Pierwszym posunięciem Obamy, jako prezydenta, było wstrzymanie procesów więźniów Guantanamo sądzonych przed trybunałem wojskowym. Odciął się tym samym od najboleśniejszego symbolu prezydencji Busha. Wysłał przy okazji dwa sygnały. Do Ameryki - czas skończyć z czarnym obrazem kraju odziedziczonym po poprzedniku. Do świata - Stany Zjednoczone zamykają epokę samowolnych wojen, tortur, militaryzmu. Decyzja ta jednak rozczarowuje. Nie ma w niej żadnej wizji, jest tylko reakcja na politykę Busha. Obama był przecież wyczekiwany jako polityczny mesjasz, a nie sprzątacz.

Słynne już "yes we can" straciło na atrakcyjności w zderzeniu z realiami. W pierwszym dniu rządzenia prezydent okazał się pragmatykiem, co jest jak najbardziej pozytywną cechą przywódcy światowego mocarstwa, ale rozmija się z oczekiwaniami towarzyszącymi jego wizjonerskiej kampanii wyborczej. Kolejne dni mogą przynieść dalsze kubły zimnej wody na głowy ogarniętych obamomanią tłumów i publicystów. "Wizjoner", "zbawca Ameryki" nie stanął bowiem w obliczu wyzwań na skalę stulecia, w rodzaju secesji południa, jak uwielbiony przez niego Lincoln, czy drugiej wojny światowej. Obama musi zmierzyć się z dwiema brudnymi wojnami na rubieżach cywilizowanego świata i strachem Amerykanów. Nie przed wrogą inwazją, ale utratą zadłużonych domów przejmowanych przez banki. Wizjonerstwo polityczne, a tym bardziej mesjanizm, na niewiele się tu zdadzą. Obecne problemy gospodarcze, mimo chwytliwych porównań w mediach, w niczym nie przypominają wielkiego kryzysu, a wojna z talibami obrony Pearl Harbour. Ameryka potrzebuje rzetelnego remontu, nie rewolucji.

Obama spozycjonował się za wysoko wobec swoich realnych możliwości. Pokazuje to pierwsza decyzja. Guantanamo zostanie zamknięte - obiecywał. Podpisał stosowny dokument, ale bez daty likwidacji obozu. Nie nakazał odwołania procesów przed sądami wojskowymi, lecz tylko je zawiesił na 120 dni, aby zbadać, czy są uzasadnione. Może nawet Guantanamo pewnego dnia rzeczywiście zniknie, ale jednocześnie w Afganistanie w bazie Bagram rozrasta się inne więzienie. Działa ono dokładnie na takich samych zasadach, jak jego odpowiednik na Kubie, i służy do przetrzymywania podejrzanych, w tym jeńców wojennych bez wyroków sądu. Nie można tak po prostu zrobić "w tył zwrot" i zmienić wektora polityki amerykańskiej. Mocarstwa rzadko kiedy dokonują takich wolt i na ogół drogo je to kosztuje.

Obama - prezydent dobrze o tym wie i postępuje ostrożnie. Jest jednak jeszcze inny Obama. Znany z wieców, żyjący w sercach swoich miłośników. Z dnia na dzień będzie go coraz mniej, aż stopniowo mit obumrze. Dopiero uwolniony od niego prezydent stanie się prawdziwym przywódcą. Mniej kochanym przez młodzież i entuzjastów, ale skuteczniejszym. Takiego Obamy potrzebujemy.