Sprawa jest delikatna, gdyż dotyczy ludzkiego nieszczęścia. Zwłaszcza w sytuacji gdy setki ludzi załamują ręce nad utraconym dobytkiem po przejściu trąby powietrznej czy po powodzi. Ale to nie znaczy, że nie wolno o niej pisać. Pisać trzeba, kataklizmy pogodowe się zdarzają i zdarzać będą. A chodzi o pomoc dla poszkodowanych.

Tuż po odsłonięciu skutków ostatniej nawałnicy premier zadeklarował, że wsparcie w gotówce dostaną wszyscy, zarówno ubezpieczeni, jak i ci, którzy polis nie mają. Kwestia natychmiastowej pomocy tym, którzy utracili dach nad głową, jest pewnie poza dyskusją. Znaki zapytania mogą się pojawić natomiast w momencie, gdy rozmawiamy o ubezpieczaniu się. Oczywiście trzeba pamiętać o tym, że sprawa ma wymiar polityczny, mamy kampanię wyborczą i był już w najnowszych dziejach Polski taki premier, który za zdanie „trzeba było się ubezpieczyć” podczas wielkiej powodzi stracił władzę. Nie wiem, czy taka opinia teraz, po kilkunastu latach, byłaby również politycznym samobójstwem, pewne jest, że wyborczych punktów jej autorowi by nie przysporzyła.

Jednak nie można udawać, że problemu z ubezpieczaniem się na wypadek klęsk i katastrof żywiołowych nie ma. Postawa, którą w tej chwili prezentuje państwo, w żaden sposób nie zachęca do zakupu polis. Przekaz bowiem jest następujący: tak czy inaczej każdy poszkodowany dostanie pieniądze.

Już pomijam to, że gdyby ci ludzie byli ubezpieczeni, sumy odszkodowań byłyby zapewne znacznie wyższe. Problem w tym, że części z nich na polisy po prostu nie stać. Czy wobec tego ci ludzie w razie nieszczęścia muszą być wyłącznie skazani na parę groszy od państwa? Raczej nie. Zaszczyt sprawowania władzy polega między innymi na znajdowaniu skutecznych sposobów na zaradzenie tego rodzaju sytuacjom. Co więcej, projekty, które mogłyby spowodować realne umasowienie polis majątkowych, już powstawały, były jakoś tam dyskutowane i niestety, jak to często bywa, na tym się kończyło.

A rzecz sprowadza się na przykład do efektu skali. Z towarzystwami ubezpieczeniowymi, tak jak z każdym innym kontrahentem, rozmawia się inaczej w momencie, gdy ma się w zanadrzu kilka tysięcy klientów, inaczej – gdy jest tych potencjalnych klientów kilkaset tysięcy czy wręcz miliony. Wówczas tworzy się realna szansa na obniżkę kosztów ubezpieczenia.

Ale u nas albo się w ogóle nie myśli o systemie upowszechnienia ubezpieczeń, albo prace są prowadzone tak głęboko w zaciszu gabinetów, że mało kto o nich wie. Tymczasem jest to temat na naprawdę sporą debatę – o dużych pieniądzach i zapewnieniu tysiącom ludzi bezpieczeństwa finansowego w razie kataklizmu. Chyba że jak zwykle w Polsce wolimy od czasu do czasu gasić pożary i myśleć, że jakoś to będzie.