Dziennik Gazeta Prawana logo

Gra o przywództwo

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

Dlaczego właściwie francuski minister spraw zagranicznych Bernard Kouchner wypowiedział niedawno nader ryzykowne stwierdzenie o możliwej wojnie z Iranem? Znakomity znawca stosunków międzynarodowych William Pfaff nie ma wątpliwości, że posunięcie to trzeba rozumieć w szerszym kontekście. Jest nim dążenie prezydenta Sarkozy'ego do objęcia rzeczywistego przywództwa w Unii Europejskiej. Czy jednak dobrym sposobem na to jest ścisły sojusz z Ameryką? Na pewno nie - twierdzi Pfaff. Sarkozy nie może sobie pozwolić na powtórzenie błędu, który omal nie pogrążył całkowicie byłego brytyjskiego premiera Tony'ego Blaira. Sukcesy w Waszyngtonie nie wzmocnią pozycji Sarkozy'ego w UE. Z punktu widzenia jego dążeń ważniejszy, zdaniem Pfaffa, jest "sukces polegający na przeforsowaniu możliwej do zaakceptowania przez wszystkich wersji projektu konstytucji europejskiej" czy niedawne "wezwanie do rewizji europejskiej myśli strategicznej i reorganizacji sił zbrojnych oraz napominanie Europejskiego Banku Centralnego, by bronił euro i sprzyjał wzrostowi gospodarczemu".

p

Trudno się zorientować, czego nowy prezydent Francji Nicolas Sarkozy oczekuje po swoich na razie dość chaotycznych próbach zbliżenia między Francją i Stanami Zjednoczonymi. We wczesnej fazie kampanii wyborczej nazwał Iran największym zagrożeniem dla społeczności międzynarodowej. Był to wyraźny zwrot w dotychczasowej polityce francuskiej, pomyślny dla Stanów Zjednoczonych. W ostatnim okresie Sarkozy i jego minister spraw zagranicznych Bernard Kouchner wzbudzili kontrowersje we Francji i innych krajach (przede wszystkim w Niemczech) swoimi uwagami na temat Iranu.

Kouchner zaczął od niewinnego stwierdzenia, że wojna z Iranem to "najgorsza" rzecz, jaka może się zdarzyć w obecnej sytuacji, ale rządy muszą brać pod uwagę taką możliwość. Przypuszczalnie miał na myśli amerykański atak na Iran, ale zabrzmiało to tak, jakby Francja nie wykluczała udziału w tej wojnie. Kouchner, który jest gadułą, zapewne uważał swoje słowa za oczywistość, bo cały Waszyngton dyskutuje o tym, czy prezydent George W. Bush zaatakuje Iran przed końcem swojej kadencji. Ale ponieważ Kouchner jest teraz ministrem spraw zagranicznych, a nie prywatną osobą plotkującą ze znajomymi czy publicystą, jego wypowiedź wywołała wzburzenie.

Ludzi, którzy wiedzą, co się dzieje, nie zszokowała sama perspektywa wojny, lecz fakt, że osoba na takim stanowisku może o niej mówić. Sarkozy musiał zdementować wypowiedź swego ministra. Prezydent poinformował, że w jego słowniku nie ma pojęcia "wojna". Oznajmił, że jest za "arsenałem" sankcji, negocjacji, dyskusji, stanowczości. Ale kiedy przemawiał we wtorek na forum ONZ, wojna powróciła do jego słownika. Powiedział, że gdyby nie udało się powstrzymać Iranu przed pozyskaniem broni atomowej, doprowadziłoby to do wojny. Sarkozy chce pokazać, że Francja zmieniła swoją politykę w kwestii Iranu i nierozprzestrzeniania broni jądrowej. W styczniu tego roku były prezydent Jacques Chirac ładnie podsumował dotychczasową politykę francuską, mówiąc, że "jedno więcej lub mniej" małe państwo atomowe to "nie jest problem, z powodu którego powinna nas boleć głowa".

W jakimś sensie nie można odmówić temu stwierdzeniu słuszności, ponieważ wszystkie państwa nuklearne, duże i małe, nawzajem się powstrzymują - dotyczy to nawet Ameryki, której antyproliferacyjny zapał w rzeczywistości nie wynika z obawy przed atakiem ze strony "państwa bandyckiego", lecz z istnienia arsenałów atomowych, które pozostają poza jej bezpośrednią lub pośrednią kontrolą i tym samym redukują swobodę podejmowania konwencjonalnych działań wojskowych przez Waszyngton (i Tel Awiw).

Chyba żadna osoba znająca się na tematyce atomowej nie sądzi, że Iran skazałby się na zagładę, atakując USA czy Izrael, ale oba te państwa poczynałyby sobie znacznie ostrożniej, gdyby miały naprzeciwko siebie Iran dysponujący paroma rakietami z głowicami jądrowymi. Niektórzy amerykańscy komentatorzy uważają, że Sarkozy dąży do przywództwa w Europie i uznał, że bycie oddanym przyjacielem Ameryki to najlepsza droga do osiągnięcia tego celu. Bernard Kouchner mówi, że Francja może pomóc "skanalizować" potęgę Ameryki. Czy już tego gdzieś wcześniej nie słyszeliśmy? Nicolas Sarkozy chyba nie sądzi, że metoda obrana przez Tony'ego Blaira pozwoli mu zostać liderem Europy?

Można rozsądnie dowodzić, że bycie w opozycji do USA też nie jest sposobem na osiągnięcie tego celu, ale kiedy rząd Chiraca zablokował poparcie Rady Bezpieczeństwa ONZ dla amerykańskiej inwazji na Irak, Francja wraz ze swoim sojusznikiem Niemcami objęły moralne przywództwo w "starej Europie", wprowadzając podziały w UE i sprawiając, że "dobrowolna koalicja" w Iraku, która składała się z kilku początkowo zagorzałych NATO-wców (później przeżywających wahania) i mnóstwa małych ofiar szantażu, prezentowała się dosyć żałośnie. A Francuzi i Niemcy uzyskali od tego czasu potwierdzenie słuszności swego stanowiska, nawet w oczach większości znaczących ludzi w Waszyngtonie (oczywiście poza samą administracją, która jeszcze nie udowodniła, że ma dobry wzrok).

Z punktu widzenia dążeń Sarkozy'ego do objęcia przywództwa w Europie ważniejszy będzie jego niedawny sukces polegający na przeforsowaniu możliwej do zaakceptowania przez wszystkich wersji projektu konstytucji europejskiej, obrona "narodowych liderów" w przemyśle i biznesie, wezwanie do rewizji europejskiej myśli strategicznej i reorganizacji sił zbrojnych, napominanie Europejskiego Banku Centralnego, by bronił euro i sprzyjał wzrostowi gospodarczemu, apel do Europejczyków "Przebudźcie się!" czy wreszcie zarzut pod adresem dużych krajów europejskich, że nie wywiązują się ze swoich powinności oraz że brakuje im wyobraźni i energii.

Wielu Europejczyków jest zaniepokojonych obieranymi przez Sarkozy'ego kierunkami działania. Wielu zniechęca jego irytujący styl bycia. Niemcy wypuścili już do mediów wiadomość, że Angela Merkel i jej otoczenie mają dosyć megalomanii, autopromocji, wylewnych uścisków i dubeltowych całusów Sarkozy'ego. (Pani Merkel woli tradycyjny pocałunek w rękę).

Jeśli Sarkozy chce przewodzić Europie, musi to osiągnąć za pomocą działań na tym kontynencie, a nie za Atlantykiem. Po co wzmacniać podupadające NATO, którego członkowie wycofują się z nieprzemyślanej misji afgańskiej i które z braku poparcia sojuszników zmuszone było porzucić swój plan stworzenia stałych sił interwencyjnych? Niezależnie od tego, jaka przyszłość rysuje się przed NATO, nie jest to dzisiaj sojusz równych sobie, w którym Francja odgrywałaby ważną rolę. Jest to Team USA, który na dodatek nie wygrywa.

p

, ur. 1928, amerykański publicysta, komentator polityczny, ekspert w dziedzinie stosunków międzynarodowych. Związany z "International Herald Tribune", publikuje także m.in. w "Commentaire", "Die Zeit" oraz "The New York Review of Books". Autor kilkunastu książek, m.in.: "The Wrath of Nations" (1993) oraz "Barbarian sentiments: America in the New Century" (2000). Mieszka w Paryżu. Kilkakrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 174 z 4 sierpnia opublikowaliśmy jego tekst "Dalej od Europy" poświęcony sytuacji w Turcji.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj