DGP: Jest jesień 1939 r. na Nalewkach. Po upadku Warszawy, 18 października, pana brat jako pierwszy z rodziny wyjeżdża ze stolicy. Najpierw do Równego, a następnie do Artiomowska na Donbasie. Pan również rusza na Wschód.

Bronisław Erlich: Brat dotarł do ZSRR. Tam najpierw pracował w kopalni, a następnie został powołany do armii sowieckiej. Ja z siostrą wymaszerowałem z Nalewek drugiego grudnia 1939 r. Rano piechotą na Dworzec Wschodni na Pradze. Towarzyszył nam sąsiad. Pan Engel, który miał znajomego na granicy z ZSRR. Moja mama i mój ojciec ubłagali go, by wziął nas ze sobą. Ledwo usiedliśmy w wagonie, wszedł jakiś Niemiec i zaczął krzyczeć: "Alle Juden raus!". Rozumiecie po chińsku?

Biegle.

No właśnie. A my siedzimy jak skamienieli. Mama na peronie tak samo. Myśli sobie pewnie: dzieci w pociągu, a ten Niemiec się drze. Myśmy się nie ruszyli. Pociąg ruszył. Mama biegła, machając do nas. Widziałem ją wtedy ostatni raz. Następnie dotarliśmy do Małkini. Tam Niemcy wzięli mnie do roboty. Remontowałem dworzec kolejowy.

Jakie były okoliczności "załapania" się do tej roboty?

Niemcy stali na peronie i wyłapywali Żydów na oko. To znaczy na oko Polaków, którzy byli z nimi na stacji i oceniali, kto może być Żydem. Mężczyzn brali do roboty. Kobiety puszczano wolno.

Jak Polak z peronu w Małkini rozpoznawał Żyda?

Nie wiem. To były jakieś wyrostki. Młodociani. Mieli kija w ręku, ale nie można powiedzieć, żeby to były jakieś zakazane mordy. Po prostu miejscowe łobuzy, dla których to był sport. Trzech czy czterech. Asystował im Niemiec. Niemcy nie mieli wtedy talentu do rozpoznawania Żyda. Polacy z kolei nie mówili po niemiecku. Tylko: "Jude! Jude!". Jedno słowo znali. Nie wiem, czy jestem bardziej podobny do Mojżesza czy do Chrystusa, ale mówię bez naleciałości. Zresztą i tak się nie odzywałem. Przecież nie mogłem po polsku im powiedzieć: "Panowie, co wy robicie? Nie wstyd wam?". No ale rozpoznali mnie. Każdy w takiej sytuacji od razu czuł się winny. Za to, że jest Żydem. No ale jeszcze wtedy nie zabijali. Jeszcze było kulturalnie. Podawałem belki do reperowania dachu. Pilnowali nas Niemcy, a ci chłopcy uganiali się na peronach za Żydami.

Co się w tym czasie działo z pana siostrą?

Dotarła z panem Englem – naszym sąsiadem z Nalewek – pod adres, pod którym miał być jego znajomy. Siostra szukała mnie później po mieście. Po kilku godzinach prac Niemcy zwolnili mnie. Spotkałem ją zapłakaną. Poszliśmy do znajomego pana Engla, polskiego chłopa, który mieszkał niedaleko granicy. Na drugi dzień ten rolnik przeprowadził nas do Czyżewa. Stamtąd pieszo do Szepetówek. I później pociągiem bez biletu do Białegostoku, Brześcia i dalej do Wołkowyska. Tam mieliśmy jakąś kuzynkę, której nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Na miejscu działał komitet, który pomagał Żydom uciekającym z Polski, udzielając im kwatery.

Mieliście pieniądze? Jak i z czego się tam utrzymywaliście?

Nie mieliśmy ani grosza. Na szczęście zaczął padać śnieg i zaangażowałem się do odśnieżania ulic. Później dostałem stałą pracę jako nosiwoda i drwal. Tak mijał czas. Latem 1940 r. – gdy już granica była w miarę szczelna – Sowieci zaczęli pytać Żydów z Polski, co chcą dalej robić. Rejestrowano i pytano: dokąd kto chce jechać. Wiele osób zgłosiło się na powrót do okupowanej Polski. Ja z siostrą również.

Były jakieś informacje o sytuacji w Polsce?

Te sprzed przekroczenia granicy aktualizowane o dane dostarczane przez kolejnych uciekinierów, którym udało się przekroczyć granicę ZSRR. Było sporo złych wiadomości. Ale mimo to ludzie chcieli wracać. Choćby z tęsknoty za rodziną. Byli też tacy, którzy deklarowali chęć wyjazdu np. do Brazylii. Sowieci im oferowali takie opcje. Mówili o Kanadzie, Brazylii. Celowo kłamali i wprowadzali w błąd, aby wyłapać podejrzany w ich mniemaniu element. Ci, którzy się na to złapali, trafiali na Sybir. Moja siostra do Nowosybirska. Później Niemcy najechali na ZSRR. Ja w tym czasie pracowałem u emerytowanego oficera Wojska Polskiego – pana Karola Urbanowicza. Byłem u niego parobkiem.

Jak to się stało, że Urbanowicza, jako emerytowanego polskiego żołnierza, Sowieci nie zesłali na Sybir.

Nie wiem. Nie mam pojęcia, dlaczego się uchował. U niego w gospodarstwie rolnym zajmowałem się wszystkim aż do 2 listopada 1942 r. Wtedy Niemcy byli pod Stalingradem w euforii kolejnych sukcesów na froncie wschodnim. Pełne też były zdolności produkcyjne Treblinki. 2 listopada 1942 r. wszystkim Żydom z Wołkowyska i okolic nakazano opuszczenie swoich miejsc zamieszkania i stawienie się w dawnych koszarach kawaleryjskich. Tego dnia rano szedłem po śniadaniu do stodoły u Urbanowicza młócić cepem. Widzę przez płot, że moja gospodyni – pani Jadwiga – obserwuje korowód ludzi maszerujący drogą. Słychać było płacz. Lament. Jakieś rowery ciągnęli. Wózki dziecięce. Rzeczy. Pytam się gospodyni: co się tu dzieje? „Wszyscy Żydzi dostali polecenie wyniesienia się ze swoich mieszkań” – odpowiedziała. Z tych koszar oni później trafiali do Treblinki. Miałem świadomość, że skoro gromadzą ludzi w jednym miejscu, to będą ich gdzieś wywozić.

Jak zareagował Urbanowicz?

Wezwał mnie do siebie i powiedział, że muszę natychmiast opuścić jego gospodarstwo. Mówił, że jak mnie odkryją, to zabiją całą jego rodzinę. Dał mi parę kromek chleba z kiełbasą i poszedłem do lasu. Puściłem się w drogę, aby znaleźć partyzantów. Idę i widzę patrol – polski policjant pomocniczy i niemiecki żołnierz. Tym policjantem był kolega, z którym wcześniej w Wołkowysku – jeszcze pod władzą ZSRR – chodziłem do szkoły wieczorowej.

Wiedział, że jest pan Żydem.

Doskonale wiedział, kim i skąd jestem. Nie było żadnej ucieczki. Podchodzę. Pozdrowiliśmy się. Policjant dał znać Niemcowi. Dał znać, że można mnie puścić, bo jestem aryjczykiem. To był pierwszy przypadek, w którym Polak uratował mi życie. Później było ich mnóstwo. Idę dalej i znów widzę patrol niemiecki, biwakujący na skraju lasu. Wszystkie drogi obsadzili, żeby żaden Żyd im nie uciekł. Skręciłem w pole. Tam była stodoła. Usiadłem za nią. Widziałem dzieci bawiące się piłką. No i ta piłka potoczyła się w moją stronę. Dzieci popatrzyły na mnie, wzięły piłkę i uciekły. Nie czekając, aż dorośli przyjdą do mnie z widłami i siekierami, podjąłem decyzję, że pójdę do tych koszar, gdzie Niemcy koncentrowali Żydów. Cały kompleks był otoczony drutem kolczastym. Później widziałem, że podchodzą pod niego Polacy i przynoszą znajomym Żydom pakunki, jakieś jedzenie dla swoich sąsiadów. Niemcy szybko zorientowali się w tym procederze i przepędzili ich. W tym obozie spotkałem Mosze Lichtensteina, swojego kolegę szkolnego z Warszawy ze Stawek. Też uciekł z Warszawy i mieszkał 18 kilometrów ode mnie. Miał dwie siostry. Bywałem u nich w mieszkaniu w Warszawie. Jedna z nich włączała patefon i uczyła mnie tańczyć tango. Mosze powiedział mi w tym obozie, że ma pistolet i razem z kolegami chce uciec. Powiedziałem mu, że się do niego przyłączę. Na drugi dzień Niemcy ustawili grupę roboczą Żydów w kolumnie. Zaprowadzono nas do więzienia w centrum miasta. Tam były nawet słomiane poduszki i jedzenie. Jednego dnia po drodze z pracy do tego więzienia mieliśmy postój. Gdy Niemiec chciał coś załatwić, skoczyłem w bok do jakiejś chałupy. Staruszka otworzyła mi drzwi. Musiała obserwować ulicę. W mieszkaniu było wiele osób. Spytałem, czy mają kawałek chleba. Dostałem pajdę i medalik z Matką Boską. Ta stara kobieta powiedziała: „Panie, pan tak pięknie po polsku mówisz, ratuj się pan!”. Wyszedłem na zewnątrz i przyłączyłem się do grupy. Wszyscy czekali na wyjście do łaźni. Po niej znów do więzienia, z którego codziennie pod wartą prowadzili nas do pracy.

Na czym ta praca polegała?

Opróżnialiśmy opuszczone żydowskie mieszkania. Rzeczy ładowaliśmy na furmanki. W magazynie sortowaliśmy je. Żołnierze przyzwyczaili się do nas. Przywozili nas do sortowni i zostawiali. Któregoś dnia spotkałem na ulicy szwagra Karola Urbanowicza, tego, u którego pracowałem jako parobek. On był prawnikiem. Znał mnie. Zaprosił do domu. Tam była jego żona i córeczka. On jako prawnik miał pełno różnych dokumentów swoich klientów. Gdy wybuchła wojna, ci klienci się ulotnili, a papiery zostały. Zaczął szukać czegoś pasującego do mnie. Pod względem wieku i płci. Znalazł dokument wystawiony na panią Bronisławę Karkos z domu Dąbek, imię ojca Julian, matki – Marianna. Bronisława urodziła się w 1912 we wsi Witaradowo w powiecie olkuskim. Ja się urodziłem w 1923. Szwagier Urbanowicza przerobił to dwunastego na dwudziestego, bo to było słownie napisane. Urodzoną przerobił na urodzony. Tej różnicy trzech lat już nigdy nie odkłamałem. Imię było podobne. Ale mieliśmy jeszcze jeden problem. Gdy w powiecie olkuskim rodziła się pani Bronisława Karkos, ksiądz w lokalnej parafii miał tylko formularze aktów zgonu, a nie metryk urodzenia. No i musiałem funkcjonować na akcie zgonu. Trudno to było wytłumaczyć niemieckiemu żandarmowi. Bo jak powiedzieć takiemu chłopu z Hamburga: „No wie pan, nie było formularzy aktu urodzenia, to wypisano mi go na wzorze aktu zgonu”. Szwagier Urbanowicza znalazł rozwiązanie – przekreślił słowo „zgonu” siedmioma kreskami pod linijkę i napisał odręcznie „urodzenia”.

Odrodził pana z tego aktu zgonu.

Nadal wiedziałem, że trudno będzie to wytłumaczyć żandarmowi. Nie był to najdoskonalszy falsyfikat. No ale miałem aryjskie papiery. Nie byłem jakimś tam Żydem. Do tego miałem ten medalik Matki Boskiej. Wyższa rasa. Pan Siewasiewicz – szwagier Urbanowicza, chrześcijanin, Polak – po raz drugi ratował mi życie. Jak już miałem te papiery, to któregoś dnia po fajrancie po prostu nie czekałem, aż przyjdą Niemcy, by nas odprowadzić do tego więzienia, w którym mieszkaliśmy. Siewasiewicz dał mi oprócz dokumentów adres chłopa, który mieszkał na odludziu. 10 grudnia 1942 r. pomaszerowałem do tego chłopa. Powiedziałem mu, że szukam pracy, a on kazał mi iść zameldować się do sołtysa. Dodałem, że wracam z Syberii. Wymyśliłem legendę, która uzasadniła moją obecność w okolicy. Poszedłem do sołtysa i mówię, że będę pracował u tego i tego pana, proszę mnie zameldować. Potrzebowałem jednak dokumentu zaświadczającego wymeldowanie z ostatniego miejsca pobytu. Nie miałem go. Musiałem odejść. Przez dwa dni przeszedłem 90 km. Raz zatrzymał mnie patrol niemiecki. Pytali, gdzie jest fotografia w moim dokumencie. Kazali odprowadzić na gestapo. Jakaś Polka słyszała rozmowę. Rzuciła się temu Hansowi z patrolu na szyję i mówi: daj spokój temu chłopakowi, z Syberii idzie. Oficer uległ czarowi Polki. Na koniec spytałem dla hecy jeszcze tego Hansa, czy może mi powiedzieć, gdzie tu jest jakiś hotel, bo chciałbym zanocować. Nic nie odpowiedział. Doszedłem do Białegostoku. Potem jakąś furmanką dostałem się do wsi Zaścianki. Powiedziano mi, że sołtys mnie tam przenocuje. Zapukałem do jakiejś chaty. Otworzyła kobieta. Poczułem zapach placków ziemniaczanych. Zapytałem o drogę do sołtysa i głodny poprosiłem o kilka tych placków. W tym momencie zauważyłem ogromny strach w oczach tej kobiety. Ujrzała uciekiniera. Może Żyda. Sołtys, do którego w końcu dotarłem – zaprowadził mnie do chałupy pana Gołębiowskiego i polecił mu mnie przenocować. To była rodzina, młode małżeństwo mieszkające z rodzicami i z dwójką córeczek. Dostałem kolację. Gołębiowscy zaczęli mnie wypytywać o sytuację. W domu był też jakiś ich dobry znajomy – Wincenty Puchalski. On nic nie mówił. Rano miałem wymaszerować. Pożegnałem się ze wszystkimi, a na schodach siedział milczący Puchalski. No i Wincenty pyta w końcu, czy nie chciałbym u niego zostać i pracować za 30 marek miesięcznie, plus wyżywienie i wyrko. Byłem wniebowzięty, ale nie mogłem okazać radości. Zgodziłem się oczywiście. Powiedziałem mu, że w ten sposób zarobię trochę na drogie. Znaczy na drogę. Musiałem dostosować język do warunków. Używałem języka, w którym co drugie słowo, to organ płciowy i czynności seksualne. Jak chłop z Podlasia. Nie chciałem uchodzić za jakiegoś inteligencika. Poszedłem do domu Puchalskiego. Tam jadłem i piłem samogon. Po dwóch godzinach byliśmy kompletnie nietrzeźwi. Potem zresztą sam pędziłem bimber. Ja pracowałem u Puchalskiego, a on mógł od teraz flirtować z dziewczynami. Potrafiłem już pracować w gospodarstwie. Mogłem się pokazać jako prawdziwy chłop. „Chłop” z Nalewek. Widziałem z tej stodoły, jak pociągi jechały z Niemcami na front wschodni. Młodzi chłopcy rozśpiewani. Mówiłem sobie pod nosem: „kurwa wasza mać! Żeby żaden z was nie wrócił żywy do domu”. Okrutne to było z mojej strony. Po kilku tygodniach zaczęła się paszportyzacja wsi Zaścianki. Złożyłem dokumenty i mało brakowało, bym dostał oryginalną, aryjską kenkartę. 26 marca 1943 r., w dzień Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny – zjawia się pan Stanisław Zwoliński, wzięty do niewoli przez Niemców w czasie kampanii wrześniowej. Niemcy wzięli go na roboty. Zwoliński przyjechał pewnego dnia do Zaścianków w rodzinne strony i poprosił niemieckiego urzędnika, czy nie mógłby tu pozostać. Ten się zgodził, ale pod warunkiem, że Zwoliński znajdzie kogoś na swoje miejsce.

I tym kimś był pan?

Tak. Dowiedział się, że jest tu taki jeden przybłęda. Bronisław Karkos bez rodziny. W tym samym czasie dostałem wezwanie do gminy napisane w języku niemieckim. Tam komisarz pyta mnie, czy chcę na roboty jechać. Mówił, że w Niemczech jest ładnie. Ja odpowiadam, że wiem i chętnie pojadę tam na wycieczkę. Ale jak się wojna skończy. Komisarz Niemiec eksplodował. Ryczał: „Jedziesz do Niemiec! I basta”. Odprowadzono mnie pod eskortą do „obozu przejściowego” Arbeitsamtu. Pod dwóch dniach urzędnik obozowy odprowadził mnie na dworzec kolejowy w Białymstoku. Wicek Puchalski przyniósł moje rzeczy. Żegnając się ze mną, całował mnie w rękę. Mówię: „Wicek, rany boskie!”. Po dwóch dniach urzędnik odprowadził mnie z tego obozu na dworzec. Wręczył mi bilet kolejowy oraz dokument przekazu i – za Stanisława Zwolińskiego – pojechałem na roboty. Byłem paczką. Jechałem pociągiem osobowym przez Olsztyn, Toruń, Bydgoszcz i Berlin do Turyngii, do miejscowości Langenzaltza, razem z żołnierzami wracającymi z frontu wschodniego na urlop do domu. Oni pili ze mną wódkę. Nie było kieliszków, więc butelka krążyła po przedziale.

Bał się pan wtedy?

Nie. Absolutnie. Niemieccy żołnierze nie kazali mi spuszczać spodni, a ja byłem Bronisławem Karkosem. Pewnym siebie i bezczelnym. Bałem się jednak, że któryś z Polaków na miejscu zwęszy Żyda. W tym pociągu nie było Polaków. W Berlinie miałem przesiadkę. W końcu dotarłem do Hugo Kolbego, u którego miałem pracować.

Po wojnie sprawiedliwość była taka, że pan został Szwajcarem, a pan Hugo Kolbe mieszkał w komunistycznym NRD. Jakiś minimalny rodzaj sprawiedliwości dziejowej.

Dokładnie tak. Jak te losy sprzyjają. Ale zanim tak się stało, był jeszcze jeden zwrot. Dotarłem w końcu do Kolbego. On otwiera drzwi i twierdzi, że nie potrzebuje nikogo, bo ma komplet. Sąsiada spytał, czy potrzebuje pracownika. To był Kurt Schenau. 1 kwietnia 1943 r. roznosiłem już u niego gnój na polu. U tego Kurta zostałem do stycznia 1944 r. Każdego dnia po robocie spotykaliśmy się w izbie u Stasia Ziółkowskiego. Byli tam wszyscy Polacy z okolicy, którzy trafili na roboty. Gawędziliśmy, graliśmy w karty. Tak mijał czas.

Wspominał pan, że obawiał się denuncjacji ze strony Polaków. Jak duże było ryzyko?

Któregoś dnia byłem sam w tej izbie ze Stasiem Ziółkowskim. Pokazał mi list od kolegi. I tam poza banałami w stylu, że łaciata się ocieliła, była historia Janka, którego ktoś zadenuncjował jako Żyda. Gdy to przeczytałem, struchlałem. Dałem list Ziółkowskiemu. On go schował i ani słowa nie powiedział. Zrozumieliśmy obydwaj o co chodzi. To była sugestia, bym uważał. Dał mi do zrozumienia, że wie, kim jestem naprawdę. Wiedział jeszcze Marian Marczuk – Polak, który był z nami na robotach. Ale ani Marian, ani Stasiu mnie nie wydali.

Marian albo Stasiek chcieli czegoś za utrzymanie dyskrecji?

Nie. Nic nie chcieli. O pieniądzach nie było mowy. Takich normalnie szlachetnych kolegów Polaków spotkałem więcej na mojej drodze.

Jak często ukrywając się w Polsce słyszał pan komentarze na temat Żydów?

Niekiedy słyszałem. Czasami nieprzychylne. Czasami lekceważące albo głupie. Kiedyś przyszła do matki Puchalskiego jakaś krewna. Młoda dziewczyna. Rozmawiały o wywożonych z Białegostoku Żydach na Zagładę. Pani Maria – matka Puchalskiego – płakała. Młoda kobieta natomiast mówiła: „Jako ludzi jest mi ich żal. Jako Żydów nie”. Szwagier Wicka Puchalskiego – Stanisław Owsian – poprosił Wicka, aby ten mnie wypożyczył na kilka godzin do pomocy. No i coś tam robimy, a Stasiek mówi: „Gdyby Wicek wiedział, kto u niego mieszka, to by już tak spokojnie nie spał”. Wielu ludzi w okolicy domyślało się, kim jestem. Jednak nikt mnie nie zdradził. Kiedyś pani Puchalska pytała, czy pójdę z nimi na roraty. Oczywiście nie wiedziałem co to są roraty, ale odpowiedziałem, że naturalnie pójdę. Innym razem nie miałem drobnych na tacę. Położyłem 10 marek i czekałem na resztę. Nie wiedziałem, że z tacy nie wydaje się reszty. Straciłem kupę forsy. Ludzie spoglądali ze zdziwieniem, ale nie zdradzili mnie.

Czy na robotach ze strony Polaków pojawiały się antysemickie komentarze?

Ukrainiec jeden opowiadał historię z Galicji. Mówił, jak polał jakiemuś Żydowi chałat w pasie czymś żrącym i ten chałat mu odpadł, a on w bieliźnie został. Miał z tego ten Ukrainiec wielką pociechę. Dla Polaków na robotach Żydzi to nie był temat. Poza pojedynczymi uwagami co do ich losu.

Jak dla pana się skończyła wojna?

3 kwietnia 1945 r. o 15.35. Pierwsze amerykańskie czołgi wjechały do naszej wsi. Wszyscy się pochowali. Niemcy, Polacy, Rosjanie i Ukraińcy. W zasadzie sam jeden tych Amerykanów witałem. Dostałem od nich kilka paczek papierosów. Dla mnie wojna się skończyła. Jeszcze przez pewien czas żyłem jednak pod fałszywym nazwiskiem. Do dziś mam więcej lat niż w rzeczywistości.

Kiedyś przyszła do matki Puchalskiego jakaś krewna. Młoda dziewczyna. Rozmawiały o wywożonych z Białegostoku Żydach na Zagładę. Pani Maria – matka Puchalskiego – płakała. Młoda kobieta natomiast mówiła: „Jako ludzi jest mi ich żal. Jako Żydów nie”