Podział na lewicę i prawicę ukształtował nowoczesną politykę. Bez niego trudno sobie wyobrazić jakiekolwiek polityczne spory i idee ostatnich dwóch stuleci. Dziś jednak obserwujemy polityczne zjawiska, które zdają się ten podział zamazywać czy wręcz unieważniać. Jednym z nich jest przedwyborczy pejzaż w Polsce, gdzie dwie prawicowe partie dzielą między siebie niemal całe spektrum postaw, a lewica nie odgrywa w istocie większej roli. Innym są rządy Nicolasa Sarkozy'ego we Francji. Prawicowy prezydent potrafił przeciągnąć na swoją stronę sporą grupę ludzi lewicy, wykorzystuje też niemałą część lewicowych postulatów i haseł. O konsekwencjach tych zjawisk rozmawiamy dziś z Marcelem Gauchetem, jednym z najwybitniejszych współczesnych myślicieli politycznych. Jego zdaniem we Francji doszło do osobliwej zamiany ról. Prawica, która tradycyjnie była "partią porządku", stała się radykalną reformatorską siłą. Lewica tymczasem przeszła na pozycje konserwatywne. Nie ma dziś nic nowego do zaproponowania, ogranicza się do propozycji kosmetycznych zmian albo do blokowania posunięć prawicy. Podobny zwrot dokonał się na poziomie ideologii. Lewica, która wcześniej opisywała świat w kategoriach ekonomicznej walki interesów, dziś mówi najwięcej o duchowych wartościach będących niegdyś wyłączną niemal domeną prawicy. Wszystko to oznacza, że tradycyjna oś politycznego konfliktu uległa zatarciu. Podział prawica - lewica wedle Gaucheta nie zniknie tak szybko, jest bowiem głęboko zakorzeniony w umysłach wyborców. Tak naprawdę jednak każdy z nas staje dziś zarówno po stronie lewicy, jak i prawicy. Sarkozy zaś jest pierwszym politykiem, który to zrozumiał.
p
Moim zdaniem tak. Widać wyraźnie, że najważniejszym problemem w erze globalizacji wcale nie są podziały na lewicę i prawicę, lecz problemy zbiorowości, które wymagają rozwiązań sytuujących się poza tym starym podziałem. Konflikty przesuwają się gdzie indziej. Jesteśmy w sytuacji, kiedy zarówno lewica, jak i prawica jeszcze nie zdecydowały, jak brzmi odpowiedź na pytanie: "Jakie jest miejsce narodu w procesie globalizacji?". Czy naród jest przestarzały i należy zmierzać ku rozwiązaniom coraz bardziej globalnym? Czy wprost przeciwnie: globalizacja wymaga skupienia wszystkich sił wokół narodu? Nie mamy dziś w Europie zasadniczej różnicy zdań odnośnie zakresu wolności jednostki. W USA jest oczywiście inaczej. Natomiast na naszym kontynencie zmierzamy coraz wyraźniej w kierunku całkowitej wolności indywidualnej.
Oczywiście są jeszcze kraje, gdzie ten podział jest widoczny. Niemniej jednak ogólna tendencja jest wszędzie taka sama - coraz większa swoboda jednostki. Wszystkie naprawdę głębokie podziały dotyczą w Europie problemu narodu i państwa. Czy zmierzamy ku społeczeństwu całkowicie urynkowionemu, opierającemu się na luźnych kontraktach między jednostkami, gdzie państwo jest zepchnięte do narożnika jako coś całkowicie nieistotnego? Czy też wprost przeciwnie: obok sfery jednostkowej wolności powinno istnieć bardzo dynamiczne państwo aktywnie interweniujące w obszarach bezpieczeństwa i gospodarki?
Podział na lewicę i prawicę nie zniknie. On jest rzeczywiście zbyt silnie wpisany w podświadomość wyborców. Tyle że w coraz większym stopniu będziemy mieli do czynienia z dwiema prawicami i dwiema lewicami. To już widać. Po pierwsze mamy prawicę liberalną, w której credo najważniejszym elementem jest ponadnarodowy rynek (mam tu, nawiasem mówiąc, pewne wątpliwości - jako filozof uważam, że liberalizm nie docenia wymiaru zbiorowości, pokłada zbytnią wiarę w to, że jednostki zdolne są niemal od zera zdefiniować wspólny świat). We Francji ta prawica liberalna jest na razie dość słaba. Ale w pozostałych krajach Europy to tendencja bardzo silna, zresztą w ten sposób myśli absolutna większość elit gospodarczych. To jest partia szefów firm. Na początku myślano, że Sarkozy zalicza się do takiej prawicy, ale potem okazało się, że to nieprawda. Sarkozy jest za wolnym rynkiem, ale jednocześnie za państwem i narodem. I mniej więcej to samo mamy na lewicy. Z jednej strony istnieje lewica wyraźnie podkreślająca rolę państwa - od lewicy interwencjonistycznej w stylu francuskim po lewicę nowoczesną, liberalną. Przykładem lewicy liberalnej mogą być socjaldemokracje skandynawskie, które dokonały tak wielkiej reformy państwa, że przypomina ona rewolucję. W Szwecji sektor publiczny w dawnym znaczeniu tego słowa ogranicza się do armii, wymiaru sprawiedliwości i policji. Nauczyciel jest zatrudniony na podobnych zasadach, co pracownik supermarketu. Po drugiej stronie mamy lewicę postnarodową, zglobalizowaną, zeuropeizowaną...
Chciałbym dodać jeszcze jedno. Mamy dziś do czynienia z nieoczekiwaną zmianą miejsc. Lewica nie ma już nic do powiedzenia, nie ma do zaproponowania żadnego projektu zmian - a więc nie pełni już swojej historycznej roli. Może najwyżej robić to, co dawniej wyszydzała u ludzi prawicy - proponować drobne retusze, łatać trochę tu, trochę tam. Generalnie jednak nie ma żadnego planu B wobec rozwiązań kapitalistycznych i liberalnych. Jeśli chodzi o ekonomię, nie ma naprawdę nic istotnego do dodania. Lewica już nie wyznacza dynamiki historii, ona się tej dynamice opiera. A przecież do niedawna to prawica była partią porządku i tradycji. Dziś prawica chce reform i nowej dynamiki, a lewica odgrywa rolę hamulcowego, rzecznika dawnego porządku. Chce wszystko zatrzymać.
Powiedziałbym więcej - lewica wygrała wojnę o wartości. Z kulturowego punktu widzenia prawica stała się lewicą. Walka toczy się dziś między zasadą rzeczywistości - uosabianą przez prawicę - i wartościami niematerialnymi, które ucieleśnia lewica (dawniej to lewica definiowała świat w kategoriach ekonomicznych, a prawicę interesowały jedynie wartości). W dzisiejszym świecie - bez reszty prozaicznym - lewica chce uosabiać sferę ducha opierającą się władzy pieniądza. Podstawową słabością prawicy jest cynizm. Lewicy zaś - kompletne oderwanie od rzeczywistości, naiwny idealizm. W obliczu tego sporu każdy, no może prawie każdy z nas, czuje, że jest jednocześnie po stronie lewicy i prawicy. Chcielibyśmy, aby mechanizm świata działał jak należy, ale w granicach możliwości, w sposób jak najmniej brutalny. Jesteśmy jednocześnie po obu stronach barykady.
Dokładnie. Coraz bardziej nawracamy się na pluralizm. Zimna wojna domowa lewicy i prawicy ostatecznie została zakończona. Bezwarunkowa wierność jednemu z obozów wyszła z mody. Można być na lewo, uważać rozwiązania lewicowe za lepsze dla społeczeństwa, a mimo to głosować na prawo. Nie twierdzę wcale, że tożsamości polityczne zniknęły, mówię jedynie, że dobieramy je sobie w sposób zdecydowanie bardziej swobodny. Dlaczego tak jest? To całkowicie jasne: rozwój indywidualizmu zmienia stosunek do polityki. Współczesny człowiek nie chce być postrzegany jako partyjny aktywista, nie chce być identyfikowany z tym czy innym obozem. Woli być obserwatorem świata politycznego niż czynnym uczestnikiem, którego nie stać na wątpliwości. I np. ktoś taki jak Sarkozy doskonale to rozumie. Świadczy o tym jego polityka "otwarcia", w ramach której jest w stanie sprzątnąć konkurencji kilka znanych nazwisk i przejąć pewne wątki lewicowej tradycji. Sarkozy nie jest żadnym intelektualistą, w ogóle nie interesuje się wielkimi teoriami. Ma za to fantastyczne, oparte na instynkcie, wyczucie ducha czasu.
Głosy na partie skrajne, te z lewa i te z prawa, były przyjmującym formę patologiczną wyrazem tego, że wyborcy nadal chcą wierzyć w politykę. To zawsze była specyfika Francji - Francuzi chcą wierzyć w politykę. Sarkozy musiał wykończyć Le Pena, ponieważ istnienie Frontu Narodowego było największym problemem prawicy we Francji. W sytuacji, gdy skrajna prawica mogła liczyć na 15 proc. głosów, pole manewru prawicy mainstreamowej było niezwykle ograniczone. Sarkozy'emu udało się wykończyć Le Pena, wprowadzając do dyskursu publicznego tematy zakazane za Mitteranda i Chiraca - jak imigracja czy chaos panujący na przedmieściach. Lewica usiłowała przedstawić Sarkozy'ego jako faszystę. Moim zdaniem to było całkowicie idiotyczne - z punktu widzenia demokracji można się tylko cieszyć, że część elektoratu partii protestu została odzyskana do normalnej gry politycznej. Z kolei zmierzch skrajnej lewicy jest związany z upadkiem idei komunizmu. We Francji idea komunistyczna była bardzo głęboko zakorzeniona, chyba najgłębiej w Europie. Jeszcze dziś wielu Francuzów uważa, że planowa upaństwowiona gospodarka radzi sobie lepiej niż wolny rynek. To niesłychane, ale naprawdę tak jest. Tyle że to dotyczy głównie ludzi starszych, którzy powoli wymierają lub odchodzą na emeryturę. Młodsi używają retoryki skrajnej lewicy, ale już nie wierzą w komunistyczne rozwiązania. Jestem przekonany, że nie wierzyli w nie nawet komunistyczni czy trockistowscy kandydaci na prezydenta.
Sarkozy jest postrzegany przez Francuzów jako zerwanie z tym, co było najgorszego w systemie politycznym V Republiki, czyli z całkowitym brakiem osobistej odpowiedzialności prezydenta. Od lat wyglądało to z grubsza tak samo: prezydent jest wybierany, każe realizować swoją politykę podwładnym, podwładni dostają za to po łapach, a prezydent pozostaje pod ochroną. To było naprawdę żałosne. Na dodatek ten system stawał się coraz bardziej perwersyjny za rządów Mitteranda i Chiraca. Tymczasem Sarkozy daje jasny sygnał: to ja podejmuję decyzje i to ja ponoszę ich konsekwencje. Z tego punktu widzenia mamy wyraźny postęp - w końcu sytuacja samolotu z pilotem na pokładzie jest znacznie lepsza od samolotu bez pilota. Jednak w tym, co robi Sarkozy, image wciąż ogromnie przeważa nad rzeczywistością. Jest dynamicznie, mamy strasznie dużo gadania o wszystkim naraz, rozpoczyna się kolejne wątki, ale rezultatów na razie nie widać. Trudno wyciągać ostateczne wnioski, ale należy pozostać sceptycznym.
I głęboko w to wierzę. Gdyby Sarkozy chciał "zerwania", już dawno by go dokonał. Bo jest niezwykle uparty i ma wielkie poparcie. Ale niczego takiego nie zrobił. Nie wprowadził żadnych wielkich zmian, które sprawiłyby, że kraj zacznie płonąć. Zerwanie dotyczy stylu rządzenia - i to się bardzo podoba ludziom. Tyle że ten styl ma bardzo wyraźne ograniczenia. Sarkozy nie potrafi zaufać żadnemu ze swych ministrów. Wokół siebie widzi wyłącznie ludzi niekompetentnych. Polscy politycy mają podobno obsesję spisku. On się spisków nie boi, za to uważa, że wszyscy poza nim są niewiele warci. Wystarczy, że odwróci się plecami, a oni już wszystko psują. Jego ulubione słowo na określenie własnego współpracownika to "idiota". Ten kompletny brak zaufania do kogokolwiek sprawia, że po prostu nie da się wprowadzać reform. W demokracji władzę sprawuje się dzięki sprawnej ekipie. Żaden pojedynczy człowiek nie jest w stanie jej zastąpić. Tutaj nic takiego nie widać. To jedna z największych słabości Sarkozy'ego.
Jego wszechobecność jest zjawiskiem wyjątkowym, nikt wcześniej tak nie postępował. Tak jak pan wspomniał, zazwyczaj zakłada się, że nieustanna obecność w mediach prowadzi do efektu zużycia, że ludzie zaczynają do kogoś takiego czuć obrzydzenie. Tymczasem Sarkozy wcale się tym nie przejmuje - wylewa z siebie nieustanny potok zdań, co sprawia, że jego słowo zaczyna górować nad słowami oponentów. Zazwyczaj to media napierają na polityka - tutaj jest odwrotnie. Trzeba zrozumieć głębokie przyczyny zależności polityków od mediów. Politycy nie dysponują dziś żadną inną platformą, która pozwalałaby zwracać się do wyborców, ponieważ partie masowe już nie istnieją. Dlatego dostosowują się do reguł narzucanych przez media. Z kolei media mogą co najwyżej towarzyszyć kandydatom, coraz doskonalszym w swych operacjach marketingowych. Funkcja krytyczna mediów zniknęła - mamy do czynienia z kwadraturą koła.
Z określeniem treści jego polityki mam wielki kłopot. Sarkozy ucieleśnia wiarę w politykę - świadczy o tym jego determinacja, dynamizm, chęć podejmowania jasnych wyborów. Jednocześnie wszystko, co robi, sprawia wrażenie, że w politykę już tak naprawdę nie wierzy, że w jego przypadku zastąpiły ją strategie komunikacyjne i technokratyczne zarządzanie. Mamy do czynienia z powtórną mobilizacją polityki - bo takie jest oczekiwanie wyborców - ale nie bardzo wiadomo, czemu ta polityka miałaby służyć. Krótko mówiąc: mamy do czynienia z powtórną mobilizacją polityki zmierzającą tylko do tego, by politykę zanegować. Zacznijmy od rzeczy podstawowych. Kilka lat temu Sarkozy przebił się do francuskiej opinii publicznej jako ktoś w rodzaju Thatcher `a la fran?aise. W czasie kampanii wyborczej okazał się człowiekiem centrum, ponieważ dawało mu to większe zyski na krótką metę. I tak jest prawie ze wszystkim. Mamy przede wszystkim do czynienia - o tym już mówiliśmy - z wyraźną zmianą klimatu. Sarkozy skończył z polityczną poprawnością. To ma ogromne znaczenie - problemy związane z imigracją i bezpieczeństwem dotyczą milionów ludzi, którzy żyją na przedmieściach. Te przedmieścia stały się miejscami wręcz piekielnymi. Jednocześnie przez długi czas można było rozmawiać o problemach takich jak imigracja tylko na poziomie wielkich zasad. A przecież imigracja nie jest wcale problemem metafizycznym, tylko kwestią liczby i konkretnych rozwiązań. Trzeba pozostać pragmatycznym, zachowując poszanowanie dla praw jednostek. To oczywiste. Jedynie postawa elit sprawiła, że na długie lata pogrążyliśmy się w czymś całkowicie nierealnym. Elity francuskie są pod pewnym względem bardzo katolickie - upierają się, by zbawiać lud wbrew jego woli, ponieważ uważają, że lud jest z natury bardzo zły. A kiedy "wielkie zasady" prezentowane są jak z ambony, w sposób skrajnie pogardliwy ludowi, który podobno nic nie rozumie, prowadzi to do całkowitej utraty przez elity kontaktu z rzeczywistością i resztą narodu...
On rozumie, że Francja jest zacofana w stosunku do Niemiec czy Wielkiej Brytanii. I że należy to zmienić, by Francja mogła odpowiedzieć na wyzwania globalizacji. Natomiast nie bardzo wie, jakich konkretnie środków należy użyć. Globalizacja jest ogromnym problemem dla Francuzów - są bardzo niepewni, gdy chodzi o własną przyszłość w nowym świecie. Globalizacja jest ze swej natury anglosaska i Francuzi postrzegają ją jako wyzwanie kulturowe - to powoduje poczucie zbiorowego zagubienia. Jako wyzwanie zaczęli także postrzegać Europę. Sarkozy zaproponował minitraktat europejski, ponieważ musiał coś zaproponować. To proste - jednym z najważniejszych funkcji prezydenta Francji jest przewodzenie Europie, to naturalna arena jego działania. Europa była sposobem Francji na odnalezienie swej dawnej wielkości. Francja jest obok Wielkiej Brytanii i Niemiec jedną z dawnych wielkich potęg, którą nowy porządek światowy zdegradował do znacznie niższej rangi. Jej oddziaływanie jest dziś wyłącznie regionalne. Anglikom udawało się to ukrywać przez uprzywilejowany alians ze Stanami Zjednoczonymi - i udawać, że znów są potęgą, choć jest nią jedynie Ameryka. Niemcy odrzucili wszelkie ambicje geopolityczne, aby odbić to sobie na obszarze gospodarki. Francuzi z racji swego uniwersalizmu, chcieli zrobić to dzięki Europie. Tak więc ich propozycja wyglądała mniej więcej tak: my dostarczamy Europie idei, a Niemcy mają obowiązek się dostosować, ponieważ mieli Hitlera. Sarkozy próbował wrócić do tych reguł gry, ale w ogóle mu się to nie udaje. Nie może dogadać się z panią Merkel, która najwyraźniej za nim nie przepada. To widać na każdym kroku.
To jest chyba największa zmiana, jaka dokonuje się na naszych oczach - wyłania się niemiecka Europa. Wcześniej istniała Europa francuska wspierana przez Niemców, którzy byli z tego całkowicie zadowoleni, ponieważ byli postrzegani jako dobroczyńcy innych narodów, co uwalniało ich od ciężaru historii. Dziś już niczego takiego nie ma. Niemców o nic się już nie podejrzewa - historia rozrachunków z nazizmem jest w oczach Europy zakończona.
Tak myślę. To będzie jeden z najpoważniejszych problemów Europy, który najprawdopodobniej zablokuje ją na dłużej. Francuzi jak na razie tego nie widzą, ponieważ nie doceniają pani Merkel. Uważają, że pozostawanie w wielkiej koalicji ogromnie ogranicza swobodę jej ruchów, nie rozumieją, że mają do czynienia z wielkim politykiem. To wszystko dodatkowo pogarsza sytuację Francji - nie dość, że globalizacja jest w stylu anglosaskim, to jeszcze Europa przestaje być francuska. Na to nakłada się pewne zjawisko dotyczące wszystkich narodów europejskich. Nasze społeczeństwa mają coraz większy problem z określeniem samych siebie. Narody dnia wczorajszego, zmilitaryzowane, wymagające poświęceń, miały przynajmniej wyrazisty profil. Od razu było wiadomo, jaki jest interes ogółu, jaka jest hierarchia priorytetów zbiorowości. O dzisiejszych narodach zeuropeizowanych, często zredukowanych do wymiaru ekonomicznego, nie można niczego takiego powiedzieć. Jak decydować za wszystkich, skoro nie wiemy, co oznacza to "wszyscy"? Wiążą się z tym bardzo poważne konsekwencje. Mamy nieustanne poczucie, że rządzący nas nie reprezentują, że pochodzą z innej planety - dzieje się tak właśnie dlatego, że nie jesteśmy w stanie wytworzyć jasnego obrazu samych siebie.
p
, ur. 1946, socjolog, filozof, wykładowca École des Hautes Études en Sciences Sociales. Jest redaktorem naczelnym pisma "Le Débat". Jego droga intelektualna została naznaczona przez Maj 1968 - Gauchet był wtedy związany z antykomunistyczną skrajną lewicą. W jego pisarstwie obecne są trzy główne tematy: historia polityczna religii, genealogia podmiotu i refleksja nad paradoksami demokracji, składające się na próbę całościowego opisu współczesności. Jego najważniejsze książki to: "La pratique de l'esprit humain" (1980), "Le désenchantement du monde" (1985), "La religion dans la démocratie" (1998), "La démocratie contre elle-meme" (2002). "La condition historique" (2003). Ostatnio wydał "La condition politique" (2005). W "Europie" nr 153 z 10 marca br. opublikowaliśmy wywiad z nim pt. "Royal i Sarkozy to kandydaci rozkładu".