To nie tyle świadectwo geniuszu lidera, ile słabości jego otoczenia. Nawet jeśli politycy PiS mówią to Kaczyńskiemu, aby mu sprawić przyjemność, takie przeświadczenie zaczyna żyć wlasnym życiem. I w PiS faktycznie żyje. Owocując ucieczką od wolności, brakiem inicjatyw, czekaniem, co powie prezes. Poza tym każdy byt polityczny musi się szykować na zmianę sytuacji. Nie może dać się zaskoczyć. Jeśli w PiS panuje przekonanie, że "prezes patrzy na tysiąc lat naprzód, dalej niż my wszyscy" (to cytat ze współpracownika marszałka Piłsudskiego, ale pasuje jak ulał), dlaczego za pięć lat miałoby być inaczej? A to oznacza, że silne dziś ugrupowanie, wspierane nie tylko budżetowymi pieniędzmi ale autentycznymi emocjami zwolenników, może być skazane na klęskę. Może odłożoną w czasie, może nie ostateczną. A jednak.

Nie znaczy to, że Wassermann i Kurski nie postawili trafnej diagnozy. Dziś dla Kaczyńskiego nie ma konkurencji. Żądania Ludwika Dorna, aby upodmiotowić partyjnych baronów czy "średnią szlachtę", są w teorii sensowne, w praktyce utopijne. To trochę recepta na chaos frakcyjnych wojen, a trochę na panikę wśród tych, co zdali się na tysiącletnią mądrość prezesa. Tylko od lidera zależy, czy zacznie przygotowywać partię do samodzielności, Niewykluczone zresztą, że już jest za późno. Wielu samodzielnych polityków PiS pożeglowało w inne strony. A ci co zostali, są sparaliżowani i niełatwo im będzie odzyskać siły.

To zła wiadomość. Polsce potrzebna jest silna opozycja. Co więcej, tracą czas ci, którzy chcieliby widzieć PiS jako coś w rodzaju Platformy-bis. Można się zastanawiać, czy partia opozycyjna w Polsce powinna być dokladnie taka, jaka jest teraz. Mniej ufna niż rządzący w liberalną modernizację, antyestablishmentowa i etatystyczna, sceptyczna wobec Europy. Skłaniająca się w stronę tradycyjnej ideologii narodowo-katolickiej i skłonna do budowania socjaldemokratycznej alternatywy społeczno-gospodarczej. Ale zasadniczo inna w najbliższych latach nie będzie. Kryją się za nią, powtórzmy, prawdziwe emocje.

Diabeł tkwi w wykonaniu. Bo takiej partii potrzebni są zdolni ludzie, zbiorowa mądrość. Potrzebne są nieustanne burze mózgów. Samotne pisanie najsensowniejszego programu przez jedną osobę - lidera - to symbol czegoś przeciwnego. Dorn ma rację - nawet wstrząsy wywołane przez kryzys, mogą przez lata nie przełamać dominacji Platformy. Ona ma także bardzo silne, scentralizowane przywództwo, ale jej jest latwiej. Sprzyja jej wiele okoliczności z poparciem elit na czele. Zresztą PO jest jednak bardziej, jak by powiedzieli politolodzy, "zdepersonalizowana" niż PiS. Donald Tusk może zmienić w jeden dzień jej stanowisko w kluczowej kwestii powołania komisji śledczej. Ale dyskusje, kto będzie jego następcą, toczą się tam jawnie. W PiS są traktowane jak bluźnierstwo.

Radzić PiS-owi nie ma za bardzo czego. W obecnej polityce parę niezręcznych zdań impulsywnego prezesa znaczyć może więcej niż dziesiątki stron programu. A z drugiej strony sam Kaczyński na tę swoją pozycję w dużej mierze zasłużył. Przy niezliczonych kiksach i błędach, jest wciąż politykiem charyzmatycznym. Toteż tu już milknie politologia ustępując miejsca psychologii. Klucz do uratowania PiS znajdzie ten, kto dotrze do duszy jednej osoby - prezesa.