Dziennik Gazeta Prawana logo

Powiedzieliście "wojna"?

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

André Glucksmann od zawsze znany jest z niekonwencjonalnych sądów idących pod prąd utartych opinii. Kiedy w latach 70. większość francuskiej lewicy wciąż fascynowała się komunizmem, on otwarcie pisał o komunistycznych zbrodniach. Ostatnio, gdy francuscy intelektualiści niemal zgodnym chórem nazywali Nicolasa Sarkozy'ego faszystą, Glucksmann wskazywał, że tylko wybór kandydata prawicy umożliwi Francji nowy start. Francuski filozof jest też chyba najbardziej upartym demaskatorem złudzeń i hipokryzji Zachodu w jego stosunkach z Rosją - putinowski reżim to dla niego rzeczywisty spadkobierca sowieckiego imperium. W tekście, który dziś publikujemy, odsłania inną słabość zachodniej polityki: jej niechęć do zdecydowanych działań w sytuacji, gdy takie działania są pilnie potrzebne. A taka potrzeba istnieje wedle Glucksmanna w kwestii Iranu. Nadszedł już czas, by otwarcie rozważyć ryzyko uderzenia zbrojnego na ten kraj. Irańska technologia nuklearna jest na tyle zaawansowana, że za kilka lat Iran znajdzie się w punkcie, z którego "nie ma już powrotu". Tymczasem Zachód traci czas na negocjacje, które nie przynoszą żadnego rezultatu. I przynieść nie mogą - twierdzi Glucksmann - skoro z jednej strony mamy racjonalnych ludzi Zachodu, a z drugiej zbrodniczych fanatyków, którzy nie cofną się nawet przed zagładą własnego narodu. Byle tylko zapewnić zwycięstwo własnej sprawie.

p

Aby wzniecić burzę, wystarczy jedno słowo. Kałamarze komentatorów natychmiast zawrzały, a rządy zachodniej Europy ogłosiły swą dezaprobatę w niezwykle mało dyplomatyczny sposób. Czyżby wspominając o ryzyku wojny, jakie niesie ze sobą irańskie dążenie do skonstruowania bomby, oraz o konieczności przygotowania się i zapobieżenia temu niebezpieczeństwu, Bernard Kouchner wypowiedział jakieś bluźnierstwo świadczące o naiwności i nieznajomości fachu? Został natychmiast zganiony przez swych kolegów, Siergieja Ławrowa z Moskwy czy Massimo d'Alemę z Rzymu. Podobnie uczynił Berlin, choć półgłosem. A jednak trzeba się będzie do tego przyzwyczaić: ta popełniona pozornie nie w porę "gafa" French Doctora, nowego szefa francuskiej dyplomacji, jest wyrazem przemyślanej opinii.

Kiedy na dziewięć miesięcy przed wyborami prezydenckimi przeprowadziłem wraz z Yasminą Rezą i Pascalem Brucknerem wywiad z kandydatem Sarkozym na temat głównych kierunków jego przyszłej polityki zagranicznej, padła z jego strony jasna i zdecydowana odpowiedź: "Bez wątpienia najgroźniejszym obecnie kryzysem międzynarodowym jest kryzys irański".

Po roku ta diagnoza stała się jeszcze trafniejsza. Skoro ten kryzys jest tak poważny, to jakich działań wymaga? "Zdecydowanych", odpowiedział przyszły prezydent, który od tej pory najwyraźniej nie zmienił w tej kwestii zdania. W obecności francuskich ambasadorów, którzy zebrali się 27 sierpnia 2007 roku w Pałacu Elizejskim, wspomniał o konieczności "uniknięcia katastrofalnej alternatywy: irańska bomba albo zbombardowanie Iranu". To nowe francuskie "zdecydowanie" zaczyna się od reformy języka. Odrzuca eufemizmy i językowe tabu: jeśli istnieje ryzyko wojny, to nie należy się go wypierać, lecz trzeba nazwać je po imieniu, rozmawiać o nim w sposób klarowny - po to właśnie, by zrobić wszystko dla uniknięcia eskalacji wydarzeń, nim stanie przed nami "katastrofalna alternatywa".

Chwila została dobrze wybrana, bo Bernard Kouchner wrzuca swój kamyczek do kałuży dyplomatycznych przemilczeń i wypowiada słowo "wojna" w przededniu podróży do Moskwy. Głównym odbiorcą przekazu jest rosyjski odpowiednik Kouchnera, który co prawda protestuje, ale przekaz odbiera: jeśli Moskwa nadal będzie blokowała wszelkie skuteczne sankcje, które mogłyby wzmocnić napomnienia Rady Bezpieczeństwa, to Francja postara się o zmobilizowanie Unii Europejskiej poza Radą - a Unia jest odbiorcą ponad 50 proc. irańskiego eksportu. Twarde sankcje ekonomiczne zablokują irańską spiralę nuklearną. Mówiąc krótko, Bernard Kouchner zachęca Europejczyków, by nie zwracali uwagi na rosyjskie działania, których celem jest odroczenie decyzji ONZ.

Kiedy mędrzec wskazuje na księżyc, głupcy spoglądają na palec. Kiedy Kouchner mówi o "wojnie", wielu Europejczyków uważa, że chodzi o jakieś wulgarne słowo, które brzmi jak wystrzał z pistoletu w wyciszonej atmosferze szacownych negocjacji. Tajne i nielegalne dążenia Iranu do posiadania broni atomowej wyszły na jaw w sierpniu 2002 roku. Choć od tej pory informacja ta została wielokrotnie potwierdzona przez Międzynarodową Agencję Energii Atomowej, to negocjacje (prowadzone głównie przez rządy w Londynie, Paryżu i Berlinie) pozostały bezskuteczne.

Nadszedł czas, by rozważyć ryzyko. Czy istnieje realne niebezpieczeństwo? Wszyscy eksperci są zgodni co do technicznych możliwości irańskiego przemysłu: wystarczą dwa - cztery lata, by osiągnął on punkt, z którego nie ma już powrotu. Trzeba się więc spieszyć. Czy jednak perspektywa Iranu posiadającego broń nuklearną jest wystarczająca, by demokracje natychmiast się zmobilizowały i nie dopuściły do przekroczenia tego ostatecznego progu? A może należy uznać jak Jacques Chirac (wypowiedź ze stycznia 2007 roku), że nie warto się zbyt przejmować tym, czy będzie o jedno mocarstwo atomowe mniej, czy więcej?

Na szczytach władzy zimna wojna bez wątpienia pozostała zimna: przez 45 lat zbrojna perswazja blokowała militarną eskalację w relacjach między dwoma blokami. Jednak równowaga strachu nie była wcale automatyczna.

Kryzysy następowały jeden po drugim, aż po kryzys kubański (1961 rok), podczas którego, jak o tym świadczą amerykańskie i rosyjskie archiwa, sytuacja była na skraju przepaści i niewiele brakowało, a wymknęłaby się spod kontroli Kennedy'ego i Chruszczowa. Przekonanie, że irańska bomba pozostanie bez konsekwencji dla światowego pokoju to najgłupsza z fantasmagorii. Tym bardziej że Arabia Saudyjska, Turcja, Egipt nie zamierzają wcale znosić irańskiej hegemonii atomowej i trzymać się ram wyznaczonych przez traktat o nierozprzestrzenianiu broni atomowej. Uwaga na zniszczenia! Przez majsterkowiczów z Teheranu (choć oni sami może nawet tego nie chcą), na horyzoncie majaczy atomowa wojna domowa - na tym Bliskim Wschodzie wielkości chustki do nosa, gdzie granice są niedookreślone, gdzie społeczności mieszają się ze sobą i gdzie problemy teologiczno-naftowe są tak olbrzymie.

Czyżby iracki dramat niczego nikogo nie nauczył? Wydaje się nam, że wiemy, co oznacza "partyzantka", "wietnamizacja", itd. Jesteśmy w błędzie. Hiszpańska wojna partyzancka przeciw Napoleonowi, antyhitlerowski ruch oporu, antykolonialne powstania były wymierzone w pierwszym rzędzie w obcą armię, w drugim - w "kolaborantów", oraz, przy okazji, w miejscową ludność, aby ją zmobilizować przez zastraszenie. W Iraku ta kolejność celów została odwrócona. Amerykańscy żołnierze nie są wcale celem głównym: w ciągu czterech lat zginęło ich 3700. Tymczasem w "gorących" miesiącach można się doliczyć 3000 irackich ofiar, głównie kobiet i dzieci. Zabijają ich nie Amerykanie, ale tak zwana partyzantka.

Amerykanie nie wiedzą, co robić, bo ich przeciwnik jest zdolny zabijać swoich bez końca - "im więcej ja ich zabiję, tym więcej ty ich stracisz". Nie da się ochronić każdego Irakijczyka przed tym terroryzmem, który traktuje wszystkich równo. Moc chaosu jest większa od siły helikopterów, czołgów, pieniądza. W Rosji poznaliśmy strategię "spalonej ziemi", która oczyszczała pole przed najeźdźcą. Dziś podpalacze-samobójcy i podpalacze-ludobójcy wprowadzają w życie niewzruszoną strategię "spalonej ludności". Nie chodzi tu o opór stawiony okupantowi, ani nawet o wojnę domową, lecz o wojnę absolutną, bardziej diaboliczną, bo skierowaną przeciw cywilom. Irańskich mułłów nic nie wzruszy: ustami "umiarkowanego" Rafsandżaniego oznajmiają oni, że gotowi są unicestwić 15 milionów swoich dla teologicznej chwały płynącej ze zniszczenia syjonistycznej narośli - co stanowi wstęp do światowych łowów na krzyżowców i niewiernych.

Poświęcenie swoich ludzi i siebie samego, systematyczna autodestrukcja narodu, aż się wyczerpie zapał oblegających - to wcale nie jest jakaś nieznana patologia. Zbiorowe okrucieństwo, które tak przerażało Montaigne'a, krew, zniszczenia i śmierć, jakie odmalował Grimmelhausen, przypominają nam, że te zarazy są pochodzenia europejskiego. Ale w tamtych czasach żaden z tych ogarniętych szałem ludzi nie dysponował naszymi atomowymi zabaweczkami.

, ur. 1937, jeden z najważniejszych współczesnych filozofów europejskich. Początkowo bliski radykalnej lewicy, począwszy od lat 70. stopniowo zaczął się od niej dystansować. W ostatnich latach głośne stały się jego książki analizujące stan ducha ludzi Zachodu w XXI wieku: "Dostojewski na Manhattanie" (wyd. pol. 2003) oraz "Ouest contre Ouest" (2003). W zeszłym roku ukazała się autobiografia intelektualna Glucksmanna: "Une rage d'enfant". W "Europie" nr 159 z 21 kwietnia br. zamieściliśmy jego tekst "Syndrom Stalina".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj