Była kolumbijska kandydatka na prezydenta Ingrid Betancourt została uwolniona z rąk przetrzymujących ją partyzantów dziesięć dni temu. Przez sześć lat była więziona w dżungli w upokarzających warunkach. Kilka razy próbowała uciekać. O jej uwolnieniu zadecydowały nie negocjacje, lecz zbrojna interwencja kolumbijskiej armii. Dla wybitnego filozofa André Glucksmanna postać Betancourt to symbol bezwzględnego pragnienia wolności, które lekceważy nawet groźbę śmierci. Pragnienia, za sprawą którego godzimy się na wszelkie ryzyko, byle osiągnąć upragnioną swobodę. Już po uwolnieniu Betancourt poparła stanowcze działania kolumbijskiego prezydenta przeciwko partyzantom. To wedle Glucksmanna jawne wyzwanie rzucone wszystkim tym, którzy w walce z ekstremistami aprobują jedynie negocjacje albo jałowe groźby. To także przypomnienie postawy tych, którzy w XX wieku walczyli z totalitaryzmami różnej maści, decydując się w tej walce poświęcić nawet własne życie. Dzisiejsi ekstremiści, terroryści i fanatycy - zauważa Glucksmann - to spadkobiercy tamtych totalitarnych tyranii. Są gotowi na śmierć i liczą na to, że ludzie Zachodu w trosce o własne życie ulegną ich żądaniom. Dlatego w walce z nimi potrzebna jest czasem straceńcza odwaga i wytrwałość. Taka jaką wykazała Betancourt, podejmując kolejne próby ucieczki, a potem znosząc upokarzające tortury.
p
Brawo! Opinia publiczna, oficjele, zwykli obywatele, rodzina - wszyscy się wzruszają i są szczęśliwi z powodu uwolnienia Ingrid Betancourt. Jeszcze raz brawo dla tej, która przeżyła i wytrzymała w tropikalnym gułagu, brawo dla jej rodziny, która poruszyła niebo i ziemię, dla małych zbiorowości, które mobilizowały przeciw zapomnieniu, dla polityków, którzy nie szczędzili wysiłków. Boję się jednak, by ten huk oklasków z całego świata nie pogrzebał pod kwiatami i komplementami krępującej i uporczywej prawdy, jaką zakładniczka FARC wypowiedziała od razu po lądowaniu na lotnisku w Bogocie, gdzie czekała na nią prasa, matka, mąż, rząd i wojskowi. Prawdy, którą po wielokroć przemyślała podczas trwającej sześć lat męki - jedynej, dzięki której słowo "uwolnienie" zyskuje sens absolutny.
Betancourt natychmiast gratuluje kolumbijskiej armii i prezydentowi Uribe akcji, która uratowała jej życie. Dziękuje nie tylko za powodzenie, lecz - jak umyślnie precyzuje - za to, że odważyli się podjąć decyzję, zdecydować o przeprowadzeniu akcji, która jak wszystkie inne akcje mogła się zakończyć niepowodzeniem z jakichś nieprzewidywalnych przyczyn (co się czasem zdarzało przy poprzednich próbach). Wbrew własnej rodzinie - o której mówi, że zawsze krytykowała militaryzm i polityczne awanturnictwo Uribe, bo bała się ją stracić - gratuluje prezydentowi. Bez wątpienia ruch "szach-mat" mógł skończyć się krwawo, ale Ingrid Betancourt gotowa była zginąć i od dawna na ten ruch czekała. To część jej zasad: mówi, że lepiej przeżyć "sekundę wolności" prowadzącą do śmierci niż wieczność w zniewoleniu. Pięciokrotnie usiłowała uciec, w odwecie partyzanci przykuli ją łańcuchem za szyję. "Zawsze unikałem wyobrażania sobie warunków, w jakich żyje moja żona" - oświadczył jej mąż - "Teraz wiem, że żyła jak pies". Wybór Ingrid, który ogłasza ona wszem i wobec już od pierwszych swoich kroków na wolności, jest głęboko przemyślany: woli raczej możliwość krwawego końca niż życie na łańcuchu. Takie było jej przekonanie od zawsze - dzieliła się nim w liście do matki wysłanym z głębin piekła: "Przestałam jeść, nie mam apetytu... Nic mi się nie chce i to jest chyba jedyna pozytywna rzecz, jaka mi się trafiła. Tak jest lepiej: nie chcieć niczego, żeby odzyskać wolność". Ze stoicyzmem głosiła z serca dżungli, że jej bezwarunkowy pęd ku wolności jest silniejszy od śmierci, bardziej nieuchronny niż życie. Stąd jej niewzruszone stanowisko (które przeciwstawia pacyfizmowi, jaki głosiła przed zejściem do piekieł): "tak" dla mojego militarnego wyzwolenia, z całym ryzykiem, jakie się z tym wiąże, "tak" dla prezydenta, który z odwagą stawia czoła możliwości porażki, która oznaczałaby dla niego ogólnoświatowe potępienie i ostateczną anatemę dla wszystkich właściwie myślących na całej planecie.
Opinia publiczna szybko zapomni o tej donośnej pochwale uwolnienia zakładników siłą, a także o heretyckiej apologii ryzyka i odpowiedzialności, jakie wzięli na siebie zarówno uwalniający, jak uwalniani. Kto jeszcze pamięta o Żydach z Auschwitz, którzy modlili się o zbombardowanie obozu? Kto jeszcze odważy się wspomnieć o życzeniu zeków z sowieckiego Gułagu, którzy wraz z Sołżenicynem mieli nadzieję, że Zachód oswobodzi ich manu militari z rąk Stalina, choćby za cenę ataku atomowego i pewnej śmierci? Kiedy patrzymy z perspektywy czasu, takie życzenie wydaje się surrealistyczne, a jednak tylko możliwość użycia - w ostateczności - broni nuklearnej dla obrony własnej wolności nadaje sens istnieniu sił odstraszających. Bo jeśli nie, to po co te przerażające arsenały, o których wszyscy mówią, że nigdy ich nie użyją? Fizyczna, moralna, intelektualna odwaga Ingrid Betancourt przypomina nam o tym, co jest najwyższą stawką każdej cywilizacji: o odrzuceniu niewoli.
Jak wszystkie totalitaryzmy XX wieku katechizm Al-Kaidy głosi: "Viva la muerte", wy kochacie życie, my kochamy śmierć, a więc my - faszyści, komuniści, integryści - będziemy silniejsi. Wielu spośród nas, ludzi Zachodu, przyzwala, głosuje na raczej czarnych albo raczej czerwonych, na dobrowolne poddaństwo raczej niż na śmierć... Nic nie jest takie łatwe. Nic nie jest z góry dane. Ingrid Betancourt zajrzała śmierci w oczy, jej ciało było zniewolone, ale powiedziała: nie! I wyciągnęła z tej odmowy nieugięte, twarde wnioski. Podziękujmy jej za to. Od nas zależy, by ta przykra prawda nie została ukryta.
p
*, ur. 1937, jeden z najważniejszych współczesnych filozofów europejskich. Początkowo bliski radykalnej lewicy, wobec której stopniowo zaczął się dystansować. W ostatnich latach głośne stały się jego książki analizujące stan ducha ludzi Zachodu w XXI wieku: "Dostojewski na Manhattanie" (wyd. pol. 2003) oraz "Ouest contre Ouest" (2003). W 2006 roku we Francji ukazała się jego autobiografia intelektualna: "Une rage d'enfant". Wielokrotnie gościł na łamach "Europy" - ostatnio w nr 214 z 10 maja br. opublikowaliśmy jego tekst "Bierność Zachodu".