Anna Sobańda: Dlaczego wyjechaliście z Doniecka?

Alona Malysheva: Przez wojnę. Nasz dom w Doniecku znajduje się bardzo blisko lotniska, od którego wszystko się zaczęło. Teraz nie da się tam normalnie żyć, zwłaszcza z małym dzieckiem.

Pamiętasz ten dzień, kiedy w Doniecku rozpoczęły się działania wojenne?

Pamiętam, że kiedy nad naszym domem zaczęły latać samoloty, moją pierwszą reakcją była panika. Wzięłam swojego rocznego synka na ręce i biegałam z nim po domu, nie wiedziałam, gdzie mogę się schować, żeby nic mu się nie stało. Prosiłam męża, żebyśmy jak najszybciej uciekali. A on mi tłumaczył, że nie możemy wyjść z domu, bo na zewnątrz strzelają, więc to byłoby jeszcze bardziej niebezpieczne. Byłam w totalnym amoku, nie myślałam racjonalnie, chciałam ratować synka. Siedziałam więc pod ścianą, jak najdalej od okien i miałam nadzieję, że żadna kula nas nie dostanie.

Jak wyglądało życie w Doniecku po wybuchu wojny?

Tam nie sposób było normalnie żyć, zwłaszcza z małymi dziećmi. Były problemy z prądem i wodą. Szkoły i przedszkola nie działały. Ciężko było cokolwiek kupić. Na każdym kroku znajdowały się punkty kontrolne, które zatrzymywały i sprawdzały wszystkie samochody. Stali tam 18-19-letni chłopcy z automatami wycelowanymi w nas, nie patrząc na to, że mam na rękach dziecko. Wyciągali męża z samochodu, grozili mu bronią, straszyli, że wezmą go na wojnę. To były okropne momenty. Żeby dojechać do rodziców męża, którzy mieszkają w innej części Doniecka musieliśmy przejechać kilka takich punktów. Na każdym przechodziliśmy to samo.

Bałaś się, że zabiorą twojego męża na tę wojnę?

Bardzo się bałam, bo młodych mężczyzn i chłopaków zabierali niemalże z ulicy. Brata mojej koleżanki zabrali, kiedy jechał autobusem. Przez rok nikt z rodziny nie wiedział, gdzie on jest, a żona z małym dzieckiem czekała w domu. Dopiero po roku dali mu zadzwonić do matki i powiedzieć, że żyje. Życie w takich warunkach jest straszne.
Kiedy mieszkaliśmy w Doniecku, cały czas coś wybuchało. Nasz przydomowy ogródek przestał istnieć, bo wpadła do niego bomba, wszystkie drzewa znalazły się w tej dziurze. W domu nie ma okien, w dachu są dziury. To wszystko działo się na naszych oczach. Moje dziecko miało tylko roczek, ale do teraz bardzo boi się wybuchów. Co roku podczas sylwestrowych fajerwerków muszę się chować z nim w łazience, żeby się nie bał i nie wpadał w panikę. Sama, choć jestem dorosła, reaguję lękiem na jakiekolwiek wybuchy.

Jak długo byliście w Doniecku po wybuchu wojny?

Około miesiąca. Jak zrobiło się nieco ciszej, wyjechaliśmy do rodziców męża, którzy też mieszali w Doniecku, ale z dala od lotniska, w nieco spokojniejszej części. Tam mieszkaliśmy 3 dni, a później wróciliśmy do siebie. Kilku domów na naszej ulicy już nie było. Zostaliśmy około 2 tygodni. Działania wojenne wciąż trwały. Mojemu mężowi zaproponowano pracę w innym mieście. On chciał najpierw pojechać sam, a później zabrać nas. Ale się nie zgodziłam. Bałam się, że jeśli znów rozpęta się piekło, nie mając prawa jazdy, nie będę mogła z dzieckiem uciec. Uznaliśmy więc, że bez względu na to, że nie mamy tam mieszkania i nie wiemy, czy będziemy mieli gdzie spać, jedziemy razem. Już dojazd do tego miasta był straszny, mijaliśmy mnóstwo samochodów wojskowych, uzbrojonych ludzi, którzy z wymierzonymi w nas karabinami po prostu się z nas śmiali. Modliłam się całą drogę, żebyśmy dojechali cało.

Jak wygląda obecnie życie w Doniecku?

Została tam moja rodzina. Warunki są bardzo trudne. Nie ma prądu, jest problem z wodą. W naszym domu w dachu są dziury, okien nie ma, drzwi się nie zamykają. Jest problem ze szkołami, przedszkola nie funkcjonują. Trudno cokolwiek kupić, bo większość sklepów jest pozamykana. Ciężko o jakąkolwiek pracę. Władza w niczym nie pomaga ludziom. Obiecali, że pomogą odbudować zniszczone domy, ale tego nie robią. Działania wojenne cały czas trwają z mniejszym bądź większym natężeniem. W tym tygodniu zniszczony został kolejny dom przy naszej ulicy, należący do naszych sąsiadów.

Zanim wyjechaliście do Polski, próbowaliście żyć w innej części Ukrainy?

Tak, na początku chcieliśmy wyjechać z Doniecka gdzieś indziej na Ukrainę. Wytrzymaliśmy tam jednak tylko pół roku.

Dlaczego?

Nie mogłam otrzymać dla dziecka żadnej pomocy, nawet medycznej. Nie zrobiono mu żadnych szczepień, bo mówiono nam, że mamy sobie jechać do Doniecka i tam to załatwić. Mój synek bardzo wówczas chorował, bo w tym miejscu były kopalnie i bardzo złe powietrze. Lekarze nie chcieli nam pomagać.

Z jakiego powodu odmawiano wam opieki medycznej?

Tylko dlatego, że jesteśmy z Doniecka. Dla nich byliśmy separatystami odpowiedzialnymi za tę wojnę. Kiedy prosiliśmy o jakąkolwiek państwową pomoc, wszyscy odsyłali nas do Doniecka. Mieszkanie wynajmowano nam 3 razy drożej tylko dlatego, że dla nich byliśmy "separatystami". Wszyscy nas winili, bo żołnierze z Ukrainy, często ich bliscy, pojechali na wojnę i wielu z niej nie wróciło. A przecież to nie my ją wywołaliśmy.
Moja koleżanka uciekła z Doniecka z 6 dzieci. W mieście, do którego trafiła najpierw nie mogła doprosić się o jakiekolwiek lokum. W końcu dostała mieszkanie, w którym były gołe ściany. Sama musiała zrobić tam łazienkę i kuchnię. A kiedy jej dzieci poszły do szkoły, były przezywane przez rówieśników od prorosyjskich separatystów, którzy wywołali wojnę.
Zrozumiałam, że moje dziecko na Ukrainie nie zazna spokoju.

Wtedy podjęliście decyzję o ucieczce do Polski?

Tak, to było dla nas jedyne rozwiązanie. Uciekając do Polski, kierowałam się przyszłością dziecka. Ja, jako dorosła osoba jakoś bym tę wrogość i wyzwiska wytrzymała, ale dla dziecka to trauma.
Dlatego przyjechaliśmy tutaj, bo znajomi nam powiedzieli, że możemy postarać się o status uchodźcy. Nie mieliśmy żadnych dokumentów, tylko ukraińskie paszporty i dowody osobiste. Z tym przyjechaliśmy do Polski i poprosiliśmy o azyl.
Najpierw 5 godzin byliśmy sprawdzani po ukraińskiej stronie, czy nie jesteśmy uciekinierami politycznymi. A następie czekaliśmy 9 godzin na polskiej granicy, po czym skierowano nas do ośrodka dla uchodźców w Białej Podlaskiej. Tam spędziliśmy miesiąc, później przenieśliśmy się do Warszawy.

Otrzymaliście pozwolenie na pobyt w Polsce?

Nic nie dostaliśmy, dlatego ciągle walczymy. Odmówiono nam już 5 razy, ciągle się od tego odwołujemy.
Mam wrażenie, że urzędnicy w ogóle nie czytają naszych wniosków, bo ciągle piszą, że możemy mieszkać w innej części Ukrainy. Ale jak mogę tam mieszać i narażać dziecko na taką traumę? Inny argument jest taki, że w Doniecku nie ma wojny, więc możemy wracać do swojego domu. Piszą tak, mimo że we wniosku tłumaczę, jak wygląda teraz życie w Doniecku i pokazuję zdjęcia domu.

To nie przekonało urzędników?

Żadne argumenty ich nie przekonują. Składałam opinie psychologiczne, które mówią, że dla mojego syna najlepiej będzie, jeśli zostanie w Polsce, bo już się tu zaaklimatyzował. Wyjechaliśmy z Ukrainy, gdy miał 1,5 roku, mieszka tu już 4 lata, mówi po polsku, tutaj chodzi do przedszkola. W ogóle nie zna ukraińskiego języka, mówi tylko po polsku i po rosyjsku. Wszystkie szkoły na Ukrainie zaś uczą po ukraińsku. Mój syn musiałby więc uczyć się nowego języka.
Mam też opinie od logopedów i od nauczycieli. Wszystkie mówią o tym, że jest tu zadomowiony i lepiej dla niego będzie, jeśli zostanie w Polsce. Nasze drugie dziecku urodziło się tutaj, ma teraz 2,5 roku. Wraz z mężem chodzimy do kościoła w Warszawie i mamy opinie, że jesteśmy bardzo zaangażowani w tę społeczność.

Na jakich warunkach chcielibyście zostać w Polsce?

Staramy się o status uchodźcy, albo o status ochrony międzynarodowej od Straży Granicznej. W tej drugiej opcji nie otrzymywalibyśmy żadnych pieniędzy. Nam jednak na tym nie zależy.  Urzędnicy i tak wmawiają nam, że jesteśmy tu z powodów ekonomicznych, bo chcemy więcej zarabiać. Tłumaczyliśmy, że to nieprawa. Mój mąż jest inżynierem architektem, miał na Ukrainie dobrą pracę. Musieliśmy wyjechać, żeby nasze dziecko dobrze funkcjonowało. My nie chcemy żadnej socjalnej zapomogi, chcemy tylko tu mieszkać i pracować. Ja jestem fryzjerką, mąż architektem, poradzilibyśmy sobie, gdyby tylko nam na to pozwolono.

Ostatnio chcieli nas już deportować. Dostaliśmy decyzje, że w ciągu 30 dni musimy wyjechać z Polski i przez 3 lata nie możemy wjechać do Unii Europejskiej. Złożyliśmy odwołanie do sądu i czekamy na decyzję. Mam nadzieję, że zostanie rozpatrzone pozytywnie, bo jeśli będziemy musieli opuścić Polskę, nie mamy dokąd wracać. Na Ukrainie, poza Donieckiem nie mamy rodziny ani znajomych. Nie wiemy, co zrobimy, jeśli nas deportują.

Urząd do Spraw Cudzoziemców konsekwentnie odmawia rodzinie Malyshev przyznania status uchodźcy. Swoja decyzję argumentuje w następujący sposób:
- Cudzoziemiec nie wykazał żadnych istotnych faktów lub okoliczności, które można byłoby zakwalifikować jako indywidualne prześladowanie z powodu rasy, religii, narodowości, przynależności do określonej grupy społecznej, czy z powodu przekonań politycznych, lub mógłby uzasadnić taką obawę przed takimi prześladowaniem w przyszłości
- Brak jest uzasadnionej obawy przed prześladowaniem, a także nie występuje rzeczywiste ryzyko doznania poważnej krzywdy w kraju pochodzenia
- Brak podstaw do stwierdzenia istnienia zagrożenia prześladowaniem lub poważnym zagrożeniem dla zdrowia i życia cudzoziemca na terytorium Ukrainy.
- Wrażane przez cudzoziemca obawy odnoszą się do ogólnej sytuacji panującej w miejscu jego pochodzenia i w żaden sposób nie odnoszą się do jego indywidualnego zagrożenia uzasadniającego jego obawy przed prześladowaniem w rozumieniu konwencyjnym na terenie macierzystej Ukrainy.