Dziennik Gazeta Prawana logo

Upiory przeszłości

5 listopada 2007, 12:13
Ten tekst przeczytasz w 18 minut

Gdy okazało się, że tegorocznego literackiego Nobla otrzymała Doris Lessing, słychać było liczne głosy, że oto znów uhonorowano literaturę zaangażowaną w sprawy społeczne. Lessing przez większość swojej kariery rzeczywiście od takiego zaangażowania nie stroniła. W młodości związana była z ruchem komunistycznym, uprawiając radykalną krytykę społeczną. Pisała bardzo dużo o problemie apartheidu i nierównościach rasowych w Afryce. Uważa się ją też za czołową przedstawicielkę literackiego feminizmu. W tekście, który dziś publikujemy, pokazuje jednak inną twarz. Zgryźliwie i ironicznie krytykuje tzw. literaturę zaangażowaną. Jej zdaniem jest ona reliktem komunistycznego myślenia na Zachodzie. Świadectwem tego, jak głęboko ideologia komunizmu wniknęła w umysły zachodnich intelektualistów. Choć Związek Sowiecki dawno upadł, a komunizm jest już dziś definitywnie martwy, jego ideologiczne mechanizmy, zdaniem Lessing, wciąż podskórnie oddziałują na intelektualny klimat na Zachodzie. Tamtejsi krytycy literaccy wciąż wymagają, by literatura o coś lub z czymś walczyła. Trudno im zrozumieć, że jej istotą jest po prostu opowiadanie historii... Z tą obsesją na punkcie społecznego zaangażowania literatury wiążą się też inne relikty komunistycznego myślenia. Takie jak choćby niechęć do zachodniej demokracji i naiwna wiara w zbawczą moc rewolucyjnych przewrotów. Okrucieństwa sowieckiego komunizmu niczego zachodnich intelektualistów nie nauczyły - twierdzi Lessing. Ideologiczne pięknoduchy nadal wierzą w rewolucję. A akademicki żargon, którego używają, wciąż jej zdaniem do żywego przypomina "drewniany język" marksizmu-leninizmu. Rewolucyjny ferwor przenosi się z pokolenia na pokolenie. Niegdysiejsi uczestnicy Maja '68 wpajają dziś swoim uczniom nienawiść do "systemu" i przekonanie, że liberalna demokracja jest najbardziej opresyjnym z ustrojów. Trudno więc dziwić się - zauważa Lessing - że zachodnia młodzież niechętnie myśli dziś o pracy dla własnego kraju. Woli na nowo ożywiać przebrzmiałe fantazje o kontestacji i rewolucji. Z wywodów Lessing można wysnuć paradoksalny wniosek: Zachód będzie musiał znacznie dłużej przezwyciężać dziedzictwo komunizmu niż kraje, które realnie zaznały komunistycznej tyranii.

p

Chociaż byliśmy świadkami śmierci komunizmu, sposoby myślenia, które zrodziły się lub umocniły w czasach panowania tego ustroju, nadal rządzą naszym życiem. W sposób najbardziej widoczny przejawia się to w naszym języku. Nie ma niczego odkrywczego w tezie, że komunizm zdegradował język, a wraz z nim myślenie. Istnieje komunistyczny żargon rozpoznawalny od pierwszego zdania. W młodości wszyscy żartowaliśmy z bazy i nadbudowy, dialektyki przeciwieństw, przenikania się opozycji itd. W latach 50. po raz pierwszy zobaczyłam, że te paraliżujące myślenie slogany potrafią nabrać skrzydeł i ulecieć daleko od swych źródeł. W artykule odredakcyjnym "Timesa" przeczytałam mianowicie: "Sobotnia demonstracja stanowiła niepodważalny dowód na to, że konkretna sytuacja...". Słowa, które niby zwierzęta w zagrodzie były wyłączną własnością lewicy, przedostały się do powszechnego użytku, a razem z nimi - idee. W konserwatywnej i liberalnej prasie ukazywały się całe artykuły, które miały charakter marksistowski, ale ich autorzy o tym nie wiedzieli.

Istnieje inny aspekt tego dziedzictwa, który znacznie trudniej jest dostrzec. Jeszcze kilka lat temu "Izwiestia", "Prawda" i tysiąc innych komunistycznych gazet pisanych było takim językiem, żeby zapełnić jak najwięcej miejsca, a jednocześnie nic nie powiedzieć - z tego prostego powodu, że niebezpiecznie było zajmować stanowisko, z którego później przyszłoby się tłumaczyć. Teraz te gazety nauczyły się posługiwać ludzkim językiem, ale dziedzictwo martwego i pustego języka tamtych czasów wciąż można znaleźć w niektórych dyscyplinach akademickich, zwłaszcza w socjologii, psychologii i części krytyki literackiej.

Mój młody znajomy z Jemenu Północnego kosztem niemałych wyrzeczeń zaoszczędził trochę pieniędzy, by móc przyjechać do tej krynicy wszelkiej doskonałości, jaką jest Wielka Brytania, i studiować gałąź socjologii, która uczy, jak przekazywać zachodnią mądrość i wiedzę nieoświeconym narodom. Poprosiłam go, by mi pokazał, z czego się uczy. Przyniósł wielkie, kilkusetstronicowe tomisko napisane fatalnie i tak mętnym żargonem, że trudno było cokolwiek zrozumieć. Zawarte tam treści bez problemu zmieściłyby się na dziesięciu stronach. Takie książki piszą ludzie, którzy byli marksistami albo uczyli się od marksistów. Studenci z "zacofanych" i zamkniętych krajów przyjeżdżają, aby uczyć się pisać tym zdegradowanym językiem. Spotkałam ludzi, tym razem z Zimbabwe, których pierwszy kontakt z językiem angielskim był kontaktem z tym pretensjonalnym, pustym żargonem. Nabiorą przekonania, że tak powinno się pisać i mówić po angielsku.

Tak, zdaję sobie sprawę, że mętny język akademii nie zaczął się od komunizmu (wiemy to na przykład od Swifta), ale drętwa mowa i wielosłowie komunizmu mają swoje korzenie w świecie niemieckich uniwersytetów. Teraz zaś stały się swoistą pleśnią, która porasta cały świat. W niektórych księgarniach z podręcznikami akademickimi trudno jest znaleźć książkę napisaną świeżym i żywym językiem. Jak zatrzymać tę inercyjną machinę do otępiania umysłu? Czasem wydaje mi się bowiem, że jest to jeden z tych mechanizmów, które obracają się bez końca w hermetycznej szklanej kapsule próżniowej. Jak rozbić szybę i wpuścić do środka powietrze? Może dokonają tego idee ukryte w tym martwym języku, bywają bowiem użyteczne. Na naszych uczelniach prowadzone są prace badawcze mogące przeobrazić nasze społeczeństwa, które mogą pokazać, jak przedstawiciele gatunku ludzkiego naprawdę się zachowują, a nie tylko jakie mają na ten temat wyobrażenia. Odkrycia te często przedstawiane są językiem, który wymaga mozolnego odszyfrowywania. Jest to jeden z wielkich paradoksów naszych czasów.

Ważne idee, które mogą mieć wpływ na nasze zachowanie, można dostrzec w krótkich zdaniach, a nawet zwrotach. Każdy pisarz zna zadawane przez dziennikarzy pytanie: "Czy uważa pan/pani, że pisarz powinien...?". Pytanie to zawsze wiąże się z poglądami politycznymi. Zwróćmy uwagę, jakie założenie kryje się za tymi słowami: wszyscy pisarze powinni postępować tak samo. Przekonanie to ma długą tradycję. Cofnijmy się do XIX-wiecznej Rosji, do wybitnych krytyków takich jak Bieliński, Dobrolubow, Czernyszewski i inni. Wszyscy oni chcieli, by pisarze zajmowali się problemami społecznymi. Wszyscy "wielcy pisarze rosyjscy", jak ich dzisiaj nazywamy, byli w tym kontekście krytykowani, czasem bardzo ostro. W twórczości tych klasyków nie sposób znaleźć fragmentów sztucznych, napisanych "z poczucia społecznej odpowiedzialności". Wszyscy oni należeli do tradycji znacznie starszej niż ich krytycy. Jeśli autor prawdziwie oddaje swoje indywidualne doświadczenie, efekt nieuchronnie przemawia do innych ludzi. Od tysięcy lat opowiadacze fabuł uznają za oczywiste, że ich historie muszą mieć charakter ogólnoludzki. Nigdy nie przyszło im do głowy, że można oderwać się od życia albo "zamieszkać w wieży z kości słoniowej". Ten pogląd na literacką opowieść kładzie kres jałowej debacie na temat formy i treści, która wciąż jest zmorą badań literackich na niektórych prowincjonalnych uniwersytetach. Gdyby wielcy pisarze rosyjscy wyrzekli się indywidualnego sumienia na rzecz zbiorowego, nie pamiętalibyśmy i nie czytali dzisiaj Gogola, Tołstoja, Dostojewskiego, Czechowa, Turgieniewa i całej reszty tej olśniewającej plejady. Prędzej zejdzie się góra z górą niż pisarz z krytykiem. Dlaczego? Bo przemawiają różne części umysłu, część krytyczna i część holistyczna, przypuszczalnie zlokalizowana gdzieś w splocie słonecznym. Dwie równoległe linie: pisarz mówi o "wzniosłych rozkoszach ojców naszych", by przytoczyć piękne słowa Hopkinsa, a krytyk wygłasza sądy w duchu, który przenikał socrealizm i twórczość XIX-wiecznych krytyków rosyjskich. Jestem pewna, że mentalność komunistyczna jest wzorowana na religii, chrześcijaństwie i dialektyce judaizmu. W jednej z biografii Cervantesa można przeczytać, że przez całe życie miał na karku Inkwizycję. Pytanie "Czy pisarz powinien...?" ma długą historię, której chyba nie znają posługujący się nim ludzie. Jest też słowo "zaangażowanie" - jeszcze niedawno bardzo modne. Czy ten-a-ten jest pisarzem zaangażowanym? Czy pan jest pisarzem zaangażowanym? "Zaangażowanym w co?", mógłby zapytać pisarz. "Skoro pan tego nie wie, to ja panu nie powiem", pada karcąca odpowiedź moralisty. Następcą zaangażowania jest "podnoszenie świadomości". Ten kij ma dwa końce. Ludzie, którym podnosi się świadomość, otrzymują bardzo im potrzebne informacje i wsparcie moralne, ale w tym systemie uczeń jest karmiony wyłącznie propagandą zaaprobowaną przez nauczyciela. Podnoszenie świadomości, tak jak zaangażowanie i polityczna poprawność, jest kontynuacją linii partyjnej, tej starej zamordystki.

A oto inny rozpowszechniony grzech krytyki literackiej, który jest konsekwencją komunizmu, chociaż nikt tego nie dostrzega. Każdy pisarz usłyszał kiedyś w życiu, że jego powieść czy opowiadanie jest "o" czymś. Napisałam kiedyś opowiadanie "The Fifth Child" ["Piąte dziecko" - przyp. red.], które zdążono już zakwalifikować jako "o" problemie palestyńskim, o badaniach genetycznych, o feminizmie, o antysemityzmie i tak dalej. Francuska dziennikarka weszła do mojego salonu i zawyrokowała, jeszcze zanim usiadła: ">>The Fifth Child<< oczywiście jest o AIDS". Zapewniam was, że coś takiego skutecznie zniechęca do rozmowy. Nawyk umysłowy, który każe w ten sposób analizować dzieło literackie, jest jednak bardzo ciekawy. "Gdybym chciała napisać o AIDS albo o problemie palestyńskim, to napisałabym esej". Taka deklaracja nieodmiennie budzi zaskoczenie, bo jest to idea zupełnie zapoznana. To, że dzieło wyobraźni "naprawdę" musi być o jakimś problemie, również stanowi spadek po socrealizmie, po osławionym Żdanowie. Napisać coś, żeby po prostu opowiedzieć historię - to niedopuszczalne, to frywolne, by nie rzec reakcyjne. Całe wydziały literackie tysiąca uniwersytetów tkwią w kleszczach tego rodzaju myślenia, a przecież dzieje opowiadania historii, dzieje literatury mówią nam, że nie istnieje opowieść, która by w ten czy inny sposób nie oświetlała ludzkiego doświadczenia. Żądanie, by opowieści były "o" czymś, to myślenie komunistyczne, które wyrosło z myślenia religijnego, z zapotrzebowania na umoralniające książki tak proste jak zdania z elementarza.

Gdy pisarz nieśmiało zaznaczy: "Moja książka >>Eternal Springs<< [>>Wieczne źródła<< - przyp. red.] absolutnie nie jest o niedoborze wody na Bliskim Wschodzie", usłyszy, że sam nie wie, o czym "naprawdę" pisze. Wiele się mówi o politycznej poprawności, a przecież tutaj również mamy do czynienia z inspirowanymi ideologicznie samozwańczymi komitetami strażników moralności. Oczywiście nie sugeruję, że głosiciele poprawności politycznej przejęli pałeczkę od komunizmu. Sugeruję, że przyswojone zostały, często bezwiednie, pewne nawyki myślowe. Mówienie innym, co mają robić, z pewnością ma w sobie coś bardzo pociągającego. Odwołuję się do infantylnego języka, bo uważam, że jest to zachowanie infantylne, bardzo prymitywne. W ludzkim umyśle istnieje głęboko zakorzeniona potrzeba porządku, kontroli, jasno wytyczonych granic. Tymczasem sztuka zawsze jest nieprzewidywalna, zbuntowana, często wytrąca z wygodnych kolein. Zwłaszcza literatura zawsze skłaniała różne komitety, różnych Żdanowów, różnych strażników wszelkiej poprawności do wygłaszania pouczających tyrad albo wręcz do prześladowań. Martwi mnie, że polityczna poprawność najwyraźniej nie wie, jakich ma protoplastów i wzorce, ale byłabym jeszcze bardziej zmartwiona, gdyby się okazało, że wie i nie przejmuje się tym.

Czy polityczna poprawność ma jakąś zaletę? Tak, skłania nas do przyjrzenia się naszym postawom, a to zawsze jest korzystne. Problem w tym, że jak to bywa z ruchami masowymi, skrajny margines szybko przestaje być marginesem; ogon zaczyna machać psem. Na każdą osobę, która spokojnie i rozsądnie wykorzystuje ideę poprawności politycznej do zbadania przyjętych przez nas założeń, przypada dwudziestu oszołomów, których prawdziwym motywem jest pragnienie władzy nad innymi. I niczego nie zmienia tutaj fakt, że przedstawiają się jako antyrasiści czy feministki.

Polityczna poprawność nie wytworzyła nietolerancji na uniwersytetach, która jest ewidentnym dzieckiem komunizmu. Na uniwersytetach w krajach komunistycznych panowała nietolerancja, by nie powiedzieć despotyzm, a później klimatem tym zaraziły się niektóre obszary życia na Zachodzie, między innymi wyższe uczelnie. Wszyscy znamy tego przykłady. W Wielkiej Brytanii raz po raz słyszymy o tym, że dyrektorzy szkół i nauczyciele są gnębieni przez polujące na czarownice kliki we władzach miejskich lub szkolnych stosujące najbrudniejsze i często okrutne metody. Ludzie ci zarzucają swoim ofiarom rasizm lub reakcyjność. Instancje odwoławcze z reguły stwierdzają, że dręczyciele naruszyli prawo. Tak było z moim młodym znajomym z Kapsztadu, którego wspólnymi siłami pozbyli się fanatyczni muzułmanie i twardogłowi komuniści. Tak samo postąpili z jego poprzednikiem i z pewnością teraz zabrali się do jego następcy. Ofiary są białe. Czy można im zarzucić rasizm? Nie. Czy sojusz zawiązany przez ich prześladowców wydaje się nieprawdopodobny? Bynajmniej. Jestem przekonana, że miliony osób, którym usunął się spod nóg komunistyczny grunt, rozpaczliwie i być może bezwiednie poszukują nowych dogmatów i niektórzy już znaleźli swoje miejsce wśród fanatycznych muzułmanów.

Następna kwestia wydaje się niezwiązana z innymi, ale moim zdaniem leży u podłoża ich wszystkich. Chodzi o poszukiwanie mocnych wrażeń, coraz silniejszych bodźców. Kiedy człowiek ma dwadzieścia parę lat - wiek, w którym miliony młodych ludzi torturowały i mordowały innych w imię postępu ludzkości - trudno jest znaleźć coś przyjemniejszego niż bycie wyłącznym posiadaczem prawdy. Rewolucyjna polityka, rewolucyjne komitety i rola strażnika moralności to odurzające narkotyki. Spotkałam niedawno w Hiszpanii bajronicznego młodzieńca, który powiedział mi, czego najbardziej w życiu żałuje: że był za młody, aby uczestniczyć w wydarzeniach paryskich w 1968 roku. Ale dlaczego, skoro ta rewolucja poniosła porażkę? Był zdumiony, że mogę o to pytać. To musiało być takie rajcujące, powiedział. To musiała być rozkosz - ten nieustanny dreszcz emocji, nieustanne podniecenie. Tego rodzaju umysłowość doskonale podsumował jeden z naszych komentatorów politycznych. Mówił o demonstracji, która nie miała większego sensu z punktu widzenia osiągnięcia czegoś. Lewicowa polityka w dużej mierze nie ma dzisiaj nic wspólnego z celami - powiedział. Nie chodzi o cele, tylko o środki.

Jeszcze całkiem niedawno uchodziło za oczywistość, że rewolucja jest czymś szlachetniejszym od urny wyborczej. Jeszcze dzisiaj gdzieniegdzie uchodzi za oczywistość, że miejsce poważnej młodej osoby jest przy rewolucjonistach kubańskich czy nikaraguańskich, przy dysydentach, przy protestujących przeciwko cierpieniom społecznie upośledzonych. Kolejne fale młodych mieszkańców Zachodu podróżowały do miejsc nowych rewolucji, do Gdańska, do Czechosłowacji, do Berlina po upadku muru - wszędzie tam, gdzie były silne emocje społeczne. Jeśli połowa pewnego gatunku młodzieży szukała dreszczyku emocji na drodze do Katmandu, druga połowa narkotyzowała się taką czy inną rewolucją. Ostatnia rzecz, która przychodzi im do głowy, to zostać w domu i pracować dla dobra kraju - sama tego rodzaju sugestia ich nudzi, wywołuje ziewanie. Przede wszystkim uważają, że ich kraje budzą wyłącznie pogardę i nie zasługują na ich uwagę. Tak narodził się paradoks, że kraje Zachodu, przez ludzi cierpiących pod jarzmem komunizmu postrzegane jako nieosiągalny raj, były przedstawiane jako nie do zniesienia przez młodych mieszkańców Zachodu, którzy gdzie indziej poszukiwali dobra i prawdy. Z powodu tej nie zawsze uświadamianej potrzeby doświadczania cierpienia, prześladowań i represji kolejne ruchy polityczne wymyślały albo przerysowywały represje w krajach zachodnich.

Moja następna teza jest rozwinięciem poprzedniej: wielu młodych ludzi kocha przemoc i zabijanie. Oczywiście takie osoby zawsze istniały, ale uważam, że w normalnych warunkach stanowiłyby tylko nieistotny margines. Dwa stulecia rewolucji, czyli przemocy uświęconej szczytnymi pobudkami, sprawiły, że wielu ludzi, którzy powinni być jak najdalsi od tego, identyfikuje się z zabijaniem i torturami. W Europie typ "pięknoducha", czyli osoba zawzięcie protestująca przeciwko karze śmierci, chłoście, niesprawiedliwym wyrokom więzienia i cierpieniom społecznie upośledzonych, często akceptuje działania terrorystyczne w słusznej sprawie. Swoją romantyczną otoczkę przemoc zawdzięcza rewolucji francuskiej, a potem rosyjskiej i chińskiej. W rezultacie lewicowcy i liberałowie - miliony ludzi - cierpią na swoistą schizofrenię. Łatwo można dostrzec pobłażliwość, żeby nie powiedzieć kult dla morderców z IRA czy włoskich Czerwonych Brygad. Niewielu Włochów z odpowiednich roczników nie miało znajomych w Czerwonych Brygadach. Setki młodych ludzi z najszczytniejszych pobudek popierało morderstwa motywowane politycznie. Dlaczego? Moim zdaniem z powodu romantycznego obrazu rewolucji

Teraz przejdę do mojej ostatniej tezy, pomijając dziesiątki innych słabo uświadamianych reliktów komunistycznej mentalności. Uważam, że zawłaszczenie postępowej wyobraźni przez doświadczenie sowieckie śmiertelnie zaszkodziło ruchom lewicowym, socjalnym, a nawet liberalnym. Rewolucja rosyjska i ZSRR stanowiły paradygmat - niezależnie od tego, czy postrzegany jako sukces czy jako nieudany eksperyment, który my przeprowadzimy lepiej. Przez połowę czy nawet trzy czwarte stulecia wszystkie "pięknoduchy" tęskniące za lepszą rzeczywistością były zapatrzone w Związek Radziecki. Z jego historią mordów na tle politycznym, ludobójstwa i procesów pokazowych. Historią - na dłuższą metę jest to z pewnością kluczowa sprawa - porażek. Wyobraźnią całego europejskiego ruchu "postępowego" zawładnęło doświadczenie sowieckie, z którego de facto nie płyną dla Europy żadne pozytywne nauki.

Łatwo sobie wyobrazić alternatywną rzeczywistość, w której Europa postanowiła zbudować socjalizm czy po prostu sprawiedliwe społeczeństwo bez żadnego odniesienia do Związku Radzieckiego. Uważam, że istnienie sowieckiego punktu orientacyjnego uniemożliwiało nawet rozważenie budowy sprawiedliwego społeczeństwa, które nie byłoby ani socjalistyczne, ani komunistyczne. A przecież wcale nie musieliśmy utożsamiać się ze Związkiem Radzieckim, z jego siedemdziesięciokilkuletnią historią pogardy dla logiki, historią idiotycznej frazeologii, Gułagu, pogromów Żydów. Same negatywne rzeczy, a co istotniejsze - tysiące pokrętnych sposobów bronienia negatywnych rzeczy. Myślę, że bez ZSRR historia Europy wyglądałaby zupełnie inaczej. Socjalizm nie zostałby tak bardzo zdyskredytowany, a przede wszystkim nie mielibyśmy odruchu myślenia w kategoriach dychotomii "kapitalizm-socjalizm".

Dla Rosjan i innych krajów komunistycznych historia ZSRR była tragedią. Na znacznie mniejszą skalę była tragedią także dla reszty Europy. Zaszkodziła Europie pod wieloma oczywistymi i nieoczywistymi względami, w nieznanym jeszcze wymiarze. Zaszkodziła przede wszystkim dlatego, że dopuściliśmy do zawładnięcia naszą wyobraźnią przez doświadczenie innego kraju. Nie będę oryginalna, jeśli powiem, że nie wszystkie powody tego zauroczenia zostały zbadane. Moja konkluzja jest taka, że dopóki nie zgłębimy ukrytych schematów rządzących naszym myśleniem i nie nauczymy się ich rozpoznawać w ich rozmaitych formach, będziemy bezsilni i pozbawieni realnych możliwości wyboru. Musimy nauczyć się obserwować nasze umysły i zachowania. Czas na przemyślenia, czas na redefinicje.

p

, ur. 1919, wybitna pisarka brytyjska, laureatka tegorocznej Nagrody Nobla. Urodzona w Iranie, dzieciństwo i młodość spędziła w Afryce, co wywarło istotny wpływ na jej późniejszą twórczość. Przez pewien czas związana z ruchem komunistycznym, zerwała z nim w latach 50. Jest autorką powieści psychologicznych (uznawanych za klasykę literatury kobiecej) oraz powieści science fiction. Uprawia także eseistykę polityczną i literacką. Opublikowała ponad 50 powieści, zbiorów opowiadań i szkiców. Jest laureatką wielu międzynarodowych nagród literackich - oprócz Nobla także m.in. Prix Medicis Etranger (1976), Palermo Prize (1987), Los Angeles Times Book Prize (1995). W Polsce wydano m.in. "Lato przed zmierzchem" (1976), "Pamiętnik przetrwania" (1990) oraz "Piąte dziecko" (1992).

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj