Nie tak dawno przeprowadzałem wywiad z dyrektorem Muzeum Powstania Warszawskiego. Rozmowa szybko zeszła na kwestie historyczne, zadałem proste, wręcz banalne pytanie: czy powstanie było potrzebne?

Jan Ołdakowski odparł, że wiele razy się nad tym zastanawiał i jest przekonany, że w tamtych okolicznościach nie dało się inaczej. Mieć broń w ręku i nie uderzyć na Niemców? To nie mieściło się w głowach ówczesnych dwudziestolatków.

Czy 70 lat później, mając w muzealnym archiwum kilka godzin autentycznych nagrań powstańców i walk, można było nie zrobić tego filmu? Janowi Ołdakowskiemu, który został producentem całego przedsięwzięcia, nie mieściło się to w głowie. Wszystko zaczęło się od dodania kolorów do kilku zdjęć Eugeniusza Lokajskiego, żołnierza-fotografa dokumentującego powstanie. I wtedy narodził się pomysł, by w ten sam sposób zrobić film. Autentyczny, zbudowany ze starych kronik filmowych. Ruszyły przygotowania.

Eksperci od odczytywania ruchu warg zaczęli odszyfrowywać słowa, jakie na niemych nagraniach wypowiadali ich bohaterowie, historycy, militaryści i varsavianiści zadbali o identyfikację postaci i miejsc. Specjaliści od obróbki komputerowej zajęli się odświeżaniem cyfrowym starych nagrań i kolorowaniem ich, klatka po klatce, ujęcie po ujęciu. Dialogi napisali Joanna Pawluśkiewicz i Michał Sufin. Koloryzacji doglądał ceniony filmowiec Piotr Sobociński junior. Muzykę napisał Bartosz Chajdecki, a o całkowite udźwiękowienie filmu zadbał Bartosz Putkiewicz. Scenariusz napisali Jan Ołdakowski, Piotr Śliwowski i Joanna Pawluśkiewicz. Film nie powstałby bez Jana Komasy, który jest autorem pomysłu na takie pokazanie powstania.

Efekt wgniata w fotel. Dostajemy widowisko, które od pierwszych chwil ściska widza za gardło. Wybucha powstanie, nad Warszawą z warkotem krążą niemieckie stukasy, na Warszawę spadają bomby, rozlegają się wybuchy, strzały, potężna eksplozja wstrząsa szkieletem wieżowca Prudentiala - i nagle stare dobrze znane z programów rocznicowych o powstaniu obrazy ożywają, stają się jeszcze bardziej prawdziwe. Powstańcy odzyskują mowę, zaczynają wypowiadać słowa, których do tej pory moglibyśmy się tylko domyślać. Uśmiechają się, żartują, pozują do kamery z bronią, po prostu żyją. - Kochasz mnie? - pyta chłopak, obejmując przytulającą się do niego dziewczynę. - Nie - odpowiada ona, odrzucając filuternie na bok burzę jasnych loków. Obrazek, jaki można by zobaczyć wiosną w większości parków. Różnica polega na tym, że oboje stoją na tle ruin, ubrani w wojskowe mundury i za chwilę mogą zginąć.

Główni bohaterowie, a zarazem narratorzy, którzy prowadzą widza przez obrazki powstańczej Warszawy, to dwaj bracia. Witek i Karol, wymyśleni na potrzeby filmu żołnierze-kamerzyści z Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej. Personifikują kilkudziesięciu takich jak oni powstańców, którzy z kamerami w dłoniach narażali swoje życie. Bracia wysuwają na pierwszą linię frontu, wchodzą do szpitali, pokazując pielęgniarki, lekarzy i - przy sprzeciwie tych ostatnich - także rannych, nagrywają odgrzebywanie ciał cywilów zasypanych pod gruzami zbombardowanych domów i w finale przekradają się z kamerą na niemiecką stronę.

Ale wojna w „Powstaniu Warszawskim” to nie wszystko. To także chwile wytchnienia przy barykadzie czy w kolejce po wodę, to moment, kiedy na ulicy w wielkim garze gotuje się cienką polewkę rozlewaną do pogiętych misek. - Smaczna zupa - mówi uśmiechnięty nieogolony mężczyzna. - Będą teraz nas nagrywać, jak gotujemy? - nieśmiało protestuje jedna z dziewcząt, obierając ziemniaki. Prozaiczne chwile, które są wytchnieniem od wojny, przypominającej o sobie głuchymi tąpnięciami padających kilka przecznic obok pocisków artyleryjskich.

Film jest tak skonstruowany, by jak najdokładniej pokazać życie w powstańczej Warszawie - zarówno powstańców, jak i zwykłych warszawiaków. Kiedy żołnierze ruszają do ataku, cywile ukryci w piwnicach modlą się, błagając o zachowanie od zasypania i rozstrzelania. Kiedy Niemcy cofają się, do kwartałów wraca życie, cywile układają barykadę z płyt chodnikowych, dzieci nawołują się do zabawy, powstańcy zaczepiają dziewczyny na ulicach. Pojawia się nawet scena, w której żołnierska para bierze ślub. Nie brakuje również i drastycznych momentów, jak ten, kiedy pod ostrzałem powstańcy przeciągają po gruzach ciało chłopca albo kiedy bracia-filmowcy trafiają na jednym z podwórzy na stos kilkuset rozstrzelanych osób - mężczyzn, kobiet i dzieci. Obrazy te, podane w kolorze, z emocjonalnym komentarzem zza kadru, wzmocnione świadomością widza, że to, co ogląda, to autentyczne świadectwo bestialstwa Niemców, robią ogromne wrażenie. Można mieć wątpliwość, czy jest to film, jaki w ramach uzupełnienia wiedzy historycznej powinna oglądać młodzież gimnazjum, ale z pewnością powinien trafić do licealnego kanonu.

„Powstanie Warszawskie” to z pewnością znakomite uzupełnienie i w pewien sposób ukoronowanie misji Muzeum Powstania Warszawskiego. Obraz ten otwiera i jednocześnie zamyka nowy rozdział w martyrologii polskiej. Nie da się bowiem znaleźć innego tak dobrego i dosłownie autentycznego filmu, który pokazywałby historyczną tragedię Polaków. Nie da się także powtórzyć sukcesu, jaki niewątpliwie „Powstanie” osiągnie. Jego nieco zawoalowaną zapowiedzią są słowa jednego z braci-filmowców, który obiecuje drugiemu, że jak wojna się już skończy, pokażą to nagranie w Ameryce i podbiją zielone wzgórza Hollywood.

Wiele wskazuje na to, że to marzenie ma szanse się spełnić.