednak nietrwały. Zdaniem demografów dobry wynik 2017 r. był przede wszystkim efektem tego, że możliwość skorzystania z programu „Rodzina 500 plus” w znacznym stopniu przyspieszyła decyzje prokreacyjne osób, które i tak chciały mieć kolejne dziecko. Rządowe świadczenia na dzieci nie wpłynęły znacząco na tych, którzy nie planowali posiadania potomstwa.

Mimo spadku, ubiegłoroczny wynik jest lepszy od prognozy GUS, która powstała przed wprowadzeniem programu pomocy rodzinie. Przewidywała ona, że w 2018 r. urodzi się 345 tys. dzieci. W najbliższych latach liczba urodzeń będzie się jednak zmniejszać. – To konsekwencja tego, że w latach 90. i później – do 2003 r. mieliśmy kurczącą się liczbę urodzeń. W rezultacie potencjalnych matek w najlepszym do rodzenia wieku będzie coraz mniej. A jak będzie mało matek, to i mało dzieci – ocenia prof. Szukalski.