p

Michael Lind

Upadek Ameryki to mit

Każdy czytelnik prasy może czuć się rozgrzeszony, jeśli żywi przekonanie, że Stany Zjednoczone nieuchronnie zmierzają ku serii poważnych kryzysów. Wrażenie, że tak właśnie jest, pogłębia zadyszka gospodarki i prawybory prezydenckie, w których kandydaci ogłaszają śmiałe plany mające uratować kraj przed katastrofą. Ale nawet w bardziej normalnych czasach funkcjonują trzy mity, które sprawiają, że Ameryka wydaje się słabsza i mniej stabilna, niż naprawdę jest. Mit pierwszy, propagowany głównie przez konserwatystów, głosi, że Ameryką targają podziały rasowe i etniczne. Mit drugi, oczko w głowie lewicy, mówi, że fundamentaliści religijni niedługo zawładną USA. Mit trzeci, ponadpartyjny, mówi, że kiedy pokolenie powojennego wyżu demograficznego przejdzie na emeryturę, Stany Zjednoczone zbankrutują.

Ameryka istotnie ma wiele problemów, np. lawinowo rosnące koszty usług zdrowotnych i spadek mobilności społecznej. Ale nie licząc przejściowych konfliktów wywoływanych przez obecną imigrację z Ameryki Łacińskiej, Stany Zjednoczone są krajem bardziej zintegrowanym niż kiedykolwiek. Zróżnicowanie rasowe i kulturowe maleje na skutek procesów asymilacji i małżeństw mieszanych. Poprawę widać również w takich kwestiach jak przestępstwa z użyciem przemocy i narkomania wśród młodzieży. Amerykanie są znacznie bardziej religijni niż Europejczycy, ale religijna prawica walczy głównie o głosy białych protestantów z Południa. Nie ma też realnego problemu wzrostu poziomu świadczeń emerytalnych. Kwestia zwyżkujących kosztów usług zdrowotnych zostanie w ten czy inny sposób rozwiązana na długo przed tym, nim stanie się obciążeniem dla całej gospodarki. Jeśli zaś chodzi o emerytury wypłacane przez państwo, to rozwiązaniem może być niewielkie ich obcięcie lub umiarkowane podwyższenie deficytu budżetowego. Mając zintegrowane rasowo społeczeństwo w przytłaczającej większości mówiące tym samym językiem i wypłacalny system świadczeń dla klasy średniej, Stany Zjednoczone pozostaną pierwszym wśród równych w dzisiejszym wielobiegunowym świecie.

Zacznijmy od rzekomej "bałkanizacji rasowej i etnicznej" Ameryki. Prawie wszystko, co się pisze na ten temat, nie wyłączając raportów rządowych, jest mylące. Komunikat prasowy Głównego Urzędu Statystycznego oparty na spisie powszechnym z 2000 roku nosił np. taki oto alarmujący tytuł: "Główny Urząd Statystyczny przewiduje potrojenie liczby ludności latynoskiej i azjatyckiej w ciągu 50 lat; nielatynoscy biali mogą znaleźć się w mniejszości". Tego typu nagłówki skłoniły lewicę do ogłoszenia, że w postbiałej Ameryce nie ma odwrotu od multikulturalizmu. Natywiści i rasiści podnieśli z kolei larum, że białą Amerykę zmiażdży demograficzna lawina z Trzeciego Świata, a Europejczycy zaczęli się zastanawiać, czy Ameryka z niebiałą większością nie przekieruje swoich stosunków międzynarodowych przede wszystkim na Meksyk i Amerykę Środkową albo Afrykę i Azję.

Obawy te byłyby może słuszne, gdyby nie jedno: w XXI wieku nie będzie niebiałej większości w Stanach Zjednoczonych. W następnych stuleciach przypuszczalnie także nie.

Reklama

Mit "niebiałej większości" bierze się ze stosowania arbitralnego systemu klasyfikacji rasowej przyjętego w latach 70. System ten dzieli Amerykanów na następujące kategorie: biały, czarny, Azjata, rdzenny Amerykanin i Latynos, przy czym jedynym kryterium przynależności do tej ostatniej grupy jest pochodzenie z kraju Ameryki Łacińskiej. Innymi słowy, niebieskooki blondyn, którego dziadkowie w tajemniczych okolicznościach przyjechali z Niemiec do Argentyny w 1946 roku, nie jest biały w odróżnieniu od muzułmanina o korzeniach arabskich.

Jeśli wszystkich Latynosów, niezależnie od koloru skóry, dodamy do czarnych i Azjatów, to już dzisiaj możemy powiedzieć, że w Kalifornii i Teksasie mamy "niebiałą większość", a w drugiej połowie obecnego stulecia sytuacja ta rozciągnie się na Amerykę jako całość. Jeśli jednak przestaniemy traktować Latynosów jako przedstawicieli jednej rasy, to obraz ulegnie zasadniczej zmianie. Według urzędu statystycznego w 2050 roku amerykański profil demograficzny będzie następujący: nielatynoscy biali 50,1 proc. (dzisiaj 69,4), Latynosi 24,4 proc., Azjaci 8 proc., czarni 14,6 proc. plus inne mało znaczące kategorie. A jeśli rozdzielimy Latynosów na białych i niebiałych? W spisie powszechnym z 2000 roku 48 proc. Latynosów określiło się jako biali, 2 proc. jako czarni, 6 proc. jako przynależący do dwóch lub więcej ras, a 43 proc. jako przedstawiciele "jakiejś innej rasy". Dla uproszczenia przyjmijmy, że rozkład ten utrzyma się do 2050 roku. Jeśli Latynosów, którzy uważają się za białych, dopiszemy do tej kategorii, rasa biała będzie za 42 lata stanowiła 61,8 proc. ludności. Oznaczałoby to spadek odsetka białej populacji z 74,5 proc. w 2000 roku do 61,8 proc. w 2050 roku.

Ale nawet ta prognoza jest zaniżona, ponieważ nie bierze pod uwagę małżeństw mieszanych. Mniej niż 10 proc. urodzonych za granicą Latynosów pobiera się z nie-Latynosami, ale w trzecim pokoleniu proporcja ta wynosi już ponad połowę. Jeśli dzieci Latynosów i nielatynoskich białych uznamy za białe, to przewaga tej rasy w 2050 roku będzie jeszcze większa. Do tego dochodzą małżeństwa białych z Azjatami i czarnymi. Tylko 15 proc. Murzynów decyduje się na ślub z osobą o innym kolorze skóry (aczkolwiek liczba ta rośnie), natomiast mniej więcej połowa Amerykanów pochodzenia azjatyckiego pobiera się z osobami spoza swojej urzędowej rasy, głównie nielatynoskimi białymi, i niezależnie od tego, jak nazywa je państwo, ich dzieci z reguły są postrzegane jako białe. Jeśli zatem do populacji białej dodamy połowę ludności azjatyckiej, udział białych w całej populacji Ameryki spadnie z 75 proc. w 2000 roku do około 66 proc. w 2050 roku. Nie jest to porażający proces. Nie ma też dalekosiężnej groźby polaryzacji Stanów Zjednoczonych na anglofonów i obywateli hiszpańskojęzycznych. W drugim pokoleniu latynoskich imigrantów tylko połowa w ogóle zna hiszpański, a mniej niż 10 proc. mówi tylko w tym języku. W trzecim i czwartym pokoleniu amerykańscy Latynosi są anglofonami pełną gębą.

Jeśli przyjrzymy się wszystkim tym tendencjom łącznie, zaobserwujemy megatrend przeciwstawny wobec funkcjonującego w powszechnej świadomości: wyłączywszy z analizy nowych imigrantów, którzy jeszcze nie zdążyli się zasymilować, stwierdzimy, że w dłuższej perspektywie Amerykę czeka spadek, a nie wzrost zróżnicowania rasowego, kulturowego i językowego. Istnieją powody do niepokoju, zwłaszcza możliwość, że dwubiegunowy schemat biały - niebiały ustąpi miejsca schematowi czarny - nieczarny, w którym nieformalna społeczna definicja białości obejmie Latynosów i Azjatów, a Murzyni zostaną sami po drugiej stronie barykady. Nie zmienia to faktu, że tygiel etniczny, który spaja różne grupy w jedną, nadal działa. W tym stuleciu złączy on większość dzisiejszych starych i nowych grup etnicznych w jedną anglojęzyczną amerykańską większość kulturową o mieszanych, głównie europejskich korzeniach.

Stany Zjednoczone nie rozpadną się zatem wzdłuż etnicznych linii podziałów, tak jak Jugosławia czy Irak. A czy zawładną krajem fundamentaliści religijni? Wielu zagranicznych obserwatorów odnosi wrażenie, że Amerykanie robią się coraz bardziej religijni, a Europejczycy coraz bardziej świeccy. To po prostu nieprawda. Amerykanie są znacznie bardziej religijni niż zachodni Europejczycy, ale również tutaj występuje długofalowy trend sekularyzacyjny. Z badań przeprowadzonych w 2001 roku przez City University of New York wynika, że liczba Amerykanów, którzy nie wyznają żadnej religii, wzrosła z 8,16 proc. w 1990 roku do 14,17 proc. w 2000 roku. Jest to w tej chwili trzecia co do wielkości grupa wyznaniowa po katolikach i baptystach licząca 30 mln ludzi (baptystów jest o 4 mln więcej). Z kolei odsetek Amerykanów, którzy wierzą w Boga, ale nie są członkami żadnej organizacji religijnej, wzrósł we wspomnianym okresie z 46 do 54 milionów.

Jeśli weźmiemy pod uwagę praktyki religijne, a nie wiarę w Boga, różnica między USA i Europą skurczy się jeszcze bardziej. Według badań Gallupa, które objęły również Kanadyjczyków, 47 proc. mieszkańców Ameryki Północnej co najmniej raz w tygodniu chodzi do kościoła, w porównaniu do 20 proc. w Europie Zachodniej. Przy czym zdaniem niektórych socjologów jest to liczba zawyżona, ponieważ wielu Amerykanów wstydzi się przyznać ankieterom, jak rzadko chodzi do kościoła. Instytut Gallupa ustalił również, że liczba Amerykanów Północnych, którzy uważają Biblię za "prawdziwe słowo Boga", spadła z 65 proc. w 1967 roku do zaledwie 27 proc. w 2001 roku. Coraz bardziej liberalne stają się poglądy Amerykanów na homoseksualizm, seks pozamałżeński i cenzurę obyczajową. Wyjątkiem jest stosunek do aborcji: młodsi Amerykanie częściej są jej przeciwnikami niż starsi. Być może wynika to z coraz bardziej rozpowszechnionego stosowania we wczesnej fazie ciąży badań USG, które podważają wprowadzone przez zwolenników aborcji na żądanie rozróżnienie na płód i dziecko.

Skoro Amerykanie stają się coraz mniej religijni, to dlaczego w debacie publicznej słyszymy coraz więcej odwołań do Boga? Dlatego że to kolejny mit: nasz polityczny dyskurs zawsze tak wyglądał. Liberalni prezydenci, tacy jak Wilson, Roosevelt, Truman i Johnson częściej mówili o Bogu, Biblii i Chrystusie niż większość dzisiejszych polityków konserwatywnych. Podczas II wojny światowej Franklin D. Roosevelt wymiennie posługiwał się określeniami "cywilizacja zachodnia" i "cywilizacja chrześcijańska". W 1941 roku na szczycie w Nowej Fundlandii Roosevelt i Churchill razem z brytyjskimi i amerykańskimi marynarzami śpiewali hymny religijne. Bush i Blair wspólnie się modlili, ale trudno sobie wyobrazić, żeby publicznie wystąpili w roli chórzystów.

Procesy sekularyzacyjne w stylu europejskim są bardziej zaawansowane w głosujących na Demokratów stanach na obu wybrzeżach. Południe Ameryki ma znacznie bardziej konserwatywny charakter. Ale również Południe jest dzisiaj znacznie bardziej zsekularyzowane i liberalne niż parę pokoleń temu. Religijni politycy z Południa posługują się takim językiem, jakiego dawniej używali politycy ze Środkowego Zachodu i Północnego Wschodu.

Religijna prawica jest zjawiskiem prawie w stu procentach ograniczonym do białych protestantów z Południa, a zatem ma charakter tyleż religijny, co etniczny i regionalny. Przed ruchem praw obywatelskich biali chrześcijanie z Południa definiowali się jako... biali chrześcijanie z Południa, ale potem określenia "biali" czy "biali z Południa" nabrały rasistowskiego wydźwięku, więc południowi protestanci zaczęli podkreślać chrześcijański element swojej tożsamości. Biali Południowcy nigdy nie skorzystali z innej opcji i nie definiowali się w świeckich kategoriach etnicznych jako "szkocko-irlandzcy" czy "angloceltyccy", ponieważ jako przedstawiciele większości na Południu i jako potomkowie osadników sprzed 1776 roku uważają się po prostu za Amerykanów czy Południowców, a nie członków jakiejś grupy imigrantów. Na tej samej zasadzie większość angielska w Wielkiej Brytanii błędnie uważa Szkotów, Irlandczyków i Walijczyków za etnicznych. Słowem, język religii w Stanach Zjednoczonych, na Bałkanach i w Iraku ma mniej wspólnego z religią niż z polityką etnokulturową. Religijny konserwatyzm polityczny jest etniczną polityką tożsamości szkocko-irlandzkich i angloamerykańskich Południowców ze stanów dawnej Konfederacji.

Założenie obserwatorów z zewnątrz, że amerykańscy fundamentaliści są pionkami w rękach kapitalistycznej elity, jest błędne. Sondaże pokazują, że religijna prawica jako jedyna grupa społeczna może rywalizować z radykalną lewicą pod względem wrogości do wielkiego biznesu i wielkich banków. Kiedy Mike Huckabee, kandydat na prezydenta i były pastor baptystyczny z Arkansas, grzmi przeciwko Wall Street, jest w tym równie autentyczny jak stulecie temu William Jennings Bryan.

A zatem Ameryka raczej nie stanie się protestancką wersją teokratycznego Iranu, tak jak nie czeka jej los Jugosławii. Rozprawmy się więc z trzecim mitem. Zewsząd słyszymy, że Stanom Zjednoczonym grozi bankructwo i zapaść gospodarcza w związku z obciążeniem dla budżetu, jakim będzie wypłata świadczeń emerytalnych dla pokolenia powojennego wyżu demograficznego. Alarmiści łączą jednak ze sobą dwa programy: zabezpieczeń społecznych (z którego wypłacane są emerytury) i Medicare (publiczny system ubezpieczeń zdrowotnych). Wzrost udziału świadczeń emerytalnych w PKB do końca tego stulecia będzie niewielki i niedobory można uzupełnić za pomocą drobnych korekt w sposobie finansowania systemu. Większy jest problem z Medicare, bo jeśli jego koszty będą nadal wzrastały w obecnym tempie, to w połowie stulecia pochłoną dodatkowe 10 proc. PKB. Wynika to jednak ze wzrostu kosztów usług zdrowotnych, który dotyka całą gospodarkę amerykańską, także sektor prywatny. Niestety nie ma zgody nawet co do przyczyn tego zjawiska, a tym bardziej metod jego wyeliminowania. Programy naprawcze proponowane przez obie partie dotyczą przede wszystkim objęcia większej części społeczeństwa ubezpieczeniami, a nie ograniczenia kosztów. Możemy jednak być pewni, że Ameryka jakoś poradzi sobie z tym problemem, być może niezbyt przyjemnymi metodami, takimi jak wprowadzenie zawężonego koszyka świadczeń gwarantowanych przez państwo, pracodawców i ubezpieczycieli.

W porównaniu do problemu wzrostu kosztów usług medycznych rzekomy kryzys emerytalny jest błahy. Mówi się w tym kontekście o dwóch datach: 2017, kiedy w systemie skończy się nadwyżka i emerytury będą wypłacane z bieżących składek potrącanych z pensji, oraz 2041, kiedy wpływy ze składek spadną poniżej poziomu świadczeń. Czyli "kryzys" polega na tym, że w 2041 roku trzeba będzie nieznacznie podnieść podatki albo obniżyć świadczenia, żeby zasadniczo zdrowy system był całkowicie wypłacalny.

Pokolenie powojennego wyżu demograficznego już raz zmusiło państwo amerykańskie do zwiększenia wydatków - w czasach swojego dzieciństwa. W okresie 1950 - 1975 wydatki na szkolnictwo publiczne (w USA finansowane przez stany i samorządy lokalne) wzrosły z 2,5 do 5,3 proc. PKB. Ważny jest nie stosunek liczby pracujących do emerytów (który spadnie z 18:1 w 1950 roku do nieco ponad 2:1 w 2050 roku), lecz stosunek liczby osób niezarabiających na swoje utrzymanie (definiowanych jako dzieci do lat 20 i osoby powyżej 65. roku życia) do pracujących, a wyniesie on w 2050 roku 80:100 i będzie mniejszy niż w latach 60. (90:100), ponieważ wtedy mniej kobiet pracowało, większy natomiast był demograficzny udział dzieci w całej populacji. Co więcej, w 2050 roku amerykańscy pracownicy będą znacznie bardziej wydajni niż byli 100 lat wcześniej.

Podsumowując, jeśli nie dojdzie do jakiejś katastrofy, w 2050 roku Stany Zjednoczone będą krajem znacznie bardziej zintegrowanym rasowo niż dzisiaj, w miarę jednorodnym kulturowo i językowo, potrafiącym bez problemu sfinansować emerytury i służbę zdrowia na przyzwoitym poziomie. I po części dzięki tej zamożności Ameryka pozostanie wielkim mocarstwem, chociaż nie będzie samotnym hegemonem.

Wzrost znaczenia Chin, Indii i innych państw azjatyckich wywołuje przesunięcia w globalnym układzie sił i bogactwa. W tej kwestii potoczne poglądy są zgodne z prawdą. Ale relatywny wzrost potęgi Azji odbędzie się kosztem Europy, której udział w globalnym PKB spadnie przede wszystkim dlatego, że liczba ludności Starego Kontynentu zmaleje lub utrzyma się na obecnym poziomie. Nie należy jednak zapominać, że w 2050 roku Europejczycy wciąż będą znacznie bogatsi od Chińczyków i Hindusów pod względem dochodu na głowę ludności.

Skąd bierze się rozpowszechniony w społeczeństwie pesymistyczny i niezgodny z rzeczywistymi tendencjami obraz przyszłości USA? Po części z medialnej pogoni za sensacją. Inny czynnik to celowe wprowadzanie opinii publicznej w błąd przez podmioty, które mają w tym interes. Mit o kryzysie państwowego systemu emerytalnego szerzą między innymi ludzie z branży ubezpieczeniowej, którzy chętnie widzieliby prywatyzację tego dobrze funkcjonującego systemu.

Stany Zjednoczone stoją przed poważnymi wyzwaniami, ale innymi od tych, które się najczęściej wymienia. Bałkanizacja rasowa i językowa w dłuższej perspektywie raczej nie jest problemem, utrwalają się natomiast podziały klasowe. Mobilność społeczna jest teraz w USA mniejsza niż w Europie. Ameryce nie grozi, że stanie się teokracją, może natomiast stać się plutokracją. Kryzys emerytalny nie doprowadzi USA do bankructwa, ale w wypadku rosnących kosztów usług medycznych nie da się tego wykluczyć. W przewidywalnej przyszłości nikt nie zajmie pozycji Stanów Zjednoczonych w hierarchii geopolitycznej, ale może dojść do takiej sytuacji, że w polityce zagranicznej Ameryka weźmie na siebie zadania, których społeczeństwo nie zechce finansować. Im szybciej rozprawimy się z problemami mitycznymi, tym szybciej zidentyfikujemy te realne i znajdziemy dla nich rozwiązania.

Michael Lind

© Prospect (distr. by The New York Times Syndicate)

przeł. Tomasz Bieroń

p

Michael Lind, amerykański historyk, pisarz, publicysta i komentator spraw międzynarodowych. Publikuje w najbardziej wpływowych i prestiżowych amerykańskich czasopismach: "The New York Times", "The Washington Post", "The Atlantic Monthly" i "The National Interest". Jest autorem książek "The Next American Nation" (1995), "Up From Conservatism" (1996) oraz "What Lincoln Really Believed" (2004). W "Europie" nr 135 z 4 listopada 2006 roku opublikowaliśmy jego tekst "Świat po Bushu".