Putin zapowiedział powstanie Unii Eurazjatyckiej, w której panowałaby swoboda przepływu ludzi, idei i kapitału. Słowem UE-bis rozciągająca się w głąb Azji. Moskwa zrozumiała, że jest za słaba, by grać na globalnej szachownicy znaczącą rolę. Chce to więc robić w szerszym sojuszu. W pomyśle Putina nie Rosja, ale właśnie Unia Eurazjatycka ma być strategicznym partnerem UE.

Teoretycznie pomysł nie jest zły, ale integrowanie przestrzeni posowieckiej ma złą tradycję. Była już choćby WNP, ZBiR, teraz powstaje Unia Celna, a wkrótce Wspólna Przestrzeń Gospodarcza. Twory te nie spełniły pokładanych w nich nadziei. Ani nie zintegrowały swoich członków, ani nie wzmocniły globalnej roli Rosji.

Nowy twór też pozostanie wydmuszką, do skutecznej integracji bowiem nie wystarczy wola polityczna. Moskwa musi mieć czym skusić potencjalnych chętnych, wypracować miękką siłę, którą UE tak skutecznie wykorzystuje do umacniania swojej pozycji, dorobek prawny, jaki mógłby być wzorem dla innych. Wszystkiego tego brak, pozostanie więc siła militarna i szantaż energetyczny. Środki te mogą wprawdzie wystraszyć, ale nie dają nadziei na lepsze życie, a to podstawa udanej integracji bez przemocy. Wspólnota Eurazjatycka też jej nie daje.