Niemal 1200 placówek medycznych nie dostosowało warunków sanitarnych do ustawowych wymogów. Miały na to czas do końca 2017 r. Nadal jednak działają.

Aby ich nie zamykać, resort zdrowia przerzucił odpowiedzialność na Sanepid. Jeśli kontrolerzy stwierdzą, że warunki w danej placówce nie zagrażają życiu i zdrowiu pacjentów, to pozwalają jej działać. Do tej pory udało się sprawdzić 800 placówek – w 164 wykryto poważne uchybienia. Tylko w pięciu przypadkach wstrzymano prace oddziału czy konkretnej sali.

O tym, co zrobić z opinią wydaną przez Sanepid, decyduje wojewoda, który wykreśla placówki medyczne z rejestrów. Jeśli stwierdzone zostaną znaczne uchybienia, a szpital nic z tym nie robi, powinien ponieść konsekwencje. Ale nikt się nie pali, by zamykać lecznice i oddziały. Według analityków przeszkadza to walce z zakażeniami i utrudnia leczenie na wysokim standardzie. – To kompromis między prawem a trudną sytuacją szpitali – mówią eksperci.

Same opinie inspektorów nie mają żadnej mocy sprawczej, są tylko dowodem na to, że placówka nie spełnia wszystkich norm.

Natomiast jeżeli kontrolerzy dostrzegają poważne zagrożenie, to – jak przekonuje sanepid – wydają decyzję administracyjną o natychmiastowym wyłączeniu z pracy danego oddziału, sali czy szpitala. Tak się jednak zdarzyło tylko w pięciu przypadkach. Chodziło np. o sytuację, kiedy na sali operacyjnej nie działał system wentylacji, a szpital uważał, że siatka w oknach wystarczy. Sala została zamknięta do momentu wprowadzenia odpowiednich modernizacji.

Po co więc te opinie? Na ich podstawie organ rejestrowy, czyli wojewoda, może wydać decyzję o dalszych losach placówki. Jeśli uzyskała ona negatywną opinię i nie podjęła żadnych działań, powinien wszcząć postępowanie w sprawie jej wykreślenia – wyjaśnia resort zdrowia. Jeśli niespełnianie wymagań nie stanowi zagrożenia, lecznica może dalej funkcjonować.

Ministerstwo poinformowało nas, że dotychczas nie wydano opinii o krytycznym wpływie na bezpieczeństwo pacjentów. – Wszystkie podmioty funkcjonują bez zakłóceń – podkreśla rzeczniczka resortu Sylwia Wądrzyk.

Sęk w tym, że nawet te opinie, które nie stwierdzają niebezpieczeństwa dla pacjentów czy personelu, świadczą o tym, że szpitale nie spełniają warunków określonych przez ministerstwo, a które miały decydować o możliwości działania. Wojewodowie muszą sami zdecydować, co z tym fantem zrobić. I najczęściej pozwalają na dalszą działalność.

Przykładowo wojewoda podkarpacki nie wydał dotychczas żadnej decyzji o zamknięciu lub ograniczeniu działalności oddziału czy całego szpitala z powodu niespełnienia wymogów. Podobnie wojewoda warmińsko-mazurski. – Wiadomo, że taka decyzja musi być poparta wnikliwą analizą. Trzeba rozważyć, jak duży jest to pracodawca, jakie zamknięcie może mieć przełożenie na zdrowie pacjentów i dostęp do służby medycznej. Organ założycielski może dojść do wniosku, że więcej strat będzie wynikało z zamknięcia obiektu niż z jego dalszego utrzymywania – mówi Andrzej Kosiński.

Wprowadzenie opinii było – jak to nazywają eksperci – swego rodzaju protezą, która miała umożliwić omijanie ostrych zapisów ustawy stawiających sprawę w jednoznaczny sposób: albo szpital spełni warunki opisane w przepisach (na co miał ćwierć wieku), albo nie powinien działać.

Nie do końca zgadzają się z tym dyrektorzy. Jarosław Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali, uważa, że opinie to sensowne rozwiązanie. Choć są swego rodzaju furtką dla placówek, na pewno – jego zdaniem – nie mogą być ignorowane. Z drugiej strony przyznaje, że nie dotarły do niego informacje o zamknięciu jakiegoś szpitala czy oddziału z powodu zagrożenia dla pacjentów. Jednak przekonuje, że niespełnianie norm nie jest już zjawiskiem powszechnym.

W ciągu ostatnich lat dokonaliśmy bardzo wielu inwestycji w tym sektorze, aczkolwiek tych pieniędzy jest stale za mało. Jeśli szpitale są niedostosowane, to z reguły jedynie w części – szczególnie w tych newralgicznych punktach, jak sale operacyjne, intensywna terapia. To nie jest tak, że cała placówka musi być w takim przypadku zamknięta – mówi. Zwraca przy tym uwagę, że normy są bardzo wyśrubowane. – Jeśli chodzi o wydatki inwestycyjne, oszacowaliśmy je na poziomie kilkunastu, a może nawet kilkudziesięciu miliardów w skali kraju.

I wskazuje, że opinia o zagrożeniu bezpieczeństwa pacjentów może być wydana również w sytuacji, gdy szpital jest całkowicie przystosowany do norm, ale zagraża z innych względów, np. jest epidemia czy zatrucie wody lub pokarmowe.

Eksperci zwracają uwagę, że normy to nie tylko odpowiednia szerokość korytarzy czy wyposażenie sal, ale i bezpieczeństwo biologiczne. Ich niespełnianie może zagrażać bezpieczeństwu pacjentów dlatego, że zwiększa to ryzyko zakażeń szpitalnych. A to w naszych placówkach medycznych poważny problem. Według Państwowej Inspekcji Sanitarnej w 2017 r. ujawniono 678 ognisk epidemiologicznych – o 27,4 proc. więcej niż w 2016 r