Dziennik Gazeta Prawana logo

Prawo głosu

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 21 minut

Niską frekwencję wyborczą uważa się zwykle za jedną z najważniejszych słabości polskiej demokracji. Warto pamiętać, że w przełomowych wyborach 1989 roku wzięło udział jedynie 62 proc. uprawnionych do głosowania. A potem było już tylko gorzej - w poprzednich wyborach parlamentarnych głosowało niewiele ponad 40 proc. obywateli. Polska zdecydowanie odstaje pod tym względem od większości krajów Europy Zachodniej, gdzie frekwencja sięga zwykle 70 - 80 proc. Za przyczynę tego stanu rzeczy uważa się brak zaufania do polityków oraz poczucie braku wpływu na życie polityczne. I proponuje się rozmaite sposoby przeciwdziałania: zmianę systemu wybiorczego, wprowadzenie jednomandatowych okręgów itp. Czy to rzeczywiście pomoże przezwyciężyć polityczną obojętność większości obywateli?

Radosław Markowski, jeden z najwybitniejszych w Polsce znawców zachowań wyborczych, którego tekst dziś publikujemy, jest w tej kwestii raczej sceptyczny. Jego zdaniem najważniejsze przyczyny niskiej frekwencji tkwią głębiej. Uzmysławiają nam je badania porównawcze prowadzone w wielu krajach. Chodzi przede wszystkim o wciąż niski w Polsce odsetek ludzi z wyższym wykształceniem. Wykształcenie jest zaś najważniejszym czynnikiem sprzyjającym udziałowi w wyborach. Sprzyja mu również poziom zamożności, który w Polsce wciąż znacznie odbiega od zachodnioeuropejskiej średniej. Wpływ systemu wyborczego jest natomiast mniej jednoznaczny. Z jednej strony dane wskazują, że w systemach proporcjonalnych (podobnych do tego, który istnieje obecnie w Polsce) większa liczba partii mogących wejść do parlamentu zachęca wyborców do głosowania. Z drugiej jednak strony z takim systemem wiąże się niepewność co do powyborczych sojuszy i koalicji. Często przynoszą one wyborcom rozczarowanie. Zmiany systemu i ordynacji mogą więc nieco poprawić sytuację, jednak, zdaniem Markowskiego, przed nami jeszcze długi proces "wychowania" świadomych i aktywnych obywateli.

p

W okresie wyborów obywatele podejmują decyzje, na kogo głosować oraz (a może głównie) czy w ogóle w nich uczestniczyć. Ta powszechna forma uczetnictwa nie jest łatwa do interpretacji; im dłużej prowadzimy badania nad zachowaniami wyborczymi, tym więcej rodzi się kłopotliwych pytań.

Współczesna politologia stosuje dwie perspektywy analityczne w opisie omawianego zjawiska - podejście zagregowanych analiz i podejście indywidualne. To pierwsze zawiera w sobie próbę odpowiedzi na pytanie, w jakich krajach świata partycypacja wyborcza jest wysoka, a w jakich niska, czy poszczególne rodzaje wyborów (lokalne, parlamentarne) cechuje systematycznie wyższa lub niższa frekwencja oraz czy jest ona zmienna w czasie. Drugie podejście to próba odpowiedzi na pytanie, kto głosuje, dlaczego, na jakie partie, czy są to preferencje stałe itd.

W niniejszym tekście przedstawiam wyniki badań uwzględniające około 600 wyborów, jakie odbyły się w niemal 100 krajach uchodzących za choćby częściowo demokratyczne. Znaczna część danych pochodzi z analiz prowadzonych w ramach jednego z największych politologicznych projektów na świecie "Porównawczego badania systemów wyborczych".

Zacznijmy od przedstawienia syntetycznej wiedzy o czynnikach sprzyjających uczestnictwu obywateli w wyborach. Najpierw zarysujmy obraz głosujących i niegłosujących części społeczeństw z punktu widzenia ich cech społeczno-demograficznych. Większość badań krajowych oraz porównawczych wskazuje dwa uniwersalne czynniki: wiek i wykształcenie. Niemal pod wszystkimi szerokościami geograficznymi młodzi rzadziej uczestniczą w wyborach niż ludzie starsi, a zwłaszcza niż ci w wieku średnim. Większość badaczy uczula nas jednocześnie, że wiek oznacza tu zarówno pewną fazę cyklu życiowego człowieka, jak i specyfikę generacyjną. Inaczej mówiąc, zdarza się niekiedy, że młodzi udają się licznie do urn wyborczych - dzieje się tak często w okresach przesileń, rewolt, buntów, powszechnych napięć społecznych, okresach powojennych. W Polsce ostatnich lat przy bardzo niskiej 40-procentowej frekwencji najmłodsza grupa jest prawie o połowę bardziej bierna niż reszta obywateli.

Uczestnictwo w wyborach jest znacznie powszechniejsze wśród ludzi najwyżej wykształconych; i to także jest uniwersalna prawidłowość. Największe różnice odnotowujemy między ludźmi legitymującymi się wykształceniem uniwersyteckim a resztą oraz, z drugiej strony, między ludźmi o wykształceniu podstawowym a resztą. Różnice bywają na tyle istotne, by mówić o prawdziwym podziale uczestnictwa według tego kryterium. Należy jednak zaznaczyć, że pomimo twierdzeń wielu badaczy o "klasowym podziale" analizy przeprowadzone bardziej wnikliwie wskazują na samą istotę wykształcenia (rozumianego jako zasób wiedzy o rzeczywistości i zestaw umiejętności) jako najważniejszy element sprzyjający partycypacji wyborczej, a nie na silnie powiązany z wykształceniem wysoki status społeczny czy zamożność. Inaczej mówiąc, nie wystarczy "mieć" bez kulturowej otoczki, trzeba też kimś "być", by zachowywać się aktywnie.

Spośród innych czynników społeczno-demograficznych jako determinanty uczestnictwa wyborczego wymieniane są - choć już nie zawsze i nie wszędzie - także trzy inne: stan cywilny, religijność i dochody. Zatrudnienie w sektorze administracji publicznej również sprzyja uczestnictwu w wyborach. Mechanizmem powodującym, że właśnie takie osoby częściej można spotkać w lokalach wyborczych, jest przede wszystkim poczucie, że polityka ma wpływ na ich życie - mechanizm odnajdywany zwłaszcza wśród pracowników administracji publicznej, a także u ludzi żonatych i dzieciatych. W tym ostatnim przypadku w grę wchodzi także mechanizm odpowiedzialności za siebie i swoje najbliższe otoczenie.

Dlaczego te właśnie czynniki sprzyjają partycypacji? W połowie lat 90. XX wieku klasycy gatunku - Sniderman, Verba i Schlozman - na pytanie, dlaczego pewni ludzie nie chodzą głosować, odpowiedzieli sobie w jezyku potocznym tak: "Jedni, ponieważ nie mogą, inni, ponieważ nie chcą, a jeszcze inni, bo nikt ich o to nie poprosił". Te trzy zdroworozsądkowe odpowiedzi odpowiadają jednak trzem dobrze przetestowanym uogólnieniom teoretycznym politologii i psychologii politycznej. Pierwsze z tych uogólnień koncentruje uwagę na ludzkich zasobach. Czynnik ten wpływa nie tylko na partycypację wyborczą, ale także - szerzej - na zaangażowanie polityczne. Składowymi owych zasobów są: czas, pieniądze i umiejętności obywatelskie. W przypadku samego uczestnictwa wyborczego najważniejsze są obywatelskie umiejętności, głównie zaś zainteresowanie polityką - śledzenie wydarzeń politycznych, znajomość polityków, partii politycznych i ich programów, rozmawianie o polityce itd. Logiczne w tym kontekście pytanie brzmi: dlaczego niektórzy ludzie interesują się polityką, a inni nie? Uznane za rzetelne światowe badania wskazują, że dwoma czynnikami determinującymi rozwój zainteresowań politycznych jest wpływ rodziców oraz własne wykształcenie. Wpływ rodziców przejawia się wielorako: począwszy od tego, czy w domu rodzinnym w ogóle mówiło się o sprawach publicznych, przez proste naśladownictwo preferencji politycznych rodziców, aż po nabyty w młodości zasób słownictwa niezbędny do sprawnego poruszania się w świecie politycznych znaczeń. Wielu badaczy zwraca jednak uwagę, że analitycznie trudno jest - od pewnego wieku - rozróżnić wpływ rodziny i szkoły. Inni twierdzą, że zainteresowania szkolne mogą być tylko pochodną zainteresowania rozwiniętego na wcześniejszym etapie socjalizacji w domu. Rolę wykształcenia omawialiśmy wcześniej, w tym miejscu wypada tylko dodać, że zainteresowanie polityką rozwija się także przez uczestnictwo ludzi w organizacjach o charakterze niepolitycznym (stowarzyszeniach, klubach, organizacjach pozarządowych), a partycypacja w tychże silnie koreluje z wykształceniem.

Drugie uogólnienie skupia się na psychologicznym zaangażowaniu jednostki i ma także wiele wspólnego z zainteresowaniem polityką. Osoby, które wypracowały sobie polityczny gust i styl, które odnoszą się do polityki jako do aksjologicznego źródła pozwalającego lepiej rozumieć otaczający świat, z dużo większym prawdopodobieństwem zjawią się w lokalu wyborczym w dniu głosowania. Trzecie uogólnienie dotyczy mobilizacji politycznej. Podejście to wzięło się z krytyki nadmiernie zindywidualizowanej wizji wyborcy i jego zachowań. Człowiek żyje wszak wśród ludzi - członków rodziny, kolegów z pracy, sąsiadów i przyjaciół. Głosowanie to w wielu wypadkach (w niektórych państwach świata znacznie bardziej niż w innych) zachowanie zbiorowe. Żyjemy ponadto w świecie organizacji - zawodowych, rekreacyjnych, religijnych, a także wśród partii politycznych i działaczy. Na podstawie danych empirycznych można bronić tezy, że czynnikiem w mobilizacji politycznej najważniejszym jest bezpośredni kontakt aktywistów partyjnych czy polityków z wyborcami. Nic nie skłania ludzi do wzięcia udziału w wyborach tak, jak polityk ściskający rękę, pytający o jednostkowe problemy i troski, mówiący, jak zamierza im pomóc w rozwiązywaniu ich problemów. Czynnik ten - bezpośredni kontakt polityka z wyborcą - wykazuje swój wpływ na uczestnictwo w wyborach po kontroli wpływu wszystkich innych czynników. W naukach społecznych mówimy wtedy, iż okazuje on "czysty", niczym nieskażony wpływ.

Bezpośrednie otoczenie wywiera jednak wpływ w sposób skomplikowany ze względu na zjawisko "krzyżujących się nacisków". O co chodzi? O to, że jeśli wpływ otoczenia jest silny, ale sprzeczny wewnętrznie (np. rodzina naciska, by głosować na jedną partię, a środowisko zawodowe lub inni ważni ludzie - na inną), to najbardziej prawdopodobną reakcją człowieka poddanego takim sprzecznym oczekiwaniom jest zachowanie minimalizujące straty, a więc "exit" z gry, czyli wycofanie się z wyborów. Zjawisko to nie jest rzadkością.

Istnieje jeszcze czwarte teoretyczne uogólnienie tłumaczące bierność wyborczą. Dotyczy ono przekonania jednostki o małej wadze jej głosu. Przekonanie to ma kilka podstaw. Pierwsza jest natury fundamentalnej i wskazuje na to, że jeden głos na kilkadziesiąt milionów nie ma znaczenia. Inna dotyczy konkretnych wyborów, np. takich, w których i tak z góry wiadomo, kto wygra i kto będzie rządził. Jeszcze inna jest związana ze strukturalno-instytucjonalnymi rozwiązaniami panującymi w danym kraju - np. w Szwajcarii niezależnie od tego, na kogo obywatele głosują, rząd i tak od dziesięcioleci wygląda tak samo, bo elity dawno temu uzgodniły takie rozwiązanie. W tymże kraju dochodzi jeszcze przeogromny wpływ innego instytucjonalnego rozwiązania - referendalnej demokracji. Szwajcar zapraszany jest obecnie do urn, by wyrazić swe preferencje średnio 10 razy w roku. Jest oczywiste, że nie ze wszystkich okazji korzysta. Stąd paradoksalnie mowa o niskiej aktywności wyborczej Szwajcarów. Nic bardziej błędnego - są bardzo aktywni, tylko nie przy każdej z nadmiernie licznych okazji. Podsumowując ten wątek wyrosły z teorii racjonalnego wyboru: "racjonalnemu" wyborcy nie opłaca się głosować, nawet jeśli koszty nie są zbyt wielkie (zdobywanie informacji o polityce, czas poświęcony na pójście do urn itd.), zwłaszcza jeśli ów racjonalny wyborca kalkuluje, jaki wpływ ma jeden jego głos wśród milionów. Istnieje jednak silny argument kontrujący te założenia. Gdyby bowiem było tak, jak chcą zwolennicy teorii racjonalnego wyboru, to nie sposób inaczej wytłumaczyć zachowania 80-procentowych większości w krajach Europy Zachodniej jak tylko brakiem racjonalizmu, by nie powiedzieć głupotą. W czym więc tkwi problem? Krytycy twierdzą, że podejście wyrosłe z teorii racjonalnego wyboru przecenia "koszty" uczestniczenia w wyborach i nie uwzględnia faktu niskiego znaczenia decyzji wyborczych dla większości wyborców. Cóż bowiem takiego się stanie, jeśli wyborca odda głos na partię, która ostatecznie przegra? W prawdziwych demokracjach właściwie nic. Następnego dnia rano tak samo zrobi przebieżkę, pójdzie do pracy, a wieczorem do kina. A za cztery lata ponownie będzie miał szansę wsparcia ugrupowania najbardziej cenionego. Wydaje się zatem, że najważniejszym wkładem teorii racjonalnego wyboru do wyjaśniania partycypacji wyborczej było pokazanie zawodności jej własnych założeń. Okazało się bowiem, że ludzie na swej długiej drodze socjalizacji po prostu nabywają przekonania, że głosowanie jest obywatelskim obowiązkiem i zachowują się zgodnie z tym przekonaniem - niezależnie od "racjonalności" wynikającej z oceny prawdopodobieństwa zmiany wyniku wyborów za pomocą jednego głosu.

Przejdźmy teraz do zakreślenia politologicznych uogólnień wynikających z analiz zagregowanych opartych na danych, które odnoszą się głównie do wyborów do ciał przedstawicielskich. W okresie od roku 1972 średni poziom partycypacji wyborczej w prawie 100 krajach wyniósł 76 proc. Należy podkreślić jednak, że średnia ta złożona jest z bardzo odmiennych składowych - frekwencja bowiem jest bardzo różna w poszczególnych krajach, a rozkład procentowy jest równy, nie widać koncentracji wokół średniej. Mniej więcej tyle samo krajów wykazuje frekwencję oscylującą wokół 60 proc., ile wokół 70 i 80 proc. W 10 krajach frekwencja przekracza 90 proc., a w takiej samej liczbie krajów nie przekracza 50 proc. Polska znajduje się właśnie w tej ostatniej grupie.

Czas słabo różnicuje frekwencję - zmiany z wyborów na wybory są znacznie mniejsze niż w przestrzeni i wynoszą średnio 5 proc. Nie jest to wprawdzie całkiem nieznaczące, gdy jednak skupimy się na stabilnych demokracjach, wskaźnik ten spada do 3 proc. W okresie od początku lat 70. XX wieku następuje jednak stały spadek średniej frekwencji, w sumie o prawie 8 proc. Pierwsza hipoteza, jaka się nasuwa, to ta, że spadek ów jest związany z niższą frekwencją w nowych demokracjach, które dołączały do demokratycznej rodziny głównie w latach 90. XX wieku. Bardziej szczegółowa analiza nie potwierdza jednak tego przypuszczenia - nawet w stabilnych demokracjach spadek frekwencji wynosi średnio 7 proc. A zatem wyraźny spadek odnotowujemy wszędzie i jest on zjawiskiem nowym - pojawił się dopiero w latach 90. Zauważmy jednocześnie, że mniej systematyczne dane wskazują, iż frekwencja różni się w zależności od typu wyborów: jest o dwa, trzy punkty procentowe wyższa w wyborach prezydenckich niż parlamentarnych i o kilkanaście procent wyższa niż w lokalnych. Pierwsze zjawisko jest tłumaczone "personalnym" charakterem wyborów prezydenckich, sprzyjającym większemu zainteresowaniu i w rezultacie wyższej frekwencji. Drugie zjawisko tłumaczy się tym, że wybory lokalne nie tylko mają mniejsze znaczenie, lecz także tym, że media poświęcają im mało uwagi i robią to mniej profesjonalnie.

Wróćmy do kwestii podstawowej: jak zbiorowa politologiczna mądrość tłumaczy tak wielkie różnice frekwencji między krajami? Trzy - kategorialnie różne - grupy czynników uważa się za determinanty poziomu ogólnej frekwencji: kształt systemu partyjnego, rowiązania instytucjonalne oraz wpływ środowiska socjoekonomicznego.

Zacznijmy od ostatniego czynnika, gdyż daje się go krótko opisać: w bogatszych krajach o wyższym poziomie jakości życia ludzie chętniej uczestniczą w wyborach. Wynik taki uzyskano jednak tylko w tych badaniach, które uwzględniały kraje będące na obydwu krańcach spektrum zamożności. Gdy analizy ograniczone są do mniejszej liczby krajów (choć nadal znacząco różniących się poziomem zamożności), np. do całej Europy, zależność ta zanika, a w każdym razie przestaje być na tyle statystycznie istotna, by można mówić o decydującym wpływie rozwoju socjoekonomicznego na frekwencję. Inaczej rzecz ujmując, prawdziwy efekt poziomu rozwoju społeczno-gospodarczego występuje tylko, gdy porównujemy kraje biedne z pozostałymi.

Równie krótko (lecz z innego niż poprzednio względu) można opisać wpływ kształtu systemu partyjnego - naukowe opracowania zawierają bowiem sprzeczne oceny wpływu tego czynnika. Największe kontrowersje dotyczą kwestii, czy proporcjonalna ordynacja wyborcza i wielopartyjny system sprzyjają frekwencji, czy nie. Nie będziemy czytelników wprowadzać w zawiłości zagadnienia i powiemy jedynie tyle, że istnieją dane wskazujące dość wyraźnie, iż systemy proporcjonalnej ordynacji bardziej sprzyjają frekwencji. Uważa się, iż jest tak dlatego, że im więcej partii, tym większa oferta programowa, w której liczniejsze grono obywateli może odnaleźć to, co im odpowiada. Z drugiej strony wskazuje się na mechanizm występujący w systemach wielopartyjnych, a polegający na konstruowaniu po wyborach koalicji rządowych, które niejednokrotnie nie mają nic wspólnego z przedwyborczymi obietnicami. Doświadczanie powyborczego rozczarowania sprzyja przyszłej niechęci do tej formy wyłaniania demokratycznego przedstawicielstwa i w dłuższym czasie prowadzi do apatii wyborczej.

W końcu istnieje na świecie wiele techniczno-instytucjonalnych udogodnień samego aktu głosowania - dłuższy czas (do późnych godzin lub więcej niż jeden dzień), wybory wyznaczane na weekendy, głosowanie pocztowe lub/i elektroniczne, głosowanie przez przedstawicieli itp. Wstępne badania wskazywały, że udogodnienia te pomagają, jednak dwie ważne książki opublikowane w 2004 roku przez dwóch uznanych na świecie politologów, Pippy Morris i Marka Franklina, nie pozostawiają wątpliwości. Nie ma żadnego godnego wzmianki efektu tych udogodnień lub - mówiąc ostrożniej - pozytywne różnice są tak nieznaczne, że nie warto się tymi udogodnieniami zajmować. Raz jeszcze podkreślam: wpływu tego nie odnajdujemy, gdy kontrolujemy pozostałe ważne czynniki sprzyjające frekwencji. Oczywiście zapału społecznego nie należy gasić w zarodku tylko dlatego, że nawet najbardziej reprezentatywne badania światowe na coś jednoznacznie wskazują. Przy dewiacyjnie niskiej frekwencji, takiej jak polska, niektóre z tych udogodnień mogą okazać się istotne, zwłaszcza przy np. tak znacznym odsetku obywateli polskich mieszkających poza granicami kraju. Warto jednak pamiętać, że wraz z upływem lat polska polityka będzie owych emigrantów zajmowała coraz mniej, będą oni natomiast coraz bardziej zainteresowani polityką kraju, w którym płacą podatki.

Konkludując: większość wymienionych tu czynników sprzyjających frekwencji w Polsce działa bądź to neutralnie, bądź wręcz przeciw wysokiej frekwencji wyborczej - niski poziom wykształcenia i zamożności, wzory rodzicielskie niezbyt sprzyjające uczestnictwu, niski poziom zaufania społecznego, niechęć i niezdolność do wspólnotowego organizowania swojego życia, znacznie wyższe zainteresowanie wyborami tak naprawdę mniej istotnymi dla Polski, czyli prezydenckimi, a ostatnio także lokalnymi, i najniższa frekwencja w tych najważniejszych - parlamentarnych. Jeśli dodamy do tego system wielopartyjny, w którym przed wyborami nawet jasnowidz (nie mówiąc o politologu) nie jest w stanie powiedzieć, jak będzie wyglądała rządowa koalicja, otrzymamy w miarę klarowny zestaw czynników tłumaczący, dlaczego partycypacja wyborcza jest tak niska.

Gdy analizie poddamy to, jak Polska się zmienia, będziemy mogli mieć nadzieję na poprawę. Życie ludzkie wydłuża się, odsetek ludzi z wykształceniem uniwersyteckim rośnie, zamożność Polski wzrasta szybciej niż bogatej Europy Zachodniej. Widać więc - słabe, bo słabe, ale jednak - światełko w tunelu. Mamy jednak przed sobą perspektywę długiego procesu. Rozmaite udogodnienia w sferze publicznej mogą nieco podnieść frekwencję, ale trudno uwierzyć, by to one wykształciły prawdziwie zaangażowanego w politykę obywatela. Co więcej, polityka i politologia zgodnie uważają, że nie warto zmuszać ludzi kompletnie nieznających się na polityce, by wywierali na nią wpływ. Tak jak w każdej innej dziedzinie brak kompetencji nie powinien wiązać się z posiadaniem aktywnego wpływu na jej funkcjonowanie.

p

, politolog, pracownik Instytutu Nauk Politycznych PAN (gdzie kieruje Pracownią Badań Wyborczych), profesor Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, jeden z najwybitniejszych w Polsce znawców zachowań i systemów wyborczych. Kierował Polskim Generalnym Sondażem Wyborczym (1997 - 1999), uczestniczy w wielu międzynarodowych projektach badawczych dotyczących partycypacji wyborczej - m.in. Comparative Study of Electoral Systems. Współautor książek "Transformative paths in Central and Eastern Europe" (2001), "System partyjny i zachowania wyborcze - dekada polskich doświadczeń" (2002), "Populizm a demokracja" (2004).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj