Przesada stała się znowu królową opinii. Obamomania, której alter ego jest bushofobia, rozlewa się oceaniczną falą po świecie. Uniesiony prądami euforii w amerykańskiej podróży nasz redaktor ostatni wtorek ogłasza Nowym Dniem Deklaracji Niepodległości USA. Roztropna profesorka amerykanistyki pytana o politykę nowego prezydenta określa ją jednym przymiotnikiem: genialna! Fachowy dziennikarz prowadzący program informacyjny potępia George’a Busha za iracką klęskę, po czym w studiu TV w najlepsze trwa dyskusja stawiająca znak równości pomiędzy zwycięstwem irackim i klęską w Wietnamie.

Takie perełki liczyć można w ostatnich godzinach tylko w Polsce co najmniej na tuziny. Ale tym razem owczy pęd nie jest - jak podczas krucjaty przeciw kaczyzmowi - własną polską produkcją. Dziś mamy poczucie uczestnictwa w globalnym owczym stadzie pędzącym radośnie przez świat. Za pośrednictwem telewizji rodzaj ludzki przeżywa kolejną ze swoich wielkich iluzji. Cierpki Boy by przypomniał, że „paraliż postępowy najzacniejsze trafia głowy”.

Obamomania objęła glob tak łatwo, bo w naszym świecie następuje błyskawiczna transmisja wielkich emocji. Euforyczny taniec kenijskich Murzynów zostawia małą szansę na obojętność. Jest w nim duma i radość ludzi na zwycięstwie Obamy budujących własne poczucie tylekroć deptanej godności. Jeśli coś w tych wyborach jest istotnie niezwyczajne, to właśnie ta czarna radość i duma. Ale pierwszym źródłem obamomanii jest jedyna prawdziwa i bezinteresowna miłość rodzaju ludzkiego: miłość do gwiazd. Nowy prezydent USA ma bez wątpienia ten boży dar, jakim jest talent sceny. Francuski socjalista Cohn-Bendit cieszy się, że do historii przechodzi Ameryka rewolwerowca Johna Wayne’a, symbolizowana przez Reagana i obu Bushów. Lecz jeśli trzymać się amerykańsko-hollywoodzkiej wyobraźni, na scenę wkraczać się zdaje Gary Cooper - przystojny, wiecznie młody amant, ale zarazem szlachetny facet, który przecież zawsze zrobi to, co trzeba. Nikt wprawdzie nie wie co. Ale przecież gdybyśmy wiedzieli, to nie potrzebowalibyśmy wiary…

Bylibyśmy jednak stronniczy, gdybyśmy w światowej obamomanii nie dostrzegli odbicia jakiegoś przedpolitycznego, wspólnego marzenia o lepszym świecie. O przekraczaniu granic realiów, geopolityki, możliwości. W języku prezydenta Obamy odpowiedź na to marzenie wraca w powtarzanym jak mantra frazesie: „Yes, we can!”. Z historii dobrze wiadomo, że sama taka obietnica może nieść za sobą rzeczy najróżniejsze: od wielkiej i kontrowersyjnej polityki (francuski casus de Gaulle’a '58), po totalne i beznadziejne byle co (polski casus Gomułki '56). Główne źródło obawy przed Obamą bierze się dokładnie z tej niepewności. Dotyczy ona niemal wszystkiego - od środków zapanowania nad kryzysem gospodarczym po bezpieczeństwo całego świata. Tyle tylko, że w przypadku Ameryki samo marzenie, na którym frunie dziś przez świat obamomania, może nieść ze sobą dobre dla świata konsekwencje. O ile - tak jak ja - uważamy, że świat bez Ameryki byłby gorszym światem.

Jakie to konsekwencje? Zahamowanie, a może nawet cofnięcie antyamerykanizmu w Europie, zaś w Trzecim Świecie - generalnej pogardy i nienawiści do Zachodu. Skokowe zwiększenie wpływów USA w Afryce - w Kenii amerykańskie wybory rząd uczcił proklamacją narodowego święta. Nawiasem mówiąc, radość Francji może być mocno przedwczesna, gdyż po raz pierwszy ktoś na serio ma potencjał, aby wyprzeć niedobrą francuską politykę z Afryki. Jest szansa na pobudzenie przytłumionych ostatnio trendów westernizacyjnych w Rosji, na Kubie, w Iranie. A nawet - choć może to już jest wishful thinking - osłabienie społecznego podglebia dla muzułmańskiego terroryzmu. Jednym słowem - wzmocnić się może to wszystko, co publicysta „The Economist” nazywa amerykańską soft power. W roli przywódcy Zachodu prezydent Obama trzyma zatem w ręku mocny atut. Czy użyje go dla popisu supergwiazdy na scenie świata? Czy wykorzysta, aby podjąć wysiłek odbudowy potęgi Zachodu?