Pierwsza i jedyna jak dotąd powieść, którą opublikowałem w 2004 r. "The Power Game: A Washington Novel" przez wielu została odebrana jako zapowiedź, że w 2008 r. wybory wygrają Demokraci. W ciągu ostatnich czterech lat nie zmieniłem zdania - wygrana kandydata Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach prezydenckich wydaje się niemal pewna.

Wynik wyborów zależy w tej chwili od dwóch czynników, które amerykańscy wyborcy biorą pod uwagę. Pierwszy z nich to kondycja gospodarki USA. Jeśli amerykańska gospodarka nie przyspieszy w ciągu najbliższych miesięcy - a wydaje się to mało prawdopodobne - Demokraci mają zwycięstwo w kieszeni. Drugą ważną sprawą jest bezpieczeństwo państwa. Jeśli w USA dojdzie do kolejnego zamachu terrorystycznego, Republikanie utrzymają się w Białym Domu. Jeżeli jednak do takiego ataku nie dojdzie, a sytuacja w Iraku nie pogorszy się, prezydentem zostanie Barack Obama.

Obama - symbol soft power
Zwycięstwo Obamy wydaje mi się tym bardziej prawdopodobne, że w przeciwieństwie do Johna McCaina nie tylko lepiej rozumie on nadzieje, jakie Amerykanie wiążą ze zmianą na stanowisku prezydenta, ale także lepiej niż jego przeciwnik zdaje sobie sprawę z roli, jaką w najbliższych latach, a nawet dziesięcioleciach Stany Zjednoczone będą odgrywały w świecie.

Biografia Baracka Obamy urosła do rangi pewnego symbolu - symbolu wielokulturowej Ameryki otwartej na innych. Dzieciństwo spędził w Indonezji, jego babcia mieszka w afrykańskiej wiosce - to informacje ważne nie tylko dla Amerykanów, ale i dla mieszkańców innych krajów, którzy śledzą historyczną walkę o amerykańską prezydenturę.

Obama wzmacnia amerykańską miękką siłę już przez to, kim jest. Jego tożsamość - amerykańska, ale wielokulturowa - to obok umiejętności wykorzystywania inteligencji emocjonalnej największy magnes dla jego wyborców. Potrafi rozpoznawać własne emocje i wzbudzać pożądane emocje u innych. To czyni go czymś więcej niż tylko dobrze przygotowanym do publicznych wystąpień menedżerem. Jest przywódcą, jakiego USA potrzebują, żeby wzmocnić swoją pozycję w świecie nie za pomocą przewagi militarnej, lecz przy użyciu miękkiej siły. Prowadzona przez niego kampania jest dla mnie dowodem, że będzie umiał skutecznie działać, kiedy obejmie prezydenturę. Tak więc i symbolika, którą ze sobą niesie jego pochodzenie, i inteligencja emocjonalna, którą umiejętnie wykorzystuje, to najlepsza rekomendacja.

Wydawało się jednak, że to Hillary Clinton stanie w listopadzie do walki o Biały Dom. Choć z pewnością nie jest ona mistrzynią w wykorzystywaniu inteligencji emocjonalnej, ale też to nie jej brak przesądził o porażce byłej pierwszej damy. Największym błędem, jaki popełniła Clinton, było podkreślanie doświadczenia, które ma. Jeśli słyszymy, że ktoś jest doświadczony, odsyła to nas od razu do przeszłości. Nowojorska senator nie potrafiła nawiązać kontaktu z najmłodszym pokoleniem wyborców, tak jak się to udało Obamie, który zyskał ich sympatię dzięki swojemu inspirującemu przesłaniu zapowiadającemu lepszą przyszłość.

Clinton sama uwięziła się w przeszłości, mówiąc tak dużo o rzeczach, które przygotowały ją do prezydentury. Przez to wydała się wyborcom skupiona na tym co było, podczas gdy Obama jawił się jako polityk patrzący w przyszłość. Wyborcy, którzy liczą na to, że nowy prezydent przyniesie oczekiwaną zmianę, uwierzyli, że to Obama jest przyszłością Ameryki.

Obama udowodnił, że bez zaplecza w waszyngtońskim establishmencie będzie w stanie uzyskać nominację Partii Demokratycznej. Wierzę, że jest on również przygotowany do kierowania najpotężniejszym krajem na świecie. Z pewnością brakuje mu praktyki, którą może się poszczycić jego republikański przeciwnik. Ale to, że żył poza granicami USA, dało mu takie doświadczenie, jakie jest w dzisiejszym świecie szczególnie cenne: Obama potrafi patrzeć na świat oczyma innych. Nie chciałbym nic ujmować wojskowej karierze Johna McCaina, ale to Obama ma nad nim przewagę.

McCain - reprezentant twardej siły
W listopadzie czeka nas niezwykle ciekawy pojedynek, nie tylko dlatego, że McCain może zostać najstarszym w chwili obejmowania urzędu prezydentem, a Obama najmłodszym. Nie chodzi o 25 lat różnicy wieku, ale o to, jaki rodzaj doświadczeń mają za sobą obaj kandydaci. Optyka, którą przyjmuje McCain, to perspektywa patrzenia na świat z lotu ptaka, dla Obamy ważniejsze jest spojrzenie z najniższego poziomu. Obie perspektywy są ważne, wyborców przekonuje jednak to, że Obama potrafi dostrzec ich problemy i obiecuje je rozwiązać. Wydaje mi się, że ryzyko, jakie niesie ze sobą prezydentura Obamy - z racji tego, że ma za sobą krótszą polityczną karierę - jest większe, ale jednocześnie Ameryka może na jego prezydenturze więcej zyskać.

Przywódca takiego państwa jak Stany Zjednoczone musi mieć świadomość, że gra toczy się na kilku różnych szachownicach. Jedna z nich to działania militarne, druga to sprawy gospodarcze, trzecia – działania dyplomatyczne. Mamy szansę odnieść sukces, tylko jeśli na każdej z nich wykonujemy równie przemyślane ruchy. Nie wystarczy użyć twardej siły, potrzebna jest też zdolność przyciągania do siebie innych, a to jest możliwe tylko dzięki umiejętnemu stosowaniu miękkiej siły, czyli prowadzeniu polityki przez kulturę i propagowanie wartości. Chociaż Obama deklaruje się jako zwolennik miękkiej siły, wydaje mi się, że ktokolwiek zasiądzie w Gabinecie Owalnym będzie musiał posługiwać się i miękką, i twardą siłą, żeby w najlepszy sposób zadbać o interesy USA.

Prezydent USA nie może polegać tylko na jednym rodzaju władzy. Już w tej chwili w przemówieniach Johna McCaina - zwolennika twardej siły - pojawia się wiele zapowiedzi ścisłej współpracy z sojusznikami USA oraz instytucjami międzynarodowymi. Obama, choć jest oskarżany o przecenianie miękkiej siły, będzie z kolei musiał nauczyć się wykorzystywać twardą siłę, kiedy stanie się to konieczne. Obaj kandydaci będą musieli rozsądnie wykorzystywać wszelką siłę, którą dysponują USA - i tę twardą, i tę miękką.

Irańskie wyzwanie
Trudnym testem dla przyszłego prezydenta okaże się na pewno Iran. Obama zapowiada, że będzie prowadził rozmowy z przywódcami Iranu, co wydaje mi się bardzo trafnym posunięcie. Jak do tej pory prezydent Bush sygnalizował, że dopóki nie zostaną spełnione pewne warunki, nie usiądzie do stołu rokowań.

Obama rozumie, że z punktu widzenia Iranu warunki postawione przez administrację Busha są nie do przyjęcia. Skoro bowiem warunkiem wstępnym jest rezygnacja z programu nuklearnego - będącego przedmiotem rozmów - łatwo sobie wyobrazić, że dla Iranu zaakceptowanie go oznacza de facto zgodę na stanowisko USA. Jak do tej pory Ameryka nie używała środków dyplomatycznych, uciekając się do gróźb i nacisków. Ale wydaje mi się, że wciąż mamy czas na rozmowy z Iranem. Naturalnie negocjacje trzeba koniecznie prowadzić również, jeśli chodzi o program nuklearny Korei Północnej oraz Pakistanu.

Oczywiście, amerykańskich wyborców interesuje teraz przede wszystkim sytuacja w Iraku. Niezwykle krytyczna ocena prowadzonych działań militarnych powoduje, że Obama, który od początku był przeciwnikiem inwazji, zyskał tak wielu sympatyków. Można powiedzieć, że stanowisko w sprawie Iraku, które prezentowała Clinton - najpierw głosując za wkroczeniem wojsk amerykańskich do tego kraju, później tłumacząc się z tej decyzji - pogrążyło ją na równi z brakiem emocjonalnej więzi z wyborcami i odwoływaniem się w swojej kampanii do przeszłości.

Nowy prezydent USA będzie musiał przede wszystkim zdefiniować na nowo zastane problemy, które odziedziczy po poprzedniej administracji. Bez wątpienia, problemy natury militarnej będą istotne, ale nie są jedynymi dylematami, które wymagać będą rozwiązania. W ciągu ostatnich ośmiu lat pojawiły się nowe, obok terroryzmu, zagrożenia, które w zarówno dotykają Amerykę, jak i cały świat. Z pewnością należy do nich walka ze zmianami klimatycznymi czy wybuchające na całym świecie pandemie, takie jak epidemia ptasiej grypy. Tutaj w równej mierze, co w przypadku negocjacji w sprawie programów nuklearnych potrzebne jest umiejętne stosowanie miękkiej siły i współpraca z innymi państwami.

Moc przyciągania
Ameryka po ośmiu latach prezydentury Busha musi stawić czoło problemom, z którymi borykała się jego administracja. Sprawiać to może wrażenie, że wciąż rozmawiamy o tym samym, w taki sam sposób: Irak, terroryzm, kryzys gospodarczy. Poprzednia ekipa zdefiniowała te problemy i zaproponowała swoje rozwiązania. Bez względu na to, czy w Białym Domu zasiądzie Barack Obama czy John McCain, pierwszą rzeczą, której spodziewam się po nowym prezydencie, będzie zmiana stylu uprawiania polityki zagranicznej. Nie chodzi bynajmniej o ignorowanie problemów, które zastaną, tylko o spojrzenie na nie nowym okiem i myślenie o nich w innych niż dotychczas kategoriach.

Rolą Ameryki jest wyznaczanie kierunków rozwoju dla całego świata. Dzieje się tak wtedy, gdy Stany Zjednoczone skupione są na kreowaniu pewnych zjawisk u siebie. Specjalna komisja Center for Strategic and International Studies, w której zasiadają zarówno zwolennicy Partii Demokratycznej jak i Partii Republikańskiej, zajmuje się tym, jak używać smart power (inteligentnej siły) - połączenia miękkiej i twardej siły.

To moc przyciągania Ameryki powoduje, że świat przejmuje nasze wartości i wzoruje się na naszych instytucjach. Ameryka może dać światu bardzo wiele, ale nie przez narzucanie własnych rozwiązań, lecz stawianie ich jako wzoru do naśladowania. Dlatego też powinniśmy koncentrować się na ulepszaniu nas samych - tylko wtedy amerykańskie wartości mogą stać się ważne dla reszty świata. Rozwijanie instytucji międzynarodowych, przewodzenie w walce z ociepleniem klimatu, pomoc w rozwoju gospodarczym krajom Trzeciego Świata, dbanie o podniesienie opieki zdrowotnej na całym globie - oto wyzwania, którym USA jako najsilniejsze państwo świata powinny stawić czoła.

Swoim przykładem możemy zachęcić inne państwa, by wspólnie z nami pracowały na rzecz eliminacji tych problemów. W naszym interesie leży zarówno działanie na rzecz rozwiązywania ich, jak i włączania do tego innych. Jednocześnie nie powinniśmy narzucać innym krajom naszych rozwiązań, ale przede wszystkim służyć im radą. Zamiast działać unilateralnie, powinniśmy doprowadzić do tego, żeby w tych tak ważnych kwestiach głos innych został usłyszany. Spodziewam się, że następny prezydent USA będzie miał tego świadomość.

* Joseph Nye, amerykański liberalny politolog i specjalista w zakresie studiów strategicznych, profesor JFK School of Government na Uniwersytecie Harvarda, jeden z najbardziej znanych na świecie teoretyków stosunków międzynarodowych. Jest twórcą pojęcia "miękkiej siły" (soft power), które wprowadził do politologicznego obiegu na początku lat 90. Pracował w amerykańskiej administracji – był m.in. podsekretarzem obrony za prezydentury Jimmy’ego Cartera oraz zatępcą sekretarza obrony za czasów Billa Clintona. Opublikował m.in. książki "Power and Independence" (wraz z R. Keohane, 1977). "Bound to Lead" (1990), "National Interest in the Information Age" (1999), "The Paradox of American Power" (2002) oraz "Soft Power: Jak osiągnąć sukces w polityce światowej" (2005, wyd. pol. 2007). Wspólnie z Richardem Armitage’em kieruje pracami komisji Center for Strategic and International Studies poświęconej smart power (inteligentnej sile) w amerykańskiej polityce zagranicznej.